środa, 15 lutego 2017

Pojedynek: "Każdy w Swoją Stronę" kontra "Czas Doktora"

Cześć. Na wstępie przepraszam, że mająca się ukazać tydzień temu wideo-recenzja słuchowiska „UNIT: Wyciszenie” utknęła w Wirze Czasowym, ale jeszcze w tym tygodniu na sto procent uda mi się ją wydobyć. A tymczasem dzisiaj pojedynek dwóch, współczesnych, regeneracyjnych przygód Doktora!

THE PARTING OF THE WAYS
DOKTOR: Dziewiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose, Jack
WRÓG: Dalekowie

kontra

THE TIME OF THE DOCTOR
DOKTOR: Jedenasty Doktor
TOWARZYSZE: Clara
WRÓG: A kogo tam nie było? ;)

ALE… O SO CHOZI?
W „Każdy w swoją stronę” Rose jest więźniem Daleków, a Doktor wraz z Jackiem błyskawicznie ją ratują. To oczywiście dopiero początek walki z solniczkami – dowodzący nimi Cesarz Daleków nie odpuści i ordynuje atak na Stację Gry – kosmiczna stację znaną z dwóch poprzednich przygód („Długa Gra” i „Zły Wilk”) Nasz ulubiony Władca Czasu musi wraz z towarzyszami przygotować obronę i jeszcze przekonać mieszkających na stacji ludzi, że nadchodzi śmiertelne zagrożenie…

Czas Doktora” zaczyna się od tajemniczej wiadomości wysłanej poprzez wszechświat i sciąga wszelkiego rodzaju tałatajstwo wokół tajemniczej planety. Zanim jednak Doktor, z pomocą cybermańskiej głowy zwanej Handles, rozszyfruje co i jak, Clara poprosi go o pomoc w osobistej sprawie rodzinnej. Ale to akurat niezbyt ważne – istotniejsze, że wiadomość brzmi „Jaki Doktor?” a wspomniana planeta to Trenzalore – miejsce ostatecznego pochówku Doktora.

FABUŁA
Bardzo, bardzo lubię historie, w których przygotowuje się do odparcia oblężenia, a potem walczy z najeźdźcami, dlatego „Każdy...” bardzo mi się spodobało. Niestety, nie było idealne. Jak przystało na finał sezonu, trzeba było zamknąć pozostawione do tej pory wątki, czy zagadki i zrobiono to… od bidy. Cała zagadka napisu „Zły Wilk” nie prowadziła absolutnie donikąd, bez tegoż tekstu fabuła toczyłaby się dokładnie tym samym torem… i doszłaby dokładnie do tej samej deus ex machiny, jaką pokonane zostały puszki ze Skaro. Punkt na trzy.

W „Czasie...” mamy paradoks, i to nie czasowy. Pomysł jest mocno średni - Doktor musi pozostać na Trenzalore przez całe wieki, by bronić kolejnych pokoleń niewinnych mieszkańców, których wszystkie możliwe kosmiczne potwory chcą wysadzić wraz z całą planetą, by nie dopuścić do powrotu Władców Czasu (a jest on możliwy ze względu na coś, co pojawiło się właśnie na Trenzalore) a mimo wszystko historia wyszła miodnie. Rozwiązanie wszystkich wątków związanych z Ciszą i Jedenastym Doktorem ogółem wyszło nieźle. Za to najpoważniejsza wada: odsyłanie Clary do domu nie tylko identycznie, jak Rose w wyżej opisywanym odcinku, ale też więcej, niż raz. Dwa punkty na trzy.


TOWARZYSZE I DRUGI PLAN
Do „Każdy w swoją stronę” nie mam zarzutów pod względem towarzyszy. Rose bardzo się stara pomóc Doktorowi, nawet wbrew jego woli i własnemu krańcowemu egoizmowi, a Jack wyjątkowo daje się znieść – głównie dlatego, że w obliczu zagrożenia zachowuje jaką-taką powagę i ogranicza czerstwe dowcipy. Matka Rose i Mickey z kolei kupili mnie w tym odcinku komiczną wersją pomocy pannie Tyler w powrocie na pole bitwy z Dalekami. Wiecie, o czym mówię, zabawne to było. Trzy punktu na trzy.

