środa, 26 grudnia 2012

Trylogia Exo-Przestrzeni, część trzecia: Wrota Wojowników

Witam w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Na początek zdanie komentarza do wczoraj wyemitowanego odcinka „The Snowmen”: MOFFAT, JAK TY MOGŁEŚ ZROBIĆ COŚ TAKIEGO W ŚWIĘTA? JAK?
Ponieważ jednak zajmujemy się tu seriami klasycznymi, przechodzimy do meritum. Ostatnia część naszej trylogii Exo-Przestrzeni

WARRIORS’ GATE
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II, Adric
WRÓG: Kapitan Rorvik

RÓŻNICA
Zacznijmy od tego, że w przeciwieństwie do pozostałych dwóch części trylogii, w tej nie chodzi o uruchomienie statku kosmicznego :) Ten jest sprawny, a wszyscy mają jeden cel: uciec z Exo-Przestrzeni. Zdawałoby się, że jeśli tak, to nawet spierać się nie będzie o co: Doktor pomoże napotkanej załodze, bo on też chce się wydostać. Problem polega natomiast na tym, że wspomniana załoga to...handlarze niewolników!

HAKUNA MATATA
No wybaczcie, ale rasa Tharilów, której to przedstawiciele mieli zostać sprzedani przez kapitana Rorvika, z wyglądu naprawdę przypomina jakieś uczłowieczone, i antropomorficzne lwy. Nasz czarny charakter miał niestety o tyle pecha, że bez istot wrażliwych na działanie tzw. Wiatrów Czasu niezbyt był w stanie nawigować swoim pojazdem. A lewki potrafiły to wykorzystać, mimo wszystko :)

ZABAWY Z CZASEM
Jeśli w tej historii mam z czymś problem, to ewidentnie z czasem. Raz z dzikimi przeskokami (Adric idzie przez „pustkę”, Romana wpada w tarapaty (Jak zawsze...) a po chwili bez wyjaśnienia widzimy ich ukrywających się pod plandeką) innym razem z nie do końca wyjaśnionymi zaburzeniami. Już tłumaczę o co chodzi: Nie spoilerując, ktoś sobie rozmawia z Tharilami, a tu nagle jak gdyby nigdy nic ci znikają, a na ich miejscu pojawiają się uzbrojeni napastnicy. Bowiem „rozmówca” przed chwilą znajdował się w przeszłości, a Wiatry Czasu przerzuciły go do teraźniejszości. I tak parę razy.  Niefajnie jest też, kiedy uszkodzony K-9 zaczyna wyrzucać z siebie techno-bełkot tak szybko, że nawet rodowity Brytol miałby problemy ze zrozumieniem go :)

RETORYKA ROMANY
Od początku trylogii wiemy, że Romana nie chciała wracać na Gallifrey. Im bliższy wydaje się jej powrót, tym bardziej kłóci się ona z Doktorem, i stara wykręcać od zakończenia przygód. Ta historia jest jej finałową, na końcu rozstaje się z naszym „szalikowcem” :) Gdyby chodziło o kogoś innego, narzekałbym zapewne na gwałtowność decyzji, i momentalne pożegnanie, ale...Ale tutaj było widać to, o czym mówiłem wcześniej: ona po prostu chciała uniknąć powrotu do domu. I wybrała pierwszą ku temu okazję.

UCIECZKA
Zawsze jechałem po Adricu jak po, cytując klasyka, burej suce, ale tym razem zachował się nawet rozsądnie, namawiając Doktora, i Romanę do bezrefleksyjnego olania problemu niewolnictwa w Exo-Przestrzeni, i szybkiej ucieczki. Jasne, że nasi Gallifreyczycy nie mogli na to przystać, ale taka sugestia była jak najbardziej sensowna. Plus dla „młodego”! Ostatecznie jednak zakończenie, nawet mimo tego aktu zbędnego heroizmu Doktora i Romany (Bo Tharilowie w przeszłości też mieli niewolników!) jest jak najbardziej pozytywne.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                             Do bani:
- Doktor, Romana i Adric w dobrej formie :)                        - Trochę błędów scenariuszowych
- Pozytywny finał                                                             - Przekombinowane zabawy z czasem

