niedziela, 14 maja 2017

Słuchowisko: Śmierć Przychodzi do Czasu

Cześć. Słuchowisko, o którym Wam dzisiaj opowiem jest inne od pozostałych tu omawianych z dwóch powodów. Po pierwsze nie wyprodukowało go Big Finish, tylko samo BBC, a po drugie mamy w nim Siódmego Doktora, który kończy swoją bytność… wcale nie zmieniając się w sympatycznego Ósmego z pamięcią jak ser szwajcarski! Oto przed Wami…


DEATH COMES TO TIME
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Antymon
WRÓG: Generał Tannis

Serdeczne podziękowania dla mojej koleżanki z czasów studiów, Joanny, za konsultację językową :)


Tajemniczy głos opowiada legendę o rasie gigantów, którzy próbowali użyć swych potężnych mocy by pomagać słabszym, śmiertelnym rasom. Zamiast tego przynieśli im tylko zgubę…
Gdzieś w kosmosie armia Canisian atakuje pokojową nację Santinów. Agresorom przewodzi generał Tannis i, o, ludzie, kawał z niego skurwiela. W jego więzieniu zamknięta jest Ace, której z pomocą przychodzi pewien niezwykły osobnik… Tymczasem Doktor i jego towarzysz Antymon pomagają uciec członkom parlamentu podbitej Santiny, Władca Czasu jednak odmawia bezpośredniego włączenia się w konflikt – obywatele mają sami stworzyć partyzantkę i podjąć opór, dopiero wtedy nasz heros ich wspomoże. Niedługo potem Doktor otrzymuje mało subtelną wiadomość od swego dawnego przyjaciela – Ministra Przypadku - i rusza na spotkanie z nim. Na Ziemi zabito bowiem dwoje Władców Czasu…

Jeśli chodzi o fabułę słuchowiska, jest bardzo dobrze: mamy kilka przeplatających się, ciekawych wątków, a żaden z nich nie nudzi. No, może wątek zabójców Władców Czasu, tego, kim ci zabójcy są i w ogóle, nie do końca dorównuje innym, ale ma też swoją rolę: pozwala zżyć się z Antymonem, polubić go. W ogóle to twórcy wręcz bawią się z nami otwierając jakiś wątek, jasno pokazując, że znajdzie on zakończenie, a potem przeskakują do kolejnego. Oczywiście w końcu wszystko elegancko się splata. Mamy też malutkie nawiązania np. do Planu Cartmela, Lungbarrow, planowanego jeszcze zanim przerwano produkcję zakończenia wątku Ace… Oprócz tego w ostatecznej bitwie bierze udział pewna uwielbiana postać z przeszłości. A wszystko to ponieważ fabularnie historia ta byłaby ostatecznym zamknięciem historii Doktora na siódmym wcieleniu. Może już bez związku z tym, ale wypada wspomnieć, jak ładnie wpleciono Władców Czasu w pewne ludzkie wierzenia i mitologie.

Jakie są tu postaci? Znakomite, po prost znakomite: Siódmy Doktor może nie jest tym intrygantem, za którym przepadamy, ale jego, również znana z serialowych przygód i takich scen, jak pamiętny monolog o cukrze, filozoficzna natura tu wyeksponowana jest do maksimum, co ma znakomite uzasadnienie. A i, może nie jest to intryga, ale niejako będąca jego dziełem tajemnica towarzysza Antymona – geniusza walki wręcz o umyśle dziecka – zrywa beret. Poważnie, takiego czegoś w wykonaniu naszego herosa nie było. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Tannis – nie wiem, jak udało się to twórcom, ale stworzyli niewiarygodnie podłego czarnego charaktera będącego pozbawionym jakiegokolwiek uroku archetypem szkolnego osiłka gnębiącego słabszych, a jednocześnie w ogóle nieprzerysowanego. Efekt jest genialny - nienawidzimy gościa tak bardzo, jak tylko się da od pierwszej chwili, gdy się pojawia aż do ostatniej. Fajni są też inni Władcy Czasu poza Doktorem: nie licząc Ministra Przypadku nie próbują walczyć z nieubłaganym losem, a raczej przygotować Wszechświat na to, co nadchodzi. Robią to natomiast z godną siebie, niemal boską potęgą, oraz w stylu najlepszych intryg naszego herosa. A po główce dostaje z tego powodu jak zwykle Ace – identyczna, jak w serialu. Nooo, może nie aż tak porywcza. A konkluzja jej wątku... Miodzio, aż szkoda, że nie da się nic o tym powiedzieć bez spoilerów. Minister z kolei może wielu irytować – chociaż początkowo tego nie widać, jest jak postać z greckiej tragedii. Próbuje z całych sił walczyć z losem, a to wyjątkowo trudny przeciwnik.