Czas Doktora” to jeden z ostatnich odcinków, gdzie Clarę dało się lubić. Nie miała jeszcze w pełni rozwiniętej obsesji kontroli, a jej część mózgu odpowiedzialna za racjonalne decyzje jeszcze funkcjonowała. Zachowywała się więc jak należy – miła, oddana towarzyszka gotowa dać się pokroić (nie dosłownie, choć innych towarzyszy nieraz próbowano) za naszego herosa. No i potrafiła bez krępacji pogadać z Władcami Czasu. Z postaci drugoplanowych jej rodzinka z czele z babcią była nawet zabawna, a dowodząca Ciszowcami nowa postać, Tasha Lem… Zaraz, Doktor ją zna? Gdzie, skąd, kiedy? Za to pół punktu mniej, dwa i pół na trzy.


DOKTOR
Tutaj od razu mówię, iż jest po równo. Tak Dziewiąty jak i Jedenasty Doktor w swoich finalnych przygodach prezentują to, co absolutnie najlepsze tak u nich, jak i w ogóle w postaci naszego herosa. Dziki intelekt, odwagę i odrobinę humoru, choć tego ostatniego nie było wiele, bo omawianie historie do przesadnie wesołych nie należą. Pod tym względem jest idealnie, trzy na trzy punkty dla obu odcinków.

REGENERACJA
Nie da się ukryć, regeneracja jest bardzo, bardzo ważnym aspektem omawianych tu epizodów, przynajmniej dla mnie. W „Każdy w swoją stronę” jest rewelacyjnie – mamy jeden z moich ulubionych motywów przemiany w towarzystwie nieznającej procesu towarzyszki i bardzo fajną przemowę naszego herosa. Jednego, czego mi brakowało to słówka uzasadnienia (wszak to pierwsza we współczesnych seriach regeneracja) czemu fajerwerk regeneracyjny może ranić. Dwa i pół na trzy

Równie znakomita jest regeneracja w „Czasie Doktora”. Monolog naszego herosa jest nawet lepszy, aczkolwiek niezbyt podoba mi się, jak Jedenasty Doktor otrzymawszy nową pulę regeneracji najpierw niby-regeneruje, przez co odzyskuje młodość, a potem (oczywiście po wspomnianym monologu) dochodzi do faktycznej przemiany. Nie jest to wielka wada, mamy dzięki temu cudną panikę Daleków, ale dałoby radę pozostawić to i wszystkie inne fajne sceny, a sprawić, by odmłodzenie i eksplozja statku potworasów ze Skaro spowodowane były bezpośrednio falą regeneracyjnej energii od Władców Czasu. Również dwa i pół punktu.

WROGOWIE
Na koniec nieco o wrogach. W „Każdy w swoją stronę” Dalekami dowodzi ich Cesarz, niestety nie mogę powiedzieć o nim zbyt wiele dobrego. Jego wygląd jest przekombinowany, i choć jako lider nie musi mieć potencjału bojowego, nie ma powodu, by to on dowodził. Przynajmniej jego podwładni, mimo niezbyt sensownego „Są stworzeni z ludzi, więc szaleją z nienawiści” (Co za różnica: z ludzi czy z niemal identycznych Kaledów?) to takie puszki ze Skaro, jakie znamy i kochamy, bez żadnych zbędnych modyfikacji. Półtora punktu na trzy.

„Czas Doktora” prezentuje nam menażerię, której całe sezony razem wzięte by się nie powstydziły: Oprócz Daleków na Trenzalore wpadają także Sontaranie, Cybermani (W tym także z… drewna!) Płaczące Anioły… Od przybytku głowa nie boli, czy coś takiego, w każdym razie im więcej, tym weselej. Szkoda, że ostatecznie na placu boju zostają tylko przyjemniaczki ze Skaro. Dwa punkty na trzy.