środa, 19 grudnia 2012

Trylogia Exo-Przestrzeni, część druga: Stadium Rozkładu

Cześć. Dzisiaj druga część trylogii Exo-Przestrzeni, tym razem w klimatach związanych z pewnymi latającymi ssakami. Zapraszam :)

STATE OF DECAY
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Trójka Która Włada

KLIMATYCZNOŚCI I SPRZECZNOŚCI
Historię otwiera może nie grzesząca oryginalnością, ale klimatyczna scena, w której to dziwaczna para królewska, i ich zausznik wybierają sobie jednego z prostych wieśniaków do tajemniczego obrzędu. Tymczasem Tardis zbliża się do nieznanej planety, na której Doktor, i Romana mają nadzieję znaleźć coś, lub kogoś pomocnego w wydostaniu się z Exo-Przestrzeni. K-9 podaje jednak dziwaczne odczyty: na globie znaleźć można bardzo zaawansowaną technologię, jednak mieszkańcy są prymitywni. Oczywiste więc, że trzeba to zbadać :)

PRAWDA O PLANECIE
Jest w tej przygodzie taki fragment, gdzie tubylcy z pomocą Doktora i Romany odkrywają dane, z których wynika, iż piloci rozbitego onegdaj na ich planecie statku wyglądają łudząco podobnie do ciemiężących ich monarchów. Momentalnie skojarzyło mi się to z książką „Cała prawda o planecie Ksi” Janusza Zajdla. (Genialny polski pisarz science-fiction, któremu uwielbiany Stanisław Lem może kapciuszki pucować) Ostatecznie historia obrała jednak inny kierunek, i naszych Władców Czasu czekał...

...WIECZÓR Z WAMPIREM
To oczywiście tytuł emitowanego wiele lat temu programu Wojciecha Jagielskiego. Ma się rozumieć Doktor, i Romana nie natykają się na żadnego sympatycznego showmana, tylko na prawdziwych krwiopijców, i to nie w znaczeniu metaforycznym. W pierwszej chwili mnie to nie ucieszyło, gdyż, ponieważ, bo wampiry od zawsze uznawałem, i uznaję za passe, (A już zwłaszcza od czasu pojawienia się pewnej książki o nich, uwielbianej przez niewyżyte nastolatki) ale tu na szczęście problemu nie ma. Jak na wampiry, te stwory są może mało „wampiryczne”, ale w roli wrogów Doktora sprawdzają się kapitalnie: są odpowiednio mroczne, i „zepsute”, oraz, naturalnie, chcą wydostać swojego, uwięzionego pod ziemią, pana. Klasyka w znakomitej postaci :)

METODA „NA MCGYVERA”
Przyznam, że sposób, w jaki Doktor wykorzystał rakietę do zabicia wampira-giganta (A wampiry we Whoniwersum są niezniszczalne, za wyjątkiem pojedynczego słabego punktu) zrobił na mnie wrażenie nietuzinkowością, choć był też stosunkowo prosty. Zresztą - czego Gallifreyczyk nasz ulubiony w tej przygodzie nie wyczyniał? Rozwiązywał tajemnice, wszczynał rewolucje, by chwilę potem przywódcą buntowników mianować wiernego K-9, oraz komplementował Romanę (Której naprawdę ładnie było wtedy z uśmiechem) Jeśli podczas tej historii czegoś mi w jego wykonaniu brakowało, to chyba częstowania żelkami :)

PODZIEL SIĘ ZMARTWIENIEM
Wiem, wiem, monotematyczny się robię, ale kolejny raz pisać muszę o tępocie Adrica.* Tym razem postanowił zyskać nieśmiertelność, stając się wampirem. (Niby to nie był jego pomysł, ale się nie opierał) I dzięki niemu Romana omal nie zginęła. Liczyłem, że tym razem nie dostanie ona łatki „damy w opałach”, a tu masz. Dzięki, ci, młody, ogromne dzięki!