Strona techniczna jest doskonała. Wszystkie głosy są wyraźne (chyba, że z fabularnych przyczyn konieczne jest co innego, np. postaci komunikują się przez źle odbierające radio) a aktorzy doskonale odgrywają emocje swoich bohaterów. Szczególnie świetny jest tu Sylvester McCoy, którego Siódmy Doktor w serialu miewał melancholijne momenty, ale tu jest ich dużo, dużo więcej. I pan Sylvester perfekcyjnie daje sobie z nimi radę odgrywając Doktora nieco zmęczonego, ale jednocześnie wiedzącego, że już bliżej niż dalej do końca przysłowiowego syzyfowania – era Władców Czasu w świecie śmiertelników dobiega bowiem końca. Mamy tu także więcej muzyki, niż w słuchowiskach Big Finish, występuje ona nie tylko jako tło, czasami też słuchamy jej razem z postaciami. To, co mi się osobiście nie podoba, to narratorka, która odczytuje tytuł i obsadę, ale nie mogę tego uznać za wadę per se – początkowo „Death...” powstało jako słuchowisko radiowe, więc to konieczność.

Czy produkcja ta ma jakieś wady? Owszem – po łebkach potraktowano wątek części planu Tannisa związanej z osobą Ministra Przypadku. Sama konkluzja jest epicka, i stanowi jeden z najlepszych elementów całości, ale droga, która do owej prowadzi jest nieco dziurawa, pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Można też zadawać sobie pytanie, czy moce, które mają tu Władcy Czasu, nie zostałyby w serialu czy innych mediach użyte przez inne, niż Doktor postaci – z drugiej jednak strony wspomina się o, nazwijmy to, cenie za owe, ale w praktyce nie widzimy tychże konsekwencji, może więc jednak mieli pietra ;)

Rozpisałem się strasznie, ale było o czym :) Podsumowując, jest to melancholijne, ale wcale nie nudne słuchowisko, pełne filozofii i smutnego nastroju przemijania. Polecam wszystkim oprócz zagorzałych przeciwników historii w takich klimatach.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Uśmiech

SMILE
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts
WRÓG: Roboty

POWRACAMY
Wbrew Nardolowi, który to wolałby, by Doktor zajmował się swoimi obowiązkami, nasz heros zabiera Bill na przejażdżkę do przyszłości, gdzie właśnie powstaje ziemska kolonia. Nie wie jednak, że coś chyba mocno wymknęło się spod kontroli. Jak się okazuje już w pierwszych scenach komunikujące się z ludźmi emotikonami roboty mające dbać o szczęście przedstawicieli gatunku homo sapiens sapiens… zabijają tych, na których to obliczach nie ma uśmiechów!

ZAMIANA
Od początku wiadomo, co i jak, dlatego zamiast długich ekspozycji (poza jedną, już pod koniec) możemy podziwiać utrwalanie relacji między Doktorem i Bill. Okraszone, rzecz jasna, znakomitymi dowcipami. Mój faworyt to gag na temat dwóch serc naszego herosa. Oczywiście gdy zabójcze roboty próbują zrobić to, co im wychodzi najlepiej przestaje być tak śmiesznie i trzeba się brać do dzieła. W międzyczasie jest nawet troszkę fajnych rozważań o naturze ludzi i świadomych istot w ogóle. Może nie są jakieś nie wiadomo jak, głębokie, ale nie przesadzajmy - wiemy, czy jest a czym nie jest DW. Fajnie ukazano charakter Bill, zwykły ludzki strach, ale i silniejsze od niego ciekawość oraz chęć pomocy. Doktor natomiast, jak to w tym wcieleniu, odrobinę się myli w ocenie ludzkich charakterów, ale na maszynach zna się doskonale ;) Pokonuje zagrożenie sposobem, który każdy komputerowy laik, w tej liczbie także i piszący te słowa, stosował niejeden raz nie mając pojęcia, co zrobić :)

SZATA ZDOBI
Strona techniczna jest świetna. Kolonia wygląda obłędnie, a roboty dość… realnie – jeśli takie maszynki powstałyby w rzeczywistości, myślę, że pi razy oko tak właśnie by wyglądały. Odrobinę zgrzyta wnętrze statku kolonistów – zbyt mało fantastycznonaukowe, jak na technologię, którą ów statek dysponuje. Ale za to te plenery… Nie da się nie zachwycić polem zboża, na którym wylądował Tardis.

MECHANIZM
O robotach dużo już było, fajnie, dość realistycznie wyglądają, ale jest jeszcze ich drugi, nazwijmy to, gatunek – mikro-boty tworzące wszystkie budynki w kolonii. Można też fajnie spekulować, co stanie się z kolonistami w przyszłości, bo choć zakończenie nie jest negatywne, to mamy w nim (w formie żartu, ale zawsze) sugestię, że roboty stały się najgorszą plagą świata rzeczywistego – kapitalistami :D

NOSTALGIA
To już drugi pod rząd odcinek z przyjemnie kameralną atmosferą. Duża jego część jest pisana wyłącznie na Doktora i Bill (i porozumiewające się emotikonami roboty, rzecz jasna) i efekt jest znakomity. Może to nie drugie „Heaven Sent”, ale odrobina tego pomysłu przebija. Poza tym Steven Moffat w naprawdę genialny i nienachalny sposób żegna się z serialem – nawiązując w drobnostkach do różniastych rzeczy z przeszłości inaczej, niż się to w DW robi zazwyczaj – dla przykładu to, o czym pośrednio wspomniałem. Mówiąc już dokładniej, chodzi o sposób zabijania przez roboty, który to jest bardzo podobny do pewnych innych wrogów. To oczywiście tylko jedna rzecz z wielu, ten klimat pożegnania zdecydowanie czuć, a mimo to nie w smutny sposób. Geniusz.