WNIOSKI
Pozwoliłem sobie pominąć stronę techniczną, gdyż w obu odcinkach jest zwyczajnie doskonała. „Doładowana” energią Wiru Czasu Rose czy eksplodujący od trafienia regeneracyjną energią statek Daleków robią wrażenie. Na możliwych piętnaście punktów wynikiem dwanaście do jedenastu zwycięża… Czas Doktora! Co nie zmienia faktu, że finalna historię Dziewiątego też warto obejrzeć :)

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Rewolwerowcy

THE GUNFIGHTERS
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Dodo Chaplet, Steven Taylor
WRÓG: Doc Holiday, Johnny Ringo


Kolejnej recenzji przyszedł dzisiaj czas
Na sam dziki zachód chcę zaprosić Was
Tam się oto buda zmaterializowała
Z kompanami i Doktorem wołającym „ała”
Naszego herosa bolał bowiem ząb
Ani Dodo ani Steven nic z tym nie zrobią
Potrzeba dentysty, w miasteczku jest taki
Jednak ten jegomość to początek draki
Ma wrogów przed którymi chciałby dać drapaka
„Wkręcę tego dziadka” - pierwsza myśl cwaniaka
Myślą, że ich wrogiem Doktor, goście uzbrojeni
A prawdziwy cieszy pyszczek gdzieś spomiędzy cieni
Starczy mówić o fabule, bo za wiele zdradzę
A są inne też aspekty, a więc idźmy dalej
To opowieść, jakie dzisiaj już nie uświadczymy
Miast ufoków w roli wrogów historyczne gnidy
Wyatt Earp czy Johnny Ringo tu się pojawiają
Ich obecność i epoka efekty wykluczają
Za to na poziomie świata sprawa z kostiumami
Pierwszy Doktor w kapeluszu oraz z ostrogami
Jeszcze jedna cecha tegoż epizodu bardzo wyjątkowa
Oprawa muzyczna, że niech się wszystko schowa
Każda część przygody na start i na koniec
Ma ballady parę strofek pięknych, że oj oj jej
Jeszcze słówek parę w kwestii towarzyszy
Tu niestety mniej dobrego, czytelniku, napiszę
Dodo się obraża o głupotki każde
Steven znowuż zachowuje się dość nierozważnie
Trochę to z ich charakterem wcześniejszym nie licuje
Dobrze, że choć Doktor spójnie postępuje
Klasa, styl i odrobina czarnego humoru
Oto nasz bohater, pogromca bandziorów!
Czy fabuła tej przygody mi się podobała?
Tak, brak dziur w fabule – zaleta niemała!
Jest dużo bijatyk, intryg i strzelanin
Lecz skoro to western, mam jedno pytanie:
Gdzie czerwonoskórzy, scenarzysto, pytam
Bez nich każdy western to po prostu lipa!
No ale nie tutaj, wszak to świat Doktora
Nawet bez nich jest wybornie, chciałbym Was przekonać
Polecam, polecam, bawiłem się przednio
Największej z wad Pierwszego przygód ominięto
Odpowiednie tempo, zero rozciągania
I historia, choć nie perfekt, warta oglądania

wtorek, 24 stycznia 2017

"Supremacja Cybermanów" kontra "Powódź"

Hurra, zdążyłem przed północą! Oto przed Wami pojedynek dwóch komiksów z Cybermanami. W odróżnieniu od dawnych pojedynków, różne kategorie mogą mieć różną ilość maksymalnych punktów.


SUPREMACY OF THE CYBERMEN
DOKTORZY: 9-12
TOWARZYSZE: Gabby, Cindy, Rose, Jackie, Jack, Alice
WRÓG: Cybermani