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA
Na plus:                                                                                              Do bani:
- Fajni wrogowie                                                                                - Tradycyjnie już Adric
- Klimat
- Wielozadaniowy Doktor, ładnie się uśmiechająca Romana, i K9

*W tej przygodzie nie wliczałem go jeszcze do towarzyszy Doktora, gdyż był raczej pasażerem na gapę, a nie członkiem „załogi”

środa, 12 grudnia 2012

Trylogia Exo-Przestrzeni, część pierwsza: Pełne Koło


Witajcie. Dzisiejszy wpis stanowi pierwszą część recenzji jednej z sag, a konkretniej – trylogii Exo-Przestrzeni. („Exo-Space”, lub po prostu „E-Space”) Jako ciekawostkę dodam, że miałem dziką ochotę jako pierwszą sagą zająć się nieco nietypową „Wojna domową Daleków”, ale konieczność przetłumaczenia tytułu jednej z części, gdzie pada słowo „Ressurection” mogłaby mnie narazić na konsekwencje ze względu na pewien akt prawny, więc...
Tak, czy siak Exo-Przestrzeń :-)

FULL CIRCLE
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Bagienne stwory

NA GIGANCIE
Przygody Doktora uzależniają. Z tym zapewne zgodzi się każdy, kto całkiem sporo swego czasu poświęcił na oglądanie/czytanie/słuchanie ich. Ale czy wiecie, że co najmniej kilka postaci z doktorowego uniwersum tez zdaje się stawać uzależnionymi od harców po kosmosie na pokładzie niebieskiej budki? Romana to modelowy przykład. Gdy ją poznaliśmy, bez szemrania wysłuchała rozkazu Lorda Prezydenta (Właściwie to kogoś, kto go udawał, ale wtedy tego nie wiedziała) nakazującego jej pomóc Doktorowi w jego misji skompletowania Klucza Do Czasu, a na początku tu omawianej historii, gdy wydano jej polecenie powrotu na Gallifrey posłuszeństwo gdzieś znikło :) Nie, żeby to miało znaczenie, skoro niedługo potem nasi bohaterowie wpadli w inny wymiar, ale fakt jest faktem.

EWOLUCJA (NIEZUPEŁNIE) WEDŁUG DARVINA
Sprawą kluczową dla tej przygody jest...tak tak, ewolucja. Oczywiście jej wątek jest zdrowo pokręcony, jak na Whoniwersum przystało, (Istoty niby ewoluują, ale pod względem inteligencji jakby...wolniej) i wiąże się z potężnym zwrotem akcji. Jakim? W dużym skrócie opierającym się na tym, kto w kogo wyewoluował. Nie chcę spoilerować, bo już sam tytuł jest spoilerem. Przejdźmy więc do innych kwestii. 

THE SECRET FILES
Tak brzmiał podtytuł starej gierki platformowej, w którą w dzieciństwie pocinałem, a w przypadku recenzowanej tu przygody Doktora chodzi o informacje pozostawione spotkanej przez niego rasie Alzarian jakoby przez ich przodków. Nikogo chyba nie zdziwi fakt, jeśli powiem, że przywódca tych pierwszych nie pozwalał nikomu na dostęp do owych danych? :) A że on sam, i wszyscy jego następcy byli tumanami większymi, niż ród Pendragonów z „Przygód Merlina”, nie byli w stanie wyłapać dwóch rzeczy: kim faktycznie ich przodkowie byli, oraz tego, czemu nie udaje im się naprawić statku kosmicznego, w którym mieszkają, i którym planują dać ze swojej planety dyla z uwagi na nadchodzące, cykliczne zjawisko mające jakoby utrudnić im obronę przed nękającymi ich bagiennymi potworami. Tak swoją drogą głupota Alzarian jest chyba cechą ich gatunku - debiutujący w tej przygodzie Adric jest przedstawicielem tej właśnie rasy.