NA KONIEC
Czy historia ta ma jakieś poważne wady? Jedną: skandaliczny brak postaci Nardola! Jest tylko w jednej, jedynej scenie, przez kilka-kilkanaście sekund. No jak tak można? Pomimo jednak tego uchybienia mamy do czynienia z fantastyczną historią, klimatyczną i w tonie serii. Polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat                                                                                  - Skandalicznie mało Nardola!
- Znakomita większość strony technicznej
- Doktor oraz Bill
- Wrogowie


niedziela, 16 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Pilot

Powiedzmy sobie szczerze, na tym blogasku jest już od dawna dużo więcej, niż Classic Who, więc, chrzanić nazwę, przed Wami recenzja pierwszego odcinka serii dziesiątej.

THE PILOT
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts, Nardole
WRÓG: Kałuża – i akurat ja tu nie zalewam!


CO JA ROBIĘ TUUU, CO JA TUTAJ ROBIĘ...
Dużo się zmieniło w życiu Doktora, od kiedy go ostatni raz widzieliśmy: teraz wraz z Nardolem mieszka na jednym z angielskich uniwersytetów i wykłada tam – już od kilkudziesięciu lat. Robi to, ponieważ pod rzeczonym gmachem stoi sobie tajemnicza brama, za którą jest coś, co wymaga pilnowania. Co – jeszcze nie wiemy, to zagadka sezonu. Tak czy inaczej podczas wykładów nasz heros dostrzega, iż pojawia się na nich młoda dziewczyna, która bynajmniej do studentów nie należy. Wnikliwa obserwacja upewnia go w przekonaniu, że warto zaproponować jej… nie, wcale nie podróże w Tardisie! Korepetycje! Rzeczone trwają kilka miesięcy, a w międzyczasie Bill, bo o niej, rzecz jasna, mowa, zadurzyła się tymczasem w nowopoznanej koleżance, ale z tą coś nie gra. Zwłaszcza, gdy prosi, by panna Potts rzuciła okiem na pewne dziwo w postaci... kałuży!

POZNAŁEM CIĘ W PRZYDROŻNYM BISTRO...
Początkowo historia ta rozkręca się w bardzo powolny i jednocześnie klimatyczny sposób. Poznajemy życie Bill, to, jaka ona jest, widzimy też Doktora niejako jej oczami. Oczywiście z tyłu głowy mamy wciąż zagrożenie, które wcześniej czy później wyskoczy zza któregoś węgła i tak też jest. Ale do tego czasu możemy popodziwiać liczne smaczki w gabinecie Władcy Czasu: zdjęcia Susan i River na biurku, kolekcję starych dźwiękowych śrubokrętów… Scena ze zdjęciami zmarłej biologicznej mamy Bill natomiast w mojej opinii zapisze się w kategorii najpiękniejszych scen.

I’LL BE THERE FOR YOU...
Jaki jest wróg tego odcinka? Dosyć sztampowy, aczkolwiek było to, jak sądzę, zamierzone, by nie odwracał uwagi od nowej towarzyszki i, hm, emocjonalnej strony odcinka. Która to strona ładnie komponuje się z ostateczną motywacją potworasa. Boli trochę iście fanserwisowe użycie Daleków i ich dawnych wrogów, Movellan. Doktor i ferajna lecą do nich niby w celu sprytnego pozbycia się kosmicznego zagrożenia, ale nic z tego nie wynika! Po co to było, Moffie, po co? Żeby Bill zobaczyła Daleka? Pozwolę sobie też w tym akapicie streścić stronę techniczną: efektów nie ma za wiele, bo i nie są potrzebne w dużej ilości. Wróg wygląda ładnie, wypisz-wymaluj jak z okropnego „Waters of Mars”, chociaż nie jest związany z tamtymi potworasami – tu i tu po prostu „nośnikiem” jest woda :)