kontra

THE FLOOD
DOKTOR: Ósmy Doktor
TOWARZYSZE: Destri
WRÓG: Cybermani


Akcja „Supremacji...” zaczyna się na planecie Karn, gdzie jedna z kapłanek odnajduje w ruinach pogrzebany Tardis Doktora. Nasz bohater (oczywiście cały i zdrowy) w dwunastym wcieleniu wychodzi z budki i prosi zaskoczoną kobietę o możliwość spotkania z jej przywódczynią. Tymczasem na Ziemi, w epoce dinozaurów, Jedenasty Doktor i jego towarzyszka Alice poszukują nieistniejącego w późniejszych erach smacznego owocu na prezent z okazji rocznicy ślubu Vastry i Jenny. W poszukiwaniach to których przeszkadza im głodny tyranozaur. A w dwudziestym czwartym wieku, na pokładzie kosmicznego autobusu Dziesiąty Doktor i jego dwie towarzyszki Gabby oraz Cindy wybierają się na zakupy do kosmicznego centrum handlowego, które, jak się wkrótce okaże jest z jakiegoś powodu opustoszałe. Tymczasem w roku 2006 Jackie Tyler ścigana jest przez skonwertowane na cybermaństwo… psy! Ratują ją Doktor, Rose i Jack na pokładzie antygrawitacyjnego kabrioletu. Jak się okazuje nasz fantastyczny heros stracił budkę na rzecz blaszaków, które podbiły całą planetę. Czas więc odbić jedno i drugie :)



W "Powodzi" Ósmy Doktor i jego pozaziemska towarzyszka Destri przybywają do współczesnego Londynu nie wiedząc, iż wszyscy jego obywatele są właśnie skanowani przez tajemniczych infiltratorów. W czasie, kiedy Destri ze swą pozaziemską naturą miesza się w pewien lokalny ambaras, dziwni ludzie namierzają naszego herosa i jego budę. Nie wiedząc, że sami są na celowniku wspomnianych wcześniej istot...



FABUŁA

"Supremacja...", jak juz zapewne zauważyliście, upycha wszystkich współczesnych Doktorów do akcji... I tu, w mnogości er, postaci i miejsc jest niestety K9 pogrzebany: era dinozaurów, Sontar, podbity Londyn... No dobrze, pokazuje to wszystko, jak super-potężni są Cybermani pod wodzą... no nie zdradzę, kogo, zbyt dobry numer, ale to absolutnie niczego nie wprowadza do fabuły. Doktorzy 9-11 i ich towarzysze raz po raz ponoszą porażki i w zasadzie na tym ich rola się kończy, wszystko robi pod koniec Dwunasty. Równie dobrze to mógłby być komiks wyłącznie o nim, z Dziewiątym i resztą ukazanymi na pojedynczych panelach, jak klasyczne wcielenia. Na szczęście przynajmniej początkowe zwroty akcji zrywają beret mimo kilku wyświechtanych schematów bliżej końca, a późniejsze, liczne konfrontacje z Cybermanami to malutkie arcydzieła pod względem tempa i narracji. Zakończenie to z kolei taka połowiczna deus-ex machina, z jednej strony to, czym Doktor pokonał blaszaki niezbyt powinno mieć takie właściwości, a z drugiej nie wzięło się całkiem z czapy. Cztery i pół punktu na sześć.



"Powódź" to historia o bardzo dobrej fabule, godnej doskonałego thrillera science-fiction. Choć już po okładce wiemy, że wrogami będą Cybermani a i nie ma bardzo dużo jakichś powalających zwrotów sytuacji, sporo się dzieje, a akcja jest najwyższych lotów. Nie ma ani chwili nudy, a to ktoś z niezrozumiałych jeszcze (ale wyjaśnionych potem) powodów zaczyna zachowywać się dziwacznie, a to dochodzi do konfrontacji wręcz lub efektownej strzelaniny... Super. Podoba mi się też pewien gambit Doktora pod koniec, całkiem inny od zgranego już dziesiątki razy numeru "Udaję, że zdradzam swoich sojuszników". Niestety jednak sam finał nie jest aż tak dobry - to deus-ex machina, w którą lider Cybermanów dosłownie wpycha naszego herosa. Ponieważ to kluczowy w pokonaniu blaszaków zwrot akcji, za całość fabuły przyznaję pięć i pół punkciaka na sześć.