DRAMATIS PERSONAE
Jeśli chodzi o Adrica, to przyznam, że w porównaniu z jego wyczynami w następnych przygodach, tu jeszcze nie jest aż takim tumanem. Owszem, pakuje się w niepotrzebne tarapaty, ale raczej takie, jakie można wybaczyć dzieciakowi w jego wieku: nieostrożne działanie, zbytnia buńczuczność, itp. Nic szczególnego. Romana z kolei jak zazwyczaj (Choć już nie na tak krótko, jak zwykle) wpada w tarapaty, (Choć w sumie to, co się jej przytrafia ma większe konsekwencje dla innych) ale w sumie to dzięki konieczności jej wyleczenia Doktor orientuje się w zawiłości ewolucji istot zamieszkujących Alzariusa. I występuje jako negocjator, rozjemca, i jeszcze parę innych ról. I chociaż nie wszystkich udaje mu się uratować, dedukuje w końcu, na czym polega problem z naprawą statku, co pozwala Alzarianom na poderwanie krypy w kosmos. Gdybyż tylko nasz heros na końcu dostrzegł, co mu wlazło na pokład Tardisa...

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                         Do bani:
- Nowy wymiar - nowe przygody :)                                               - Nieprzeciętnie tępi Alzarianie 
- Ciekawy wątek ewolucyjny


środa, 5 grudnia 2012

Cztery Do Dnia Sądu

Czołem. Dzisiaj, w porównaniu z zeszłym tygodniem, nieco mniej „odjazdów”, przynajmniej z mojej strony. Z mojej, bo recenzowany odcinek jest jednak mocno przesycony szaleństwem...


FOUR TO DOOMSDAY
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka, Adric
WRÓG: Monarcha, Oświecenie, Perswazja

OKRES WARUNKOWY
Muszę, po prostu muszę, zacząć od sugestii związanej ze Stevenem Moffatem. Nie wiem, czy jako fan DW zna tę historię, ale jeśli nie, to gdyby obejrzał ją teraz, z pewnością stwierdziłby, że już czas na emeryturkę :-) Tak tak, w tej szalonej przygodzie znajduje się kompilacja wielu naprawdę, przepraszam za kolokwializm, odjechanych pomysłów.  Aborygeni tańczący w rytm elektronicznej muzyki to tylko najlżejszy przykład...

CZOŁEM, KLASA!
Cała przygoda zaczyna się dosyć typowo - Tardis zamiast na Ziemię omyłkowo przenosi Doktora i ferajnę (Trójka regularnych towarzyszy naraz - rzadkość!) na pokład pewnego kosmicznego statku wielkich rozmiarów. Nasz Władca Czasu ordynuje oczywiście wycieczkę celem empirycznego sprawdzenia, gdzie trafili, z tym, że akurat pozostali pasażerowie niebieskiej budki zachowują się jak rozkapryszone bachory. I o ile Tegan ma powód (Doktor obiecał jej odstawienie do domu, gdyż dołączyła raczej z konieczności, niż chęci - przynajmniej na razie) o tyle kłótnie Nyssy, i Adrica odnośnie matematyki, tudzież różnic między intelektem męskim, a kobiecym były po prostu durne. Zresztą, jak się przekonamy później (Ale jeszcze w tej przygodzie) Adric wspomnianego nie posiada w ogóle. Serio, większego tumana ze świecą szukać. Ale o tym poniżej. Wspomnianym statkiem rządzi stwór zwany Monarchą, oraz jego adiutanci, Perswazja i  Oświecenie (Zważywszy, że jeszcze za kadencji tego samego Doktora będziemy mieć przygodę opowiadająca o wyścigu po kryształ o identycznej nazwie stwierdzam, że inwencji odnośnie nazewnictwa brakowało i wtedy...) W rozmowie z Doktorem, i Tegan proszą oni o rysunek obrazujący ziemską kulturę. I, choć technicznie nie było możliwe, aby panna Jovanka w takim tempie stworzyła coś tak dokładnego, z tym rysunkiem wiąże się pewien ważny dla fabuły zwrot akcji...

BYĆ, ALBO NIE BYĆ
No i mam problem. Czy wspomniany zwrot akcji można nazwać cliffhangerem, skoro niby to z przytupem zakończył jedną z części przygody, ale z drugiej strony nie pozostawił naszych bohaterów w stanie zagrożenia? Nie wiem, po prostu nie wiem. Tak czy siak, mimo wspomnianego braku zaskoczenie było potężne. A scena stosunkowo prosta: oto niespodziewanie pojawia się niewidziana do tej pory postać człekokształtna, i przedstawia z imienia. A gdy to robi, powoduje u widza solidny opad szczęki...