YOU CAN COUNT ON ME, LIKE ONE, TWO THREE
Mało jest w odcinku Nardola, niestety. Ma to sens, epizod jest o Bill, aczkolwiek i tak mi szkoda. Tym bardziej, że gdy tylko nasz kosmiczny łysoń się pojawia, możemy być pewni jednego: zaraz rykniemy śmiechem. Miszcz, po prostu miszcz. No i dostajemy zabawną wskazówkę odnośnie tego, jak Doktor pomógł mu odzyskać ciało po tym, co w „Mężach River Song” zrobił mu król Hydroflax. Tyle o nim, teraz możemy przejść do gwiazdy tego odcinka, panny Potts. Ooo mój Rassilonciu, co to za genialna postać… Moffat niniejszym zmiksował najlepsze cechy towarzyszek ze współczesnych serii i wyrzucił jednocześnie ich wady w diabłu. Gada jak najęta i jest nienachalnie bystra, ale nie nadęta. Ma niezbyt ekscytujące życie, ale nie jest na tyle samolubna, by chcieć z miejsca je porzucić. No i na pewno nie zakocha się w Doktorze – patrz końcówka pierwszego akapitu. Nie widać też u niej obsesji kontroli ani syndromu roboczo przeze mnie nazywanego syndromem Hrabiny Wyczepistość – jej odwaga plasuje się tylko odrobinkę powyżej racjonalnej średniej.

DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY…
Nie gorzej spisuje się Doktor – to, że tym razem nie ma ochoty na zabieranie nowej pasażerki nie wynika z żadnej traumy ani smutku – po prostu ma swoje obowiązki związane z wspomnianą bramą. Oczywiście wiadomo, że w końcu je oleje, ale miło dostać inny, niż zwykle powód jego oporów. Kiedy próbuje przekonać Bill, by dała spokój (eufemizm), w świetny sposób nawiązano nie do jednej, a do dwóch nawet współczesnych towarzyszek. A jaki nasz heros jest ogólnie? Mniej jak aspołeczny gburek, bardziej, jak akademicki gburek ;)

No i to na tyle, otwarcie sezonu wypadło naprawdę znakomicie – kameralnie, bez wielkiego bum, ładnie otwierając nowe wątki. Polecam gorąco :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Postaci                                                                                        - Po co tam ci Dalekowie?
- Klimat
- Nawiązania
- Humor


wtorek, 11 kwietnia 2017

Komiks: Opowieści o Duchu, zeszyty 1-3

GHOST STORIES 1-3
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Grant Gordon/Duch, Lucy Fletcher, Jennifer Fletcher
WRÓG: Dym

HEROES GONNA COME BACK
Osiem lat po historii z odcinka „Powrót Doktora Mysterio” jego bohaterowie, Grant i Lucy, żyją sobie szczęśliwie wychowując córkę kobiety. Mężczyzna dalej praktykuje superbohaterstwo do czasu, aż w jego życie z hukiem wraca Doktor. Mimo oporów herosa nalega, by ten pomógł mu w niebezpiecznej misji: muszą odzyskać kamienie identyczne z tym, który to po zjedzeniu – dla nieznających wyżej wymienionego odcinka: długa historia – dał Grantowi jego super-moce. Ponieważ jednak okres jest świąteczny, a rodzinka nie chce się rozdzielać, obie kobiety życia pana Gordona dołączają do niego i Doktora na pokładzie niebieskiej budki. Pierwszy kamulec znajduje się w niedalekiej przyszłości, na terenie post-apokaliptycznego, zrujnowanego Nowego Jorku. Za ową katastrofę odpowiada olbrzymi super-złoczyńca zwany Dymem…

DOSSIER
Kiedy ogłoszono komiksową tematykę „Powrotu…” część widzów obawiało się owej „komiksowości” historii (komiksowości w sensie komiksów DC/Marvela, nie komiksów w ogóle) wszak uniwersum Doktora nie ma zbyt wielu iście komiksowych superherosów i łotrów. Sam odcinek wybrnął z tego dosyć dobrze nie przedobrzając z ilością motywów i robiąc sobie leciutkie heheszki z tematyki, a jak jest z omawianą tu historią? No cóż, jest jednocześnie komiksowa i doktorowa – nasz heros nie jest zbytnio przyćmiony przez Granta (choć tego jest naprawdę dużo) i błyszczy, natomiast przeciwnik, który nasza ferajna napotyka to już DC/Marvel pełną gębą – tak jeśli chodzi o wygląd jak i tło fabularne. Z innych postaci mamy w zasadzie tylko Lucy i Jennifer, i bozzziu, jakie one są zbędne… Początkowo jeszcze ujdą, wypada pokazać, jak żyje nasz superheros po latach od przygody z Doktorem, ale ich obecność później nie wnosi w zasadzie nic, fabuła mogłaby iść w 99% tak samo gdyby zostały w ciepłym domku. Słabo…


KILO TAPETY
Strona graficzna jest diablo nierówna. Wiele kadrów urzeka szczegółowością i jest piękne… by ni z tego ni z owego uraczyć nas buźką ośmioletniej Jennifer wyglądającej jak staruszka, albo Doktora nieprzypominającego w ogóle siebie z poprzedniej strony. Tła są nawet niezłe, a kolory – dobrze dobrane, co nie zmienia jednak faktu, że odnosi się wrażenie, iż nad poszczególnymi panelami pracowało na przemian dwóch lub więcej rysowników o diametralnie różnych stylach.


BIĆ ALBO NIE BIĆ
No i cóż, nie przeciągając zanadto, pierwsze zeszyty „Opowieści o Duchu” to komiks średnio dobry. Jeśli lubicie tematykę superbohaterskich komiksów, przeczytajcie – spodoba się Wam nieco bardziej, niż np. mi, obojętnemu tejże gałęzi fantastyki. Tym niemniej ze względu na krótkość spróbować można tak czy inaczej, nic nie bije po oczach durnowatością czy brakiem logiki, co najwyżej odrobiną przynudzania. Ja sam z pewnością rzucę okiem na kolejne zeszyty, oczekując jednak pewnej poprawy :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani
- Doktor i Grant                                                                   - … ale nie zawsze, ojjj nie zawsze
- Dla wielu komiksowość w stylu DC/Marvela                          - Mało użyteczne Lucy i Jennifeer
- Grafika….

wtorek, 4 kwietnia 2017

Wydarzenie: Whomanikon 2017

W pierwszy naprawdę bardzo ciepły dzień tego roku, pierwszego kwietnia anno domini (jakie to ładne wyrażenie ;-) ) 2017 w Krakowie - ojczystym mieście smogu i Smoka Wawelskiego - po raz drugi już odbył się ogólnokrajowy zjazd fanów przygód naszego ulubionego wariata z budki. Oto przed Wami recenzja tejże - w tym roku dwudniowej - imprezy.

Jeśli wykorzystałem bezprawnie czyjeś fotki, proszę o kontakt - usunę,

Podobnie, jak w roku ubiegłym, akredytacja była szybka i znakomita, a ilość i różnorodność atrakcji - ogromna. Panel o akcentach u Doktora i ferajny, muzyka w jego przygodach, prelekcja o jego powiązaniach z Sherlockiem Holmesem, coś o świetnym spin-offie "Class", uzależnieniu towarzyszy od hulania po kosmosie na przykładzie Clary, czy o "ukrytym", wojennym wcieleniu. (Jam to ostatnie, nie chwaląc się, sprawił :-) ) i cała masa innych. Można było pograć także w doktorowe i nie tylko doktorowe planszówki, czy wziąć udział w zabawach jak wiedzówka, konkurs z użyciem niezwykłych kości Rory's Cubes (byłem w jury!) lub kalambury. Z tego miejsca przepraszam śliczną panią prowadzącą te ostatnie za to, że tak wybrzydzałem przy losowaniu odcinka do pokazania ;-) Był też oczywiście konkurs na najlepsze przebranie. Zwyciężyła jedna z pań w kostiumie madame Vastry, druga była kocia pielęgniarka z "Nowej Ziemi", a trzecia - uzbrojona Amy - "Dziewczyna, która czekała".




Moimi jednak ulubionymi atrakcjami były zdecydowanie panele dyskusyjne na tak ważkie tematy jak dziury w fabule, (Telefon Doktora, kontrowersje z datowaniem w UNIT, czy wreszcie jak Moffat wyjaśnił wyjście Doktora i Clary z linii czasowej tego pierwszego ) to, jak pisany jest Dwunasty Doktor, czy co słychać w rozszerzonym uniwersum. A słychać dużo - autorzy karmicznie wymierzają Vislorowi Turloughowi kary za nieładne zachowania, Dziewiąty Doktor trafia do kosmicznego psychiatryka, a Dalekom wyrastają skrzydła ;)


Ów panel o rozszerzonym uniwersum zaimprowizowaliśmy - ze względu na chorobę pani Aleksandra Klęczar nie mogła przybyć na konwent i poprowadzić swojej prelekcji. Pani Olu - życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Z dodatkowych atrakcji w różnych punktach budynku krakowskiej Arteteki, gdzie odbywała się impreza, kręcił się naturalnych rozmiarów Dalek, a za drzwiami czaiła się znajoma, niebieska budka, przy której rąbnęliśmy sobie grupową fotkę w związku ze Światowym Dniem Świadomości Autyzmu. Na imprezie pojawił się także gość z zagranicy - komik Scott Lee Hansen, który prezentował, jak dorastał z serialem.
 




Według danych organizatorów, na Whomanikonie zgromadziło się nas 460 sztuk - nieco mniej, niż rok temu, ale i tak dużo :-) Sale tętniły życiem, a sprzedawcy zgarniali kokosy, i dobrze. Poza losowymi wypadkami, na które nikt nie miał wpływu organizacja imprezy była dopięta na ostatni guzik i wszystko odbyło się świetnie. Mam także szczerą nadzieję, że nie był to ostatni Whomanikon, i że za rok znowu się zobaczymy.
 Z tego miejsca chciałbym podziękować... (głęboki wdech, bo dużo tego jest) wszystkim organizatorom i prelegentom, a także moim współdyskutantom: paniom Magdalenie Stonawskiej, Mai Białek, Joannie Byszuk, Idze Kolasińskiej i Ginny Nawrockiej, oraz panom: Mateuszowi Kozielskiemu, Piotrowi Manderze, Mateuszowi Kuchcie i Kacprowi Jurkiewiczowi. Dla Piotra dodatkowe podziękowania za użyczenie książki na prelekcję o Wojennym Doktorze. Dziękuję także Ewie Astroni Piotrowskiej za to, że oboje umiemy trafić do określonego miejsca równie bezproblemowo, jak Tardis Doktora, oraz państwu Joannie Kalinowskiej i Piotrowi Wysiadeckiemu za to, że mimo mojego irytującego gadulstwa nie wyrzucili mnie ze swojej bryki na zbity pysk gdzieś pod Kielcami ;D Serdeczne dzięki także dla pani Agnieszki Wójcik, za to, iż wraz ze mną wygrała wiedzówkę. A inne drużyny były równie dobre, co my!

Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem?

SPLENDID FELLOWS, ALL OF YOU!

czwartek, 23 lutego 2017

Upadek Korvena ("K9")

Czołem. Oto przed Wami recenzja spin-offa, a nawet finału tegoż - „K9”, bo o nim mowa. Zapraszam :)

THE ECLIPSE OF THE KORVEN
GŁÓWNI BOHATEROWIE: K9, Starkey, Jorje, Darius
WRÓG: Thorne, Lomax, Trojan

O co generalnie chodzi w serialu „K9” swego czasu opowiadałem przy okazji pojedynku jednego z epizodów z odcinkiem „Przygód Sary Jane”, tych więc, którzy spotykają się z serialem o naszym robo-Burku pierwszy raz odsyłam do wspomnianej recenzji: http://recenzje-dw-classic.blogspot.com/2015/05/pojedynek-spin-offowy-szczeki-orthrusa.html Tymczasem przechodząc do meritum, fabuła odcinka: Czasoprzestrzenny manipulator w domu Gryffena zaczyna zachowywać się dziwnie i niebezpiecznie – może spowodować katastrofę na wielką skalę. Tymczasem K9 zdaje się nie być poruszony tym wydarzeniem – myśli tylko o dostaniu się do bazy Departamentu i odzyskaniu regeneracyjnego dysku, który podstępem odebrał mu złowrogi inspektor Thorne. Szybką podróż do wspomnianej lokacji potem pies dowiaduje się od niego kilku ważnych rzeczy: manipulator działać może jak wymiarowa brama i w jej kierunku zmierza właśnie armia kosmitów chcących przejąć Ziemię na własność. Departament tymczasem ukończył właśnie prace nad sztucznie stworzoną, bardzo potężną istotą, którą zamierza wystawić do walki...

Przy wszystkich problemach, jakie ma „K9” - szczątkowych tylko powiązaniach z DW, durnych potworach tygodnia czy ogólną nieznajomością podstawowych rzeczy na temat Whoniversum u scenarzystów, główny wątek sezonu to jego mocna strona: już w jednym z odcinków początkowych widzimy (Widzimy – nikt nam tego nie mówi!) że Departament – organizacja głównych antagonistów – jest infiltrowana przez kosmitów, zmiennokształtnych Meronów. Dalej nie do końca wiadomo, czy Lomax – ukrywający swoją twarz za osłoną szef Departamentu – jest naprawdę zły. Jego podwładni – bez cienia wątpliwości, ale jednego z nich, mojego ulubionego Drake’a ów potrafił zdegradować, gdy ten nieomal doprowadził do kataklizmu. Na te, i wiele innych pytań otrzymujemy odpowiedź w finale. Co ciekawe, choć plan czarnych charakterów pozornie ma wiele dziur, po zastanowieniu odkrywamy, że wszystko naprawdę jest doskonale sensowne: celem opanowania całej planety zajęli strategiczny przyczułek na zbyt małą do tego na to skalę nie po to, by osłabić Ziemię przed inwazją, jak to się może wydawać, ale by spokojnie przygotować się na moment, gdy będą mogli zaatakować wszystkimi siłami. Oklaski dla scenarzystów. Szkoda, że nie spisali się równie dobrze, jeśli chodzi o postaci: June (mama Jorje) i Darius wydają się być wciśnięci do odcinka na siłę, bo skoro należą do głównych bohaterów, to muszą być w finale. Rozumiem to, ale czemu w takim razie nie dano im porządnej roli? Gryffen oczywiście jak zwykle błyszczy, ma niebanalny udział w zwycięstwie „jasnej strony mocy” a przy okazji staje do walki z własną chorobą i nawiązuje do DW :) Starkey i Jorje, jak zawsze identycznie idealistyczni, byli nawet fajni, ofiarni i odważni, ale ich wątek miłosny… Podsumujmy: od samego początku za przeproszeniem lecieli na siebie i byli w pełni świadomi, że to uczucie odwzajemnione. I nic z tym nie zrobili. W finale mają swój moment, który zostaje niestety przerwany, a potem już do niego nie wracają, mimo okazji. No brawissimo. Wrogowie są super, podstępni i nikczemni, ale nie wierzę, że żaden z nich nie wpadł na niesamowicie oczywisty błąd konstrukcyjny ich tajnej broni. Jaki natomiast jest K9? Bardzo...mechaniczny. I to nie jest wada, momentami wydaje się samolubny, ale to bardziej kwestia zaprogramowanych priorytetów, niż egoizmu. Przez to daje się też czasami wciągnąć w pułapkę, nie dostrzegając, że ktoś w pewnym sensie zmienia stronę.

Ostatnia kwestia to strona techniczna, i jest ona średnio dobra. Towarzyszące kataklizmowi zjawiska są proste, acz fajne, a ponure otoczenie doskonale pasuje do apokaliptycznego klimatu. Niestety nowy, zabójczy pupilek Departamentu wygląda bardzo sztampowo – to takie wielkie, tępe monstrum i w zasadzie niczym się nie wyróżnia - a metamorfoza jednej z postaci w ramach zakończenia budzi gorzki śmiech nie tylko tym, jak chciano zaoszczędzić na efektach procesu, ale też i na nowym wyglądzie tejże persony.

Tytułem podsumowania „Upadek Korvena” to nie tylko ostatni, ale też zdecydowanie najlepszy odcinek spin-offa „K9”. Nie jest idealny, ale gdyby cały serial stał na takim poziomie, byłby naprawdę znakomity. Doskonale spina wszystkie wątki i odpowiada na niemalże wszystkie pytania.

środa, 15 lutego 2017

Pojedynek: "Każdy w Swoją Stronę" kontra "Czas Doktora"

Cześć. Na wstępie przepraszam, że mająca się ukazać tydzień temu wideo-recenzja słuchowiska „UNIT: Wyciszenie” utknęła w Wirze Czasowym, ale jeszcze w tym tygodniu na sto procent uda mi się ją wydobyć. A tymczasem dzisiaj pojedynek dwóch, współczesnych, regeneracyjnych przygód Doktora!

THE PARTING OF THE WAYS
DOKTOR: Dziewiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose, Jack
WRÓG: Dalekowie

kontra

THE TIME OF THE DOCTOR
DOKTOR: Jedenasty Doktor
TOWARZYSZE: Clara
WRÓG: A kogo tam nie było? ;)

ALE… O SO CHOZI?
W „Każdy w swoją stronę” Rose jest więźniem Daleków, a Doktor wraz z Jackiem błyskawicznie ją ratują. To oczywiście dopiero początek walki z solniczkami – dowodzący nimi Cesarz Daleków nie odpuści i ordynuje atak na Stację Gry – kosmiczna stację znaną z dwóch poprzednich przygód („Długa Gra” i „Zły Wilk”) Nasz ulubiony Władca Czasu musi wraz z towarzyszami przygotować obronę i jeszcze przekonać mieszkających na stacji ludzi, że nadchodzi śmiertelne zagrożenie…

Czas Doktora” zaczyna się od tajemniczej wiadomości wysłanej poprzez wszechświat i sciąga wszelkiego rodzaju tałatajstwo wokół tajemniczej planety. Zanim jednak Doktor, z pomocą cybermańskiej głowy zwanej Handles, rozszyfruje co i jak, Clara poprosi go o pomoc w osobistej sprawie rodzinnej. Ale to akurat niezbyt ważne – istotniejsze, że wiadomość brzmi „Jaki Doktor?” a wspomniana planeta to Trenzalore – miejsce ostatecznego pochówku Doktora.

FABUŁA
Bardzo, bardzo lubię historie, w których przygotowuje się do odparcia oblężenia, a potem walczy z najeźdźcami, dlatego „Każdy...” bardzo mi się spodobało. Niestety, nie było idealne. Jak przystało na finał sezonu, trzeba było zamknąć pozostawione do tej pory wątki, czy zagadki i zrobiono to… od bidy. Cała zagadka napisu „Zły Wilk” nie prowadziła absolutnie donikąd, bez tegoż tekstu fabuła toczyłaby się dokładnie tym samym torem… i doszłaby dokładnie do tej samej deus ex machiny, jaką pokonane zostały puszki ze Skaro. Punkt na trzy.

W „Czasie...” mamy paradoks, i to nie czasowy. Pomysł jest mocno średni - Doktor musi pozostać na Trenzalore przez całe wieki, by bronić kolejnych pokoleń niewinnych mieszkańców, których wszystkie możliwe kosmiczne potwory chcą wysadzić wraz z całą planetą, by nie dopuścić do powrotu Władców Czasu (a jest on możliwy ze względu na coś, co pojawiło się właśnie na Trenzalore) a mimo wszystko historia wyszła miodnie. Rozwiązanie wszystkich wątków związanych z Ciszą i Jedenastym Doktorem ogółem wyszło nieźle. Za to najpoważniejsza wada: odsyłanie Clary do domu nie tylko identycznie, jak Rose w wyżej opisywanym odcinku, ale też więcej, niż raz. Dwa punkty na trzy.