TOWARZYSZE I INNE POSTACI

Jeśli chodzi o towarzyszy, „Supremacja...” to paździerz – jakiekolwiek cechy charakteru mają (a i to tylko początkowo) Gabby i Cindy podróżujące z Dziesiątym. Reszta, czy to postaci znane z telewizji, jak Rose, czy też nie, jak Alice, nie robią niczego charakterystycznego: albo długo ich nie ma, albo dostają omłot od Cybermanów. Dwunasty Doktor, główna postać całej szopki, towarzyszy natomiast nie ma tu wcale. A szkoda. Inne postaci też w zasadzie są bo są, pełnią tylko rolę ekspozycji. Wyjątek stanowi osobnik czasowo rządzący Cybermanami – jest fajny, i dobrze rozwinięto jego ostatni występ w odcinku telewizyjnym, to, co go tam spotkało. Może odrobinę przesadzono z jego naiwnością, ale tylko odrobinę. Punkt na sześć.



„Powódź” to historia, gdzie Destri, towarzyszka Ósmego, naprawdę błyszczy: nie do końca orientuje się w zawiłościach ziemskiej kultury, ale za to umie się postawić i doskonale walczy. A przy tym jest słodka i zabawna. Inne postaci to, niestety, w zasadzie tło, poza jednym: wzorowanym na fizycznej aparycji aktora Leo McKerna, szefem MI6. Może nie zrobił wiele, ale przynajmniej się starał. I trochę kłócił z Cybermanami. Dwa i pół punktu na sześć.



WROGOWIE

W kategorii wrogów „Supremacja...” błyszczy: mamy mnóstwo różnorakich, często bardzo niezwykłych wariacji naszych ulubionych blaszaków, od skonwertowanych zwierząt do Cyber-Władców Czasu. Co najlepsze, zdolności Cybermanów to w zasadzie klasyka, bez żadnych niewyjaśnionych nowości. Jeśli mają coś nowego w rękawie, to widzimy w jaki sposób się tego dochrapali i co to dla wszystkich oznacza. Nie mam najmniejszych obiekcji, sześć punktów na sześć.



W „Powodzi” Cybermani to zupełnie nowa wersja, byłaby nawet do przyjęcia… gdyby nie kilka naprawdę absurdalnych zdolności, typu kontrola umysłu samym dotykiem, dziwna niby-konwersja (po której i tak zmieniają ludzi jeszcze raz, klasycznie) i inne. Parapsychiczna broń, której używają pod koniec jest wprawdzie ekstra, ale akurat do nich średnio pasuje. Nie pogniewałbym się też na kilka słów dokładniejszego objaśnienia, czemu są nowi i lepsi, niż przedtem, skąd ten nowy sprzęt. Trzy i pół punktu na sześć.



GRAFIKA

Nie ma tu za wiele do powiedzenia, w obu jest poprawna. Nie urywa głowy, ale poza jednym, czy dwoma kadrami wszystko wygląda bez zarzutu. Po trzy punkty dla obu tytułów. Byłoby jeszcze pół punktu ekstra dla „Supremacji Cybermanów” za trafiony pomysł z okładką, gdzie zamiast obrazka mamy elegancki fotos współczesnych Doktorów, ale ową fajność niweluje Sontaranin z długą brodą. BRODĄ?



NASZ BOHATER

Zostawiłem to sobie na koniec, hehe. W „Supremacji...”, choć jak wspomniałem, Doktorzy ciągle przegrywają, to ilość przemawia na ich korzyść – mają masę pomysłów i zawzięcie walczą z blaszakami, mało tego: każdy z nich jest idealnie taki, jak w serialu, może za wyjątkiem Dziesiątego, ale to akurat zaleta, bo gdyby było inaczej… Brrr! Pięć punktów na pięć.



Ósmy Doktor jak wiemy, w każdym medium jest trochę inny. Tu to dość pogodny, gotowy do poświęceń spryciarz w typie Piątego, ale nieco, hm, twardszy. Bardzo dużo korzysta ze swojego dźwiękowego śrubokrętu, co osobiście uwielbiam, i doskonale się dogaduje z towarzyszką. Gdyby to było inne wcielenie, narzekałbym na brak jakiejś charakterystycznej akcji, ale patrz pierwsze zdanie. Pięć na pięć także.