Z GŁUPOTĄ SWĄ TAM BĄDŹ...
...śpiewał kreskówkowy kogut, Foghorn Leghorn. Ja mam tu na myśli oczywiście Adrica, który niemalże sprzymierza się z Monarchą, głównym „złym” opowieści. I to bynajmniej nie sama chęć sprzymierzenia czyni go takim osłem, tylko jej powody. Ów przedstawia mu swoje plany, jednoznacznie złe zresztą, a nasz Adryczek jak gdyby nigdy nic dochodzi do wniosku, że...ewentualne ofiary tegoż skorzystają na wprowadzeniu owej tyranii. Aż cud, że Doktorowi udaje się w końcu przemówić mu do rozsądku (O ile „młody” jakikolwiek posiada...)

WIELOKULTUROWOŚĆ
Przyznać trzeba jedno: statek Monarchy jest multikulturowy. Spotkać tam można m.in. Aborygenów, starożytnych Greków, Majów, czy chińskich mandarynów.  Oczywiście z nimi wszystkimi tez wiąże się nielicha niespodzianka, ale nie spoileruję. (Albo dobra: zostało z nich mniej, niż na to wygląda) Już pod koniec przygody dostajemy natomiast pewną scenę, której to podobny odpowiednik znalazł się w zeszłorocznym specialu świątecznym. I został przez całe hordy łosi skrytykowany jako cyt. „Przejaw zamerykanizowania i zdziecinnienia”. Jak widzicie, takie rzeczy towarzyszyły DW od dawna* Co mam na myśli? Kosmos w dosłownym tego słowa znaczeniu :) Historię zamyka ostatni zwrot akcji, tym razem związany z Nyssą, której to w całej przygodzie przypadła rola damy w opałach.

 POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                     Do bani:
- Co chwila nowe zaskoczenie                                  - Głupszy, niż ustawa przewiduje Adric
- Pokręcony klimat    


*W sumie to rzeczy najmniej „doktorowe” jakby nie patrzeć wprowadził RTD. Nie jest to (do końca) zarzut, ale tyle osób krzyczy na temat tego, co zrobił z serialem Moffat, a on przywrócił mnóstwo cech serii klasycznych.                                         

środa, 28 listopada 2012

Srebrna Nemezis

Cześć. Ostatnimi czasy ilość osób czytających mojego bloga poraża, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Dziś kolejna recenzja napisana w odmiennym stylu „Niu dżornalizm”, tym razem bardziej odmiennym, bo chyba poprzednio był za mało :) Miłej lektury.


SILVER NEMESIS
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Lady Peinforte, De Flores, Cybermani

O PODSTĘPACH WSZELAKICH
Historia, którą chcę Wam dziś przedstawić, od samiutkiego początku jest pozytywnie pokręcona. Oto bowiem w ramach otwarcia otrzymujemy migawkę z życia siedemnastowiecznej szlachcianki-wiedźmy oraz widzimy, jak w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku emerytowany Hitlerowiec planuje powołać do istnienia Czwartą Rzeszę. Obie te strony, a potem też i Cybermani, do zrealizowania swoich celów potrzebują pewnej statuy, i, jakby to rzec, dodatków do niej. Zaczyna się wyścig.
Może i to jest zakręcone, ale niezbyt oryginalne, wiesz?
Kto to powiedział?
Twój stary kumpel, Olek.
Naprawdę?
Jasne, że nie. Jestem częścią ciebie, twoim id. Gdybyś regularnie nie ucinał sobie drzemek na niedzielnych wykładach z psychologii, wiedziałbyś, co to znaczy.
Ech, tak się składa, że wiem. Ale do rzeczy. Podczas, gdy wspomniane indywidua knują, Doktor i Ace zażywają relaksu po ostatnich przygodach.
Aż ktoś jeszcze inny próbuje zrobić z nich sito.
Tak. Ale nie spoilerujmy.