TOWARZYSZE I DRUGI PLAN
Do „Każdy w swoją stronę” nie mam zarzutów pod względem towarzyszy. Rose bardzo się stara pomóc Doktorowi, nawet wbrew jego woli i własnemu krańcowemu egoizmowi, a Jack wyjątkowo daje się znieść – głównie dlatego, że w obliczu zagrożenia zachowuje jaką-taką powagę i ogranicza czerstwe dowcipy. Matka Rose i Mickey z kolei kupili mnie w tym odcinku komiczną wersją pomocy pannie Tyler w powrocie na pole bitwy z Dalekami. Wiecie, o czym mówię, zabawne to było. Trzy punktu na trzy.

Czas Doktora” to jeden z ostatnich odcinków, gdzie Clarę dało się lubić. Nie miała jeszcze w pełni rozwiniętej obsesji kontroli, a jej część mózgu odpowiedzialna za racjonalne decyzje jeszcze funkcjonowała. Zachowywała się więc jak należy – miła, oddana towarzyszka gotowa dać się pokroić (nie dosłownie, choć innych towarzyszy nieraz próbowano) za naszego herosa. No i potrafiła bez krępacji pogadać z Władcami Czasu. Z postaci drugoplanowych jej rodzinka z czele z babcią była nawet zabawna, a dowodząca Ciszowcami nowa postać, Tasha Lem… Zaraz, Doktor ją zna? Gdzie, skąd, kiedy? Za to pół punktu mniej, dwa i pół na trzy.


DOKTOR
Tutaj od razu mówię, iż jest po równo. Tak Dziewiąty jak i Jedenasty Doktor w swoich finalnych przygodach prezentują to, co absolutnie najlepsze tak u nich, jak i w ogóle w postaci naszego herosa. Dziki intelekt, odwagę i odrobinę humoru, choć tego ostatniego nie było wiele, bo omawianie historie do przesadnie wesołych nie należą. Pod tym względem jest idealnie, trzy na trzy punkty dla obu odcinków.

REGENERACJA
Nie da się ukryć, regeneracja jest bardzo, bardzo ważnym aspektem omawianych tu epizodów, przynajmniej dla mnie. W „Każdy w swoją stronę” jest rewelacyjnie – mamy jeden z moich ulubionych motywów przemiany w towarzystwie nieznającej procesu towarzyszki i bardzo fajną przemowę naszego herosa. Jednego, czego mi brakowało to słówka uzasadnienia (wszak to pierwsza we współczesnych seriach regeneracja) czemu fajerwerk regeneracyjny może ranić. Dwa i pół na trzy

Równie znakomita jest regeneracja w „Czasie Doktora”. Monolog naszego herosa jest nawet lepszy, aczkolwiek niezbyt podoba mi się, jak Jedenasty Doktor otrzymawszy nową pulę regeneracji najpierw niby-regeneruje, przez co odzyskuje młodość, a potem (oczywiście po wspomnianym monologu) dochodzi do faktycznej przemiany. Nie jest to wielka wada, mamy dzięki temu cudną panikę Daleków, ale dałoby radę pozostawić to i wszystkie inne fajne sceny, a sprawić, by odmłodzenie i eksplozja statku potworasów ze Skaro spowodowane były bezpośrednio falą regeneracyjnej energii od Władców Czasu. Również dwa i pół punktu.

WROGOWIE
Na koniec nieco o wrogach. W „Każdy w swoją stronę” Dalekami dowodzi ich Cesarz, niestety nie mogę powiedzieć o nim zbyt wiele dobrego. Jego wygląd jest przekombinowany, i choć jako lider nie musi mieć potencjału bojowego, nie ma powodu, by to on dowodził. Przynajmniej jego podwładni, mimo niezbyt sensownego „Są stworzeni z ludzi, więc szaleją z nienawiści” (Co za różnica: z ludzi czy z niemal identycznych Kaledów?) to takie puszki ze Skaro, jakie znamy i kochamy, bez żadnych zbędnych modyfikacji. Półtora punktu na trzy.

„Czas Doktora” prezentuje nam menażerię, której całe sezony razem wzięte by się nie powstydziły: Oprócz Daleków na Trenzalore wpadają także Sontaranie, Cybermani (W tym także z… drewna!) Płaczące Anioły… Od przybytku głowa nie boli, czy coś takiego, w każdym razie im więcej, tym weselej. Szkoda, że ostatecznie na placu boju zostają tylko przyjemniaczki ze Skaro. Dwa punkty na trzy.

WNIOSKI
Pozwoliłem sobie pominąć stronę techniczną, gdyż w obu odcinkach jest zwyczajnie doskonała. „Doładowana” energią Wiru Czasu Rose czy eksplodujący od trafienia regeneracyjną energią statek Daleków robią wrażenie. Na możliwych piętnaście punktów wynikiem dwanaście do jedenastu zwycięża… Czas Doktora! Co nie zmienia faktu, że finalna historię Dziewiątego też warto obejrzeć :)