REZULTAT
Oto i wyniki: do zdobycia było aż dwadzieścia sześć punktów. Niniejszym ogłaszam...


... remis! Oba tytuły otrzymały po dziewiętnaście i pół punktu! Może się wydawać, że to nie aż tak wiele, ale oba naprawdę przyjemnie się czyta. Mają swoje problemy, ale nic, co odstraszałoby na dobre. Solidna dawka whoviańskiej rozrywki. Polecam.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Ogłoszenia drobne :)

Cześć, witajcie po długiej przerwie. Założyłem blogowi stronę twarzoksiążkową, ale fejsbuki pieprzone zablokowały ją po trzech dniach żądając ode mnie dowodu, że mój blog jest, cóż, mój. Kij im w szprychy, bo udowodnić tego nie mogę, ale szkoda wielka :( Z radośniejszych wieści mam ochotę wrócić do recenzowania regularnego, i pozwoliłem sobie sporządzić harmonogram:

24.01 - "Supremacja Cybermanów" kontra "Powódź" [Pojedynek komiksów]
30.01 - "Rewolwerowcy" [Recenzja telewizyjnej przygody]
07.02 - "UNIT: Wyciszenie" [Recenzja wideo słuchowiska]
14.02 - "Każdy w swoją stronę" kontra "Czas Doktora" [Pojedynek odcinków współczesnych]
21.02 - "Upadek Korvena" [Recenzja telewizyjnego odcinka spin-offu "K9"]
28.02 - "Blues o Bombie Atomowej" [Recenzja książki]

Terminy mogą ulec zmianie w wyniku działania sił wyższych ;)

sobota, 22 października 2016

"Klasa" jest klasa - recenzja pierwszego odcinka "Class"

Doktor Who” miał już trochę spin-offów. Przygody drużyny dowodzonej przez nieśmiertelnego kapitana, który za miliony lat może stać się wielką głową (i przestać rzucać czerstwe dowcipy), niemalże orwellowska przyszłość, którą ratuje mechaniczny burek o zaskakujących widza zdolnościach regeneracyjno-lewitacyjnych, czy zmagania zwyczajnych dzieciaków z kosmitami, w których to zmaganiach pomaga kobieta według dokumentu tożsamości nazywająca się jak dawna towarzyszka naszego ulubionego Władcy Czasu, ale nieprzypominająca jej zachowaniem… Do, hm, czterech razy sztuka, jak sądzę. No, może do trzech i pół, spin-off „K9” w przeciwieństwie do pozostałych nie był produkcją BBC.

Class” to najnowszy serial w uniwersum Doktora, opowiada o grupie nastolatków uczęszczających do akademii Coal Hill, placówki, do której uczęszczała onegdaj wnuczka Doktora, Susan. W pierwszej scenie bez ostrzeżenia rzuceni zostajemy w wir akcji widząc, jak jedna z nauczycielek i uczeń ukrywają się przed groźnym potworem nazywanym potem członkiem Rodu Cienia (Shadow Kin). Trwa to krótko, ale jest efektowne i dobitnie pokazuje, z czym będziemy mieć do czynienia. Co jest potem? Dzień jak co dzień w ogólniaku: problemy sercowe uczniaków, brak zrozumienia ze strony ich rodziców, wredni pedagodzy...* I w tych właśnie oparach okruchów życia przyjdzie nam poznać nowych protagonistów: April, Charliego, Tanyę i Rama. Oraz oczywiście panią Quill, nadętą i samolubną nauczycielkę, która ewidentnie chciałaby być gdzieś indziej. Im dalej, tym lepiej. To genialna w swej niesympatyczności postać, nawiasem mówiąc. Same nastolatki też są dobrze napisanymi, pełnokrwistymi charakterami, oczywiście, a pikanterii dodaje fakt, że jedno z nich, nie zdradzę, które, ma pewną niezwykłą tajemnicę… Taaak, bohaterowie to zdecydowanie mocna strona serialu tym bardziej, że wyraźnie zaakcentowano początki personalnych wątków każdego z nich. Oby zostały równie świetnie rozwinięte w przyszłości.