ZNALEZISKA
Przyznać trzeba, że im więcej odcinków z ostatnich sezonów klasycznych serii się obejrzy, tym bardziej dochodzi się do wniosku...
...że Moffat obrzydliwy to autoplagiator!
Chciałem to powiedzieć delikatniej*. Ale w sumie...W kontekście tej historii chodzi mi o pewne nakrycie głowy, które to przez kilka chwil nosił Doktor, a potem Ace.
Skoro to dla ciebie takie istotne...Ja zwróciłbym bardziej uwagę na to, że nawet najbardziej rąbnięte wcielenia jak Czwarty, czy Szósty Doktor nie wyczyniały cudów typu zagłuszanie komunikacji Cybermanów muzyką jazzową. A Siódmy jak najbardziej, w tej przygodzie zresztą. Moffatowski Jedenasty nie stroni od podobnych wariactw.
Prawda. Aczkolwiek abstrahując już od tej kwestii...
Tak szybko? Dopiero się rozkręcam!

DYPLOMATYKA I ZMOWY
Silver Nemesis” to jedna z przygód Doktora układających się w tzw. Cartmel Masterplan - pomysł wedle którego nasz ulubiony Władca Czasu nie jest tylko jednym z wielu przedstawicieli swego gatunku, ale kimś o wiele znaczniejszym. Kim? Cóż, w tej historii odpowiedź nie zostaje podana...
Tylko co z tego, skoro odcinek wcześniej niemal udzielono jej w dosyć jasny sposób?
Itam jasny. Zresztą nie o tym mówimy. Jeśli ta historia jest pod względem czegoś rekordowa, to z pewnością pod względem ilości pytań, które może sobie stawiać widz w trakcie seansu.
A także w dużej mierze po nim. Nie wszystko zostaje wyjaśnione. I nie chodzi mi tylko o wspomnianego Cartmela, któremu nie było dane ukończyć swej koncepcji.
Prawda. Przychodzą mi do głowy przynajmniej dwie kwestie: obraz Ace w kwaterze Lady Peinforte, oraz to, skąd ta ostatnia znała tajemnicę Doktora.
Było tego trochę więcej.
Tak, ale pozostałe rzeczy zostają wytłumaczone w następnych odcinkach. Jak na przykład to, o co chodziło z szachownicą. Wracając jeszcze do pana Cartmela, i jego planu, przyznam, że to, w jaki sposób Doktor odpowiedział na pytanie Ace o jego prawdziwą tożsamość, było najładniejszą odpowiedzią, jaką widziałem.
Jestem się nawet skłonny zgodzić.

TRZYMAJ PRZYJACIÓŁ BLISKO, A WROGÓW JESZCZE BLIŻEJ
Skąd ty bierzesz tytuły do akapitów? A zresztą nieważne, wiesz, co mi się najbardziej podobało w tej przygodzie Doktora?
Aż się boję spytać...
To, jak dwie z trzech grup wrogów Doktora się sprzymierzyły.
Pomiń z łaski swojej spoilery odnośnie tego, które, zgoda?
Niech ci będzie, zgoda. Nic nie mówię. Oczywiście jasne było, jak się ta współpraca zakończy, no ale ważne też, że Doktor musiał grać, jak to się mówi, na remis. I gdyby nie przypadek, to „remisem” by się to wszystko skończyło.
A na mnie zrobiło wrażenie zadbanie o wątek Cybermanów. Wreszcie, po latach, przypomniano sobie o ich słabym punkcie (złoto), no i w przeciwieństwie do poprzedniego występu są pozbawieni emocji. Tak, jak być powinno.
Trochę ich jednak upokorzono. Proca?
Ja tak tego nie odbieram. Wspomniany słaby punkt. Bez niego...
A czy ja mówię, że to źle? Nie mówię.
Tak swoją drogą, czy moglibyśmy nie wchodzić sobie w słowo?
Jasne. Zważywszy na fakt, że to już prawie koniec recenzji, nie ma problemu.

 POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                          Do bani:
- Siódmy Doktor u szczytu formy                                   - Brak odpowiedzi na niektóre pytania
- Trzy grupy rywalizujących ze sobą wrogów
- Mnóstwo tajemnic

* A i tak coraz mocniej się zastanawiam, czy jest w ostatnich odcinkach klasycznych serii coś, czego ten człowiek NIE skopiował. Ale że kopiuje z czasów świetnych...

środa, 21 listopada 