wtorek, 1 sierpnia 2017

Rogi Nimona

Niniejszą historię recenzuję na przekazaną mi poprzez Ask.fm prośbę Weeping Angel.

THE HORNS OF NIMON
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Nimon, Soldeed

Dokonując modyfikacji w Tardisie, Doktor czasowo wyłącza większość funkcji budki, ta jednak z jakiegoś powodu nie pozostaje w miejscu – coś ją przyciąga. Jak się okazuje tym czymś jest uszkodzony statek imperium skonnańskiego – niegdyś potężnego, obecnie podupadającego, ale wciąż marzącego o podbojach. Przedstawiciele tegoż właśnie imperium wiozą młodych jeńców z planety Aneth jako daninę dla potwora zwanego Nimonem – aczkolwiek wspomniana awaria czyni zadanie dużo trudniejszym…

Jest to, nie boję się przyznać, najtrudniejsza recenzja doktorowego produktu, jaką w życiu pisałem. Mówimy bowiem o historii, którą naprawdę przyjemnie oglądać… ale w każdym niemalże aspekcie widać braki szlifu. Zacznijmy może od postaci. Doktor jest ok, może nieco bardziej lekkomyślny, niż zazwyczaj, ale nie do przesady. Ma mowy w swoim stylu, nieodłączne żelki i kilka ripost. Romana natomiast jest taka… charakterologicznie zawieszona w połowie między pierwszym a drugim, milszym wcieleniem. Dziwne, bo od regeneracji minął już przecież jakiś czas. Dobrze, że jest chociaż bardzo użyteczna, no i nie trzeba jej ratować, a tylko troszkę wesprzeć. Na drugim planie mamy przede wszystkim grupkę wspomnianych już, młodych jeńców. Z nimi z kolei problem polega na tym, iż czegokolwiek dowiadujemy się tylko o jednym z nich! Są to bardzo ubogie informacje, ale akurat ich charakter nadaje temu minimalizmowi nieco realizmu. Jednak mimo wszystko brak danych o pozostałych czy zero interakcji między nimi to poważna usterka.

W kwestii przeciwników Nimon jest trochę sztampowy, ale plus za to, że nie od razu wiadomo, do czego dąży. Minus za niedostateczne objaśnienie, czemu potrzebuje dwóch tak różnych, jak to tylko możliwe, źródeł energii do swojego planu. Jego pachołek, Soldeed, zrobił na mnie świetne wrażenie słusznie nie do końca wierząc swojemu głupiemu podwładnemu (jednemu z pilotów statku, na którego pokład dostali się nasi Władcy Czasu), niestety to wszystko idzie się paść na sam koniec, gdy chłop doznaje szoku kompletnie i niezrozumiale zmieniającego jego wszelkie priorytety. Soldeed ma też swój, w pewnym sensie, dobry odpowiednik. Mający małą, ale ważną rolę. Nie wspominałem natomiast za dużo o wspomnianym drugim pilocie (pierwszy bardzo szybko żegna się z tym łez padołem), gdyż nie bardzo jest o czym mówić. Wyglądający jak jeden z szeregowych rywali Inspektora Gadżeta grubas o fanatycznym podejściu do powierzonego zadania. Psuje Doktorowi i Romanie krew swoim pustostanem podczaszkowym, ale nagrody za to nie dostanie.

Strona techniczna jest w porządku. Bez szaleństw, ale w porządku. Efektowne są wybuchy i strzały, ale odrobinę za dużo w nich dymu. Fantastyczne są kostiumy… za wyjątkiem głów i hełmów – te pierwsze, zwłaszcza nimońskie, są za duże w stosunku do korpusów, a te drugie za idiotyczne. Za to do scenografii przyczepić się nie sposób - „labirynt” Nimona jest fajny w swej… „techniczności”, a wnętrza kosmicznych statków od razu mówią nam, gdzie dzieje się akcja. Z zewnątrz statek Skonnan wygląda – jak na czasy produkcji – średnio, za to prawdziwym majstersztykiem jest energetyczny tunel, który tworzy Doktor, by wejść do środka, nie mogąc zmaterializować Tardisa bliżej. Cudeńko.

Jeśli jest w tej historii coś, do czego nie można się przyczepić, to humor. Jego głównym źródłem jest nie kto inny, jak K9. Nasz robotyczny Burek (niestety nie przemawiający głosem Johna Lessona) bawi bądź sam, bądź staje się narzędziem gagu w rękach Doktora. Przykładem komiczna scena z medalem. Bez spoilerów. Zabawna jest też niezwiązana z nim puenta odcinka.

No i cóż, więcej bez zdradzania fabuły nie da się powiedzieć. Czy to dobra historia? Raczej średnia. Zdecydowanie nie dla perfekcjonistów i dokładnych, drobiazgowych widzów. Oglądajmy nie nastawiając się na rewelację, a nawet się nie obejrzymy, jak minie te sto minut. (25 min razy cztery części) pełne frajdy. A przecież o to tak naprawdę chodzi...

piątek, 28 lipca 2017

Słuchowisko: Dzień Vashty Nerady ("Klasyczne Doktory - Nowe Potwory II")

THE DAY OF VASHTA NERADA
DOKTOR: Ósmy Doktor
WYSTĘPUJE TAKŻE: Kardynał Ollistra
WRÓG: Vashta Nerada

Ściągnięty przez ratunkowy sygnał na kosmiczną stację-laboratorium, Ósmy Doktor odkrywa, iż zebrani tam ludzcy naukowcy na żołdzie gallifreyskiej karydnał Ollistry eksperymentują na pochwyconej chmarze Vashty Nerady. Ollistra pragnie, by stwory zostały tak zmodyfikowane, aby były w stanie wyczuć i skonsumować nie tylko mięcho, ale też i dalekanium, co zapewni zwycięstwo w Wojnie Czasu. Jednakże jako, iż pani kardynał jest odpowiednikiem Kojota Wilusia w Whoniversum, plan szybko idzie się paść – jeden z pracowników laboratorium chce dla zysku podprowadzić nieco „materiału”, co ma bardzo tragiczne konsekwencje…

„Dzień Vashty Nerady” jest czwartym i ostatnim segmentem drugiej antologii „Klasyczne Doktory – Nowe Potwory” i w pewnym sensie kontynuacją segmentu pierwszego (z Czwartym Doktorem) tegoż, ale nie wymaga jego znajomości. Historii można spokojnie posłuchać osobno. A jaka jest? Bardzo, bardzo fajna. Abyśmy się nie nudzili, dostajemy dwie nowe wariacje żarłocznych cieni – efekty pracy wspomnianych naukowców opłacanych przez Ollistrę. Jedna z nich to Vashta Nerada w rozmiarze XXL, a druga – te same potwory złożone nie z ciemności, a ze światła. Szczególnie te drugie wykorzystano niezwykle pomysłowo. Poza tym jest tu wszystko, czego można oczekiwać po przygodzie z tymi monstrami: klaustrofobiczne pomieszczenia, poczucie, że bohaterowie są zagrożeni właściwie zewsząd… Jest też cała masa drobnych wątków, które – mam nadzieję – zostaną kiedyś gdzieś rozwinięte. Na przykład tożsamość zleceniodawców chłystka, który doprowadził do katastrofy czy wątek chorej matki szlachetnej pani naukowiec.

W kwestii postaci to Ollistra i jej przyboczni są dokładnie tacy, jak być powinni: aroganccy, patrzący na przedstawicieli ludzkiej rasy z góry i za grosz nieufający Doktorowi. Choć pani kardynał usilnie próbuje namówić go do włączenia się w Wojnę Czasu, co kwituje on zdaniem będącym dla słuchaczy jakoby przepowiednią dotyczącą nadejścia Wojennego Doktora. Niezgorsza jest też wspominana pani naukowiec, która jednak ma pecha być podwładną Ollistry, co poniekąd zaraża ją „wilusiowatością”. Ale od czego jest Doktor? Z samym naszym herosem mam tutaj natomiast pewien problem: z jednej strony jest tak genialnie ironiczny, jak jeszcze nigdy. Trzy czwarte jego wypowiedzi to jakiś inteligentny, acz wredny przytyk. Jest to świetne, ale… jakieś takie nie w stylu Ósmego Doktora, nie uważacie?

Strona techniczna jest strzałem w dziesiątkę. Jeden, jedyny, nie do końca humanoidalny osobnik brzmi w pełni zrozumiale, Władcy Czasu nawet w głosach mają wspomnianą pogardę, a efekty pożywiania się, że tak to dowcipnie ujmę, naszych cieni powodują ciary. Paul McGann jako Doktor to oczywiście klasa sama w sobie i o tym nikogo przekonywać (mam nadzieję) nie trzeba. Naukowcy może brzmią odrobinkę za młodo, ale tylko odrobinkę, nie ma się do czego przyczepić.

Czy całość ma jakieś wady? Tak. Po pierwsze naprawdę chciałoby się więcej, słuchowisko to jest bardzo krótkie. Wiem, to tylko jeden segment, ale bawiłbym się dużo lepiej, gdyby ukazało się w zwyczajnym, miesięcznym cyklu i trwało około dwóch godzin. Trwa niespełna połowę tego czasu. Problemem też jest przewidywalność – już pod koniec można bez pudła zgadnąć, co powiedzą postaci drugoplanowe, i jak każda z nich skończy.

Z całej, wcale niekiepskiej, antologii „Klasyczne Doktory – Nowe Potwory II” to słuchowisko zdecydowanie jest najlepsze. Gorąco je polecam nie tylko miłośnikom Ósmego Doktora.

sobota, 15 lipca 2017

Pojedynek: Doktor na psychoterapii (Planeta Cienia kontra Pożeracze Grzechu)

Cześć. Patrzycie zapewne na tytuł i zastanawiacie się, o co chodzi z tytułem. Oto przed Wami pojedynek słuchowiska i komiksu, gdzie Doktor i ferajna trafiają do... kosmicznych ośrodków oferujących niezwykłą psychoterapię! Pomysł zaczerpnąłem z faktu, iż sam obecnie przebywam w placówce zdrowia, nie psychicznego a fizycznego na szczęście ;)

SHADOW PLANET
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace, Hex
WRÓG: W zasadzie brak

kontra

THE SIN-EATERS, cz 1 i 2
DOKTOR: Dziewiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose Tyler
WRÓG: Pożeracze Grzechu

W "Planecie Cienia" znudzona Ace mimo niejasnych ostrzeżeń Doktora, ordynuje wycieczkę na losowo wybraną planetę o nazwie Umbra. Tam oto, w luksusowej klinice, można poddać się zabiegowi stworzenia tzw Cienia - sobowtóra posiadającego tylko nielubiane cechy naszego charakteru - i konfrontacji z nim mającej poprawić samoakceptację. Ace jako pierwsza decyduje się spróbować... i oczywiście coś zaczyna iść źle.

W "Pożeraczach Grzechu" za brutalne zamordowanie swojej towarzyszki Tary Doktor skazany zostaje na przymusowy pobyt w kosmicznym Instytucie Hesquard. Tam oto leczy się różnego rodzaju zwyrodnialców dosłownie ekstrahując z ich umysłów negatywne emocje. Kiedy ta bolesna kuracja jest przeprowadzana na osobie Doktora, do kliniki przenika Rose, wcielając się w rolę kontrolerki...

FABUŁA
"Planeta.." łączy w sobie wiele gatunków. Początkowo wygląda na medyczny techo-thriller, potem na krótko możemy mieć wrażenie obcowania z horrorem, jest lekki wątek psychologiczny... O dziwo taki misz-masz sprawdza się nawet fajnie, o ile oczywiście lubimy takie miksy. Trzy i pół punktu na cztery.

"Pożeracze..." mają naprawdę bombastyczny koncept i mocno trzymają w napięciu. Niby wiemy, że Doktor nie mógł zabić Tary, z drugiej strony ostatnie, co można o niej powiedzieć na podstawie innych komiksów to to, że była osobą godną zaufania. Co więc się stało? Niestety, rozwiązanie nie jest aż tak rewelacyjne - co najwyżej dobre. Trzy punkty na cztery.

STRONA TECHNICZNA
Od strony technicznej „Planeta Cienia” jest perfekcyjna. Wszystkie głosy i odgłosy są idealne, wielki też szacunek dla Sophie Aldred, u której tylko przez ułameczek sekundy słychać, że moduluje swój głos by brzmiał, jak za dawnych czasów. Równie rewelacyjny jest Sylvester McCoy, który w tej produkcji zdecydowanie pobił rekord w ilości ikonicznego „Rrrrrrr” na przygodę ;) Dwa punkty na dwa.

Rysunki w „Pożeraczach Grzechu” są znakomite, barwne i z dużą ilością dynamiki. Bez najmniejszych problemów rozpoznajemy Doktora i Rose, a na kolejnych kadrach są rysowani dokładnie tak samo. (Nie śmiejcie się – moja recenzja pierwszych zeszytów „Opowieści o Duchu”.) Nooo, może na jednym, małym kadrze Doktor nie jest ujęty zbyt wyraźnie, ale i tak jest wzorcowo. Nie sposób nie wspomnieć także o hulkopodobnych Pożeraczach – znakomicie wyglądające monstra. Również dwa punkty na dwa.

TOWARZYSZE
Przechodzimy do postaci. Jacy są występujący w „Planecie Cienia” Ace i Hex? On – w porządku, rozważny i ostrożny, natomiast ona… Jakby się jakichś pobudzaczy nawcinała, nigdy nie zachowywała się aż w taki nadpobudliwy w taki sposób, na żadnym etapie wojaży z Doktorem. Na plus współpraca i doskonała synchronizacja, jaką Ace i Hex mają. Półtora punktu na trzy.

Rose w „Pożeraczach”… po prostu jest. Jak w wielu komiksach, gdzie fabuła nie kręci się wokół danego towarzysza/towarzyszki robi swoje, ale nie ma w zasadzie żadnych charakterystycznych cech. Można by podstawić pod jej wypowiedzi twarz jednej z wielu innych postaci i różnica byłaby żadna. No, zgoda, w jednym momencie towarzysze z grupy, nazwijmy to, inteligentów, postąpiliby zapewne sprytniej, ale to za mało. Punkt na trzy.

WROGOWIE
W „Planecie...” nie ma wrogów per se. Są postaci, które robią coś niefajnego raz czy dwa z własnych, dobrze uzasadnionych powodów, ale nie jest to nic naprawdę złego. Nawet Cienie nie są antagonistami – do tego stopnia, że aż żal się z nimi rozstawać ;) Pełne trzy punkciaki.

Tytułowi „Pożeracze Grzechu” antagonistami stają się z powodu głupoty dyrektorki instytutu, panny Highsmith. Wydają się być sztampowymi jak diabli monstrami… dopóki nie zaczynają przejawiać inteligencji. Sama Highsmith mimo podwójnego daru skretynienia i pecha również prezentuje się niezgorzej, zwraca uwagę na szczegóły i łatwo orientuje się, że z przybyłą niedawno kontrolerką coś mocarnie nie halo. Z pewnym wahaniem, bo trochę oryginalności brak, ale jednak pełne trzy punkty.

DOKTOR
Siódmy Doktor w omawianym słuchowisku jest w porządku. Bez szału, ale w porządku. Zbyt delikatnie zarysowano jego naturę intryganta, ale ponieważ Big Finish ma z tym problemy od zawsze, plus za samą próbę. No i to, jak słownie dekapituje rozmówców… Miodzio. Trochę pogmatwano jego początkowe plany związane z Umbrą – niejasne, jak zrobił to, co zrobił – ale nie jest źle. Dwa punkty na trzy.

Z Dziewiątym Doktorem w komiksie jest podobnie, jak z Rose – jest i tyle, bez cech charakterystycznych. Z małym jednak, a bardzo korzystnym wyjątkiem. Motywacja jego planu jest znakomicie powiązana z traumą po Wojnie Czasu, tak silnie widoczną u tego wcielenia. Oczywiście, inne inkarnacje zapewne postępowałyby identycznie posiadając inne motywy, ale mnie to zadowala. Dwa punkty na trzy.

WYNIK
No i co, to już chyba wszystkie kategorie, w jakich można rozpatrywać te dwa doktorowe dziełka. Generalnie oba są fajnie, ale zwycięzca może być tylko jeden. Wynikiem dwanaście do jedenastu wygrywa „Planeta Cienia”. Gorąco polecam. I niniejszym idę dalej oddawać się dochodzeniu do zdrowia – do zobaczenia :)

środa, 12 lipca 2017

Księżycowa Baza

Niniejszej recenzji dokonuję na prośbę Patryka Kubiaka, który napisał do mnie na ask.fm. Ponieważ jest to historia w połowie zaginiona, wspomagałem się animacjami oraz nowelizacją.

THE MOONBASE
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Polly Wright, Ben Jackson, Jamie McCrimmon
WRÓG: Cybermani

Z małymi trudnościami Tardis ląduje na Księżycu… ale bez obaw, nic się z niego nie wykluje, to rok 2070 ;) Doktor najchętniej zabrałby się stamtąd w diabły, ale zostaje niejako przegłosowany przez towarzyszy. Ekipa wdziewa więc skafandry i rusza na wyprawę… która szybko zaczyna iść źle, oto bowiem Jamie robi sobie dosyć poważne kuku. Nieprzytomny Szkot, a za nim oczywiście reszta ferajny, trafia do znajdującej się nieopodal Księżycowej Bazy – centrum, z którego steruje się maszyną kontrolującą pogodę na Ziemi. Personel Bazy zaczyna mieć bardzo poważne problemy z których rozwiązaniem oczywiście chce pomóc uporać się Doktor, tymczasem w ambulatorium, w którym dochodzi do siebie Jamie, pojawia się tajemniczy intruz...

Zacznijmy od Doktora. Jaki tutaj jest? To niemalże modelowy Drugi – zabawny, choć zdecydowany i potrafiący przejść do rzeczy. Niemalże, ponieważ ma jeden czy dwa krótkie epizody gburkowatości, niezbyt typowe dla tej inkarnacji, ale są na tyle małe i nic nieznaczące, że w ogólnym rozrachunku nasz heros jest taki, jaki być powinien. Świetni są jego towarzysze: Ben i Polly są jak zawsze bardzo, bardzo pomocni, (opracowują nawet ciekawy, troszkę macgyveryczny, sposób na walkę z Cybermanami) ale odrobinkę zakompleksieni. Natomiast Jamie… Można by odnieść wrażenie, że skoro tak wcześnie zostaje znokautowany, to będzie go mało. Cóż, i tak i nie. W akcji może faktycznie jest go trochę mniej, ale za to pojawia się fajny wgląd w jego, nazwijmy to, system wierzeń. A czy stwory z legend, których słuchał w dzieciństwie istnieją? To już za duży spoiler ;)

Przejdźmy teraz do wrogów, czyli Cybermanów. Ich plan jest w nie aż tak dużym stopniu nastawiony na konwersję, co może zdziwić widzów znających nasze ulubione blaszaki tylko ze współczesnych serii, ale to jest dopiero ich drugie wystąpienie, stąd też trochę inaczej wyglądał koncept na nich. Części ich zamiaru w tej przygodzie można się łatwo domyślić, ale tylko części. Na wielki plus końcowa faza: oblężenie!

Troszkę dziegciu: nie w pełni wykorzystano potencjał postaci pobocznych. Pochodzą oni z różnych krajów, ale niewiele z tego nie wynika. Szkoda, jakiś konflikcik na tle rasowym podgrzałby atmosferę. Tyle, że przynajmniej wyraźnie różnią się temperamentami i podejściem do pewnych kwestii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, nie można jakoś szczególnie narzekać, efekty są – jak na rok produkcji, rzecz jasna – całkiem przyzwoite. Narzekałbym jedynie na to, że Cybermani, choć generalnie kształtami przypominają tych znanych z „Dziesiątej Planety” („The Tenth Planet”) mają głowy w całości pokryte metalem, a nie przypominającym materiał tworzywem. No ale to może tylko rzecz gustu.

Przygoda taj jest fajna, naprawdę fajna. Przypomina odrobinę horror (zamknięte pomieszczenie, tajemnicza choroba, korytarze, po których coś krąży i porywa ofiary…) ale za sprawą Drugiego Doktora ma w sobie też nutkę humoru. Dziur fabularnych nie uświadczono, jest prosto, ale z napięciem i – co ważne – bez zbytnich dłużyzn. Oczywiście problem stanowi to, iż połowa z czterech odcinków jest zaginiona, a animowana rekonstrukcja wywołuje pewien ból ogromną sztywnością i sztucznością, ale warto zapoznać się z tą przygodą. Najlepiej w postaci nowelizacji :)
(Uwaga techniczna: nowelizacja owa ma inny tytuł „Doctor Who and the Cybermen”)


niedziela, 14 maja 2017

Słuchowisko: Śmierć Przychodzi do Czasu

Cześć. Słuchowisko, o którym Wam dzisiaj opowiem jest inne od pozostałych tu omawianych z dwóch powodów. Po pierwsze nie wyprodukowało go Big Finish, tylko samo BBC, a po drugie mamy w nim Siódmego Doktora, który kończy swoją bytność… wcale nie zmieniając się w sympatycznego Ósmego z pamięcią jak ser szwajcarski! Oto przed Wami…


DEATH COMES TO TIME
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Antymon
WRÓG: Generał Tannis

Serdeczne podziękowania dla mojej koleżanki z czasów studiów, Joanny, za konsultację językową :)


Tajemniczy głos opowiada legendę o rasie gigantów, którzy próbowali użyć swych potężnych mocy by pomagać słabszym, śmiertelnym rasom. Zamiast tego przynieśli im tylko zgubę…
Gdzieś w kosmosie armia Canisian atakuje pokojową nację Santinów. Agresorom przewodzi generał Tannis i, o, ludzie, kawał z niego skurwiela. W jego więzieniu zamknięta jest Ace, której z pomocą przychodzi pewien niezwykły osobnik… Tymczasem Doktor i jego towarzysz Antymon pomagają uciec członkom parlamentu podbitej Santiny, Władca Czasu jednak odmawia bezpośredniego włączenia się w konflikt – obywatele mają sami stworzyć partyzantkę i podjąć opór, dopiero wtedy nasz heros ich wspomoże. Niedługo potem Doktor otrzymuje mało subtelną wiadomość od swego dawnego przyjaciela – Ministra Przypadku - i rusza na spotkanie z nim. Na Ziemi zabito bowiem dwoje Władców Czasu…

Jeśli chodzi o fabułę słuchowiska, jest bardzo dobrze: mamy kilka przeplatających się, ciekawych wątków, a żaden z nich nie nudzi. No, może wątek zabójców Władców Czasu, tego, kim ci zabójcy są i w ogóle, nie do końca dorównuje innym, ale ma też swoją rolę: pozwala zżyć się z Antymonem, polubić go. W ogóle to twórcy wręcz bawią się z nami otwierając jakiś wątek, jasno pokazując, że znajdzie on zakończenie, a potem przeskakują do kolejnego. Oczywiście w końcu wszystko elegancko się splata. Mamy też malutkie nawiązania np. do Planu Cartmela, Lungbarrow, planowanego jeszcze zanim przerwano produkcję zakończenia wątku Ace… Oprócz tego w ostatecznej bitwie bierze udział pewna uwielbiana postać z przeszłości. A wszystko to ponieważ fabularnie historia ta byłaby ostatecznym zamknięciem historii Doktora na siódmym wcieleniu. Może już bez związku z tym, ale wypada wspomnieć, jak ładnie wpleciono Władców Czasu w pewne ludzkie wierzenia i mitologie.

Jakie są tu postaci? Znakomite, po prost znakomite: Siódmy Doktor może nie jest tym intrygantem, za którym przepadamy, ale jego, również znana z serialowych przygód i takich scen, jak pamiętny monolog o cukrze, filozoficzna natura tu wyeksponowana jest do maksimum, co ma znakomite uzasadnienie. A i, może nie jest to intryga, ale niejako będąca jego dziełem tajemnica towarzysza Antymona – geniusza walki wręcz o umyśle dziecka – zrywa beret. Poważnie, takiego czegoś w wykonaniu naszego herosa nie było. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Tannis – nie wiem, jak udało się to twórcom, ale stworzyli niewiarygodnie podłego czarnego charaktera będącego pozbawionym jakiegokolwiek uroku archetypem szkolnego osiłka gnębiącego słabszych, a jednocześnie w ogóle nieprzerysowanego. Efekt jest genialny - nienawidzimy gościa tak bardzo, jak tylko się da od pierwszej chwili, gdy się pojawia aż do ostatniej. Fajni są też inni Władcy Czasu poza Doktorem: nie licząc Ministra Przypadku nie próbują walczyć z nieubłaganym losem, a raczej przygotować Wszechświat na to, co nadchodzi. Robią to natomiast z godną siebie, niemal boską potęgą, oraz w stylu najlepszych intryg naszego herosa. A po główce dostaje z tego powodu jak zwykle Ace – identyczna, jak w serialu. Nooo, może nie aż tak porywcza. A konkluzja jej wątku... Miodzio, aż szkoda, że nie da się nic o tym powiedzieć bez spoilerów. Minister z kolei może wielu irytować – chociaż początkowo tego nie widać, jest jak postać z greckiej tragedii. Próbuje z całych sił walczyć z losem, a to wyjątkowo trudny przeciwnik.

Strona techniczna jest doskonała. Wszystkie głosy są wyraźne (chyba, że z fabularnych przyczyn konieczne jest co innego, np. postaci komunikują się przez źle odbierające radio) a aktorzy doskonale odgrywają emocje swoich bohaterów. Szczególnie świetny jest tu Sylvester McCoy, którego Siódmy Doktor w serialu miewał melancholijne momenty, ale tu jest ich dużo, dużo więcej. I pan Sylvester perfekcyjnie daje sobie z nimi radę odgrywając Doktora nieco zmęczonego, ale jednocześnie wiedzącego, że już bliżej niż dalej do końca przysłowiowego syzyfowania – era Władców Czasu w świecie śmiertelników dobiega bowiem końca. Mamy tu także więcej muzyki, niż w słuchowiskach Big Finish, występuje ona nie tylko jako tło, czasami też słuchamy jej razem z postaciami. To, co mi się osobiście nie podoba, to narratorka, która odczytuje tytuł i obsadę, ale nie mogę tego uznać za wadę per se – początkowo „Death...” powstało jako słuchowisko radiowe, więc to konieczność.

Czy produkcja ta ma jakieś wady? Owszem – po łebkach potraktowano wątek części planu Tannisa związanej z osobą Ministra Przypadku. Sama konkluzja jest epicka, i stanowi jeden z najlepszych elementów całości, ale droga, która do owej prowadzi jest nieco dziurawa, pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Można też zadawać sobie pytanie, czy moce, które mają tu Władcy Czasu, nie zostałyby w serialu czy innych mediach użyte przez inne, niż Doktor postaci – z drugiej jednak strony wspomina się o, nazwijmy to, cenie za owe, ale w praktyce nie widzimy tychże konsekwencji, może więc jednak mieli pietra ;)

Rozpisałem się strasznie, ale było o czym :) Podsumowując, jest to melancholijne, ale wcale nie nudne słuchowisko, pełne filozofii i smutnego nastroju przemijania. Polecam wszystkim oprócz zagorzałych przeciwników historii w takich klimatach.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Uśmiech

SMILE
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts
WRÓG: Roboty

POWRACAMY
Wbrew Nardolowi, który to wolałby, by Doktor zajmował się swoimi obowiązkami, nasz heros zabiera Bill na przejażdżkę do przyszłości, gdzie właśnie powstaje ziemska kolonia. Nie wie jednak, że coś chyba mocno wymknęło się spod kontroli. Jak się okazuje już w pierwszych scenach komunikujące się z ludźmi emotikonami roboty mające dbać o szczęście przedstawicieli gatunku homo sapiens sapiens… zabijają tych, na których to obliczach nie ma uśmiechów!

ZAMIANA
Od początku wiadomo, co i jak, dlatego zamiast długich ekspozycji (poza jedną, już pod koniec) możemy podziwiać utrwalanie relacji między Doktorem i Bill. Okraszone, rzecz jasna, znakomitymi dowcipami. Mój faworyt to gag na temat dwóch serc naszego herosa. Oczywiście gdy zabójcze roboty próbują zrobić to, co im wychodzi najlepiej przestaje być tak śmiesznie i trzeba się brać do dzieła. W międzyczasie jest nawet troszkę fajnych rozważań o naturze ludzi i świadomych istot w ogóle. Może nie są jakieś nie wiadomo jak, głębokie, ale nie przesadzajmy - wiemy, czy jest a czym nie jest DW. Fajnie ukazano charakter Bill, zwykły ludzki strach, ale i silniejsze od niego ciekawość oraz chęć pomocy. Doktor natomiast, jak to w tym wcieleniu, odrobinę się myli w ocenie ludzkich charakterów, ale na maszynach zna się doskonale ;) Pokonuje zagrożenie sposobem, który każdy komputerowy laik, w tej liczbie także i piszący te słowa, stosował niejeden raz nie mając pojęcia, co zrobić :)

SZATA ZDOBI
Strona techniczna jest świetna. Kolonia wygląda obłędnie, a roboty dość… realnie – jeśli takie maszynki powstałyby w rzeczywistości, myślę, że pi razy oko tak właśnie by wyglądały. Odrobinę zgrzyta wnętrze statku kolonistów – zbyt mało fantastycznonaukowe, jak na technologię, którą ów statek dysponuje. Ale za to te plenery… Nie da się nie zachwycić polem zboża, na którym wylądował Tardis.

MECHANIZM
O robotach dużo już było, fajnie, dość realistycznie wyglądają, ale jest jeszcze ich drugi, nazwijmy to, gatunek – mikro-boty tworzące wszystkie budynki w kolonii. Można też fajnie spekulować, co stanie się z kolonistami w przyszłości, bo choć zakończenie nie jest negatywne, to mamy w nim (w formie żartu, ale zawsze) sugestię, że roboty stały się najgorszą plagą świata rzeczywistego – kapitalistami :D

NOSTALGIA
To już drugi pod rząd odcinek z przyjemnie kameralną atmosferą. Duża jego część jest pisana wyłącznie na Doktora i Bill (i porozumiewające się emotikonami roboty, rzecz jasna) i efekt jest znakomity. Może to nie drugie „Heaven Sent”, ale odrobina tego pomysłu przebija. Poza tym Steven Moffat w naprawdę genialny i nienachalny sposób żegna się z serialem – nawiązując w drobnostkach do różniastych rzeczy z przeszłości inaczej, niż się to w DW robi zazwyczaj – dla przykładu to, o czym pośrednio wspomniałem. Mówiąc już dokładniej, chodzi o sposób zabijania przez roboty, który to jest bardzo podobny do pewnych innych wrogów. To oczywiście tylko jedna rzecz z wielu, ten klimat pożegnania zdecydowanie czuć, a mimo to nie w smutny sposób. Geniusz.

NA KONIEC
Czy historia ta ma jakieś poważne wady? Jedną: skandaliczny brak postaci Nardola! Jest tylko w jednej, jedynej scenie, przez kilka-kilkanaście sekund. No jak tak można? Pomimo jednak tego uchybienia mamy do czynienia z fantastyczną historią, klimatyczną i w tonie serii. Polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat                                                                                  - Skandalicznie mało Nardola!
- Znakomita większość strony technicznej
- Doktor oraz Bill
- Wrogowie


niedziela, 16 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Pilot

Powiedzmy sobie szczerze, na tym blogasku jest już od dawna dużo więcej, niż Classic Who, więc, chrzanić nazwę, przed Wami recenzja pierwszego odcinka serii dziesiątej.

THE PILOT
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts, Nardole
WRÓG: Kałuża – i akurat ja tu nie zalewam!


CO JA ROBIĘ TUUU, CO JA TUTAJ ROBIĘ...
Dużo się zmieniło w życiu Doktora, od kiedy go ostatni raz widzieliśmy: teraz wraz z Nardolem mieszka na jednym z angielskich uniwersytetów i wykłada tam – już od kilkudziesięciu lat. Robi to, ponieważ pod rzeczonym gmachem stoi sobie tajemnicza brama, za którą jest coś, co wymaga pilnowania. Co – jeszcze nie wiemy, to zagadka sezonu. Tak czy inaczej podczas wykładów nasz heros dostrzega, iż pojawia się na nich młoda dziewczyna, która bynajmniej do studentów nie należy. Wnikliwa obserwacja upewnia go w przekonaniu, że warto zaproponować jej… nie, wcale nie podróże w Tardisie! Korepetycje! Rzeczone trwają kilka miesięcy, a w międzyczasie Bill, bo o niej, rzecz jasna, mowa, zadurzyła się tymczasem w nowopoznanej koleżance, ale z tą coś nie gra. Zwłaszcza, gdy prosi, by panna Potts rzuciła okiem na pewne dziwo w postaci... kałuży!

POZNAŁEM CIĘ W PRZYDROŻNYM BISTRO...
Początkowo historia ta rozkręca się w bardzo powolny i jednocześnie klimatyczny sposób. Poznajemy życie Bill, to, jaka ona jest, widzimy też Doktora niejako jej oczami. Oczywiście z tyłu głowy mamy wciąż zagrożenie, które wcześniej czy później wyskoczy zza któregoś węgła i tak też jest. Ale do tego czasu możemy popodziwiać liczne smaczki w gabinecie Władcy Czasu: zdjęcia Susan i River na biurku, kolekcję starych dźwiękowych śrubokrętów… Scena ze zdjęciami zmarłej biologicznej mamy Bill natomiast w mojej opinii zapisze się w kategorii najpiękniejszych scen.

I’LL BE THERE FOR YOU...
Jaki jest wróg tego odcinka? Dosyć sztampowy, aczkolwiek było to, jak sądzę, zamierzone, by nie odwracał uwagi od nowej towarzyszki i, hm, emocjonalnej strony odcinka. Która to strona ładnie komponuje się z ostateczną motywacją potworasa. Boli trochę iście fanserwisowe użycie Daleków i ich dawnych wrogów, Movellan. Doktor i ferajna lecą do nich niby w celu sprytnego pozbycia się kosmicznego zagrożenia, ale nic z tego nie wynika! Po co to było, Moffie, po co? Żeby Bill zobaczyła Daleka? Pozwolę sobie też w tym akapicie streścić stronę techniczną: efektów nie ma za wiele, bo i nie są potrzebne w dużej ilości. Wróg wygląda ładnie, wypisz-wymaluj jak z okropnego „Waters of Mars”, chociaż nie jest związany z tamtymi potworasami – tu i tu po prostu „nośnikiem” jest woda :)

YOU CAN COUNT ON ME, LIKE ONE, TWO THREE
Mało jest w odcinku Nardola, niestety. Ma to sens, epizod jest o Bill, aczkolwiek i tak mi szkoda. Tym bardziej, że gdy tylko nasz kosmiczny łysoń się pojawia, możemy być pewni jednego: zaraz rykniemy śmiechem. Miszcz, po prostu miszcz. No i dostajemy zabawną wskazówkę odnośnie tego, jak Doktor pomógł mu odzyskać ciało po tym, co w „Mężach River Song” zrobił mu król Hydroflax. Tyle o nim, teraz możemy przejść do gwiazdy tego odcinka, panny Potts. Ooo mój Rassilonciu, co to za genialna postać… Moffat niniejszym zmiksował najlepsze cechy towarzyszek ze współczesnych serii i wyrzucił jednocześnie ich wady w diabłu. Gada jak najęta i jest nienachalnie bystra, ale nie nadęta. Ma niezbyt ekscytujące życie, ale nie jest na tyle samolubna, by chcieć z miejsca je porzucić. No i na pewno nie zakocha się w Doktorze – patrz końcówka pierwszego akapitu. Nie widać też u niej obsesji kontroli ani syndromu roboczo przeze mnie nazywanego syndromem Hrabiny Wyczepistość – jej odwaga plasuje się tylko odrobinkę powyżej racjonalnej średniej.

DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY…
Nie gorzej spisuje się Doktor – to, że tym razem nie ma ochoty na zabieranie nowej pasażerki nie wynika z żadnej traumy ani smutku – po prostu ma swoje obowiązki związane z wspomnianą bramą. Oczywiście wiadomo, że w końcu je oleje, ale miło dostać inny, niż zwykle powód jego oporów. Kiedy próbuje przekonać Bill, by dała spokój (eufemizm), w świetny sposób nawiązano nie do jednej, a do dwóch nawet współczesnych towarzyszek. A jaki nasz heros jest ogólnie? Mniej jak aspołeczny gburek, bardziej, jak akademicki gburek ;)

No i to na tyle, otwarcie sezonu wypadło naprawdę znakomicie – kameralnie, bez wielkiego bum, ładnie otwierając nowe wątki. Polecam gorąco :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Postaci                                                                                        - Po co tam ci Dalekowie?
- Klimat
- Nawiązania
- Humor