Wracając do fabuły, bohaterowie, a przynajmniej ich część, mimo uczucia prześladowania przez dziwaczny cień szykują się do mającego się wkrótce odbyć balu. A każdy fan popkultury wie, że taki bal to wymarzone pole do paranormalnej rozróby średnich rozmiarów. Wcześniej jednak wspomniana tajemnica jednego z naszych bohaterów wyjdzie na jaw, a kolejny z nich niechcący… połączy się z wodzem agresywnych najeźdźców z kosmosu dziwną więzią!

Pytanie: jak poradzić sobie z tym całym galimatiasem? Nie da się tego zrobić bez pomocy najbardziej charyzmatycznych brwi w całym Zjednoczonym Królestwie. Tak, w owym pilotowym odcinku pojawia się Dwunasty Doktor i pomaga bohaterom. Z epickością godną tornada i nowym śrubokrętem. Może nie wszystkim pomoże dokładnie tak, jakby sobie życzyli, ale nie jest dżinem z lampy, tylko szaleńcem z budki.

Łyżka dziegciu w tej cysternie pierwszorzędnego miodu: strona techniczna nie powala. Ród Cienia to niezbyt okazale wyglądające potwory niemalże skopiowane z odcinka czwartej serii współczesnej DW „Fires of Pompeii” a laserowa broń używana do walki z nimi nie licząc fajnego, symbiotycznego połączenia ze strzelcem wygląda jak tania zabawka. Także czołówka nie powala, choć bezpretensjonalna muzyczka jak najbardziej pasuje do klimatu szkoły średniej.

Ano właśnie, klimat. Mała herezja: nie lubię „Torchwood”. Nie kupuję sposobu, w jaki seria owa miała stać się czymś dla widza dorosłego, sposobu, którym przez całą pierwszy sezon (i jeszcze trochę potem) było wciskanie scen seksu w różnych konfiguracjach, zazwyczaj niezbyt sensownych z punktu widzenia fabularnego. Oczywiście „Class” nigdy nie miało aspiracji do bycia 18+, tym niemniej chciano zrobić coś niekoniecznie tak familijnego, jak DW. I poniekąd się udało, sposobem następującym: trup ściele się tu gęsto, siłą rzeczy juchy też jest co niemiara, jednakże pomysłowa praca kamery powoduje, że nawet wrażliwi na widok drogocennej, czerwonej cieczy nie powinni mieć problemów podczas seansu.

Podsumowując, na pierwszym odcinku „Class” bawiłem się doskonale. Zderzenie pokręconego świata Doktora ze szkolną rzeczywistością zakropiono odrobiną baśniowości z cyklu „zniszczone królestwo” i w środek wrzucono paczkę dzieciaków, których nie da się nie polubić, oraz ich nauczycielkę – którą będziemy kochać nienawidzić. Jeśli dalsze odcinki utrzymają poziom, czeka nas najlepszy spin-off w historii Whoniversum. Czego sobie i Wam życzę.



*Mimo, że sam piszący te słowa należy do tejże branży, to tak: bywamy wredni w tym fachu ;)

środa, 17 sierpnia 2016

Słuchowisko: Judoon w Łańcuchach ("Klasyczne Doktory, Nowe Potwory")

Który to już raz Szósty Doktor bierze udział w sądowej rozprawie? I, co ważniejsze, czy będzie ona równie dobra, jak dwie poprzednie? Przekonajcie się :)


piątek, 5 sierpnia 2016

Słuchowisko: Upadłe Anioły ("Klasyczne Doktory, Nowe Potwory")

Witajcie ponownie! Zapraszam Was do odsłuchania video-recenzji z gościem, piękną Angelą, wraz z którą zapoznamy się z pierwszym segmentem nowej serii słuchowisk "Klasyczne Doktory, Nowe Potwory"! Na pierwszy ogień pójdzie starcie Piątego Doktora i Płaczących Aniołów! Zapraszam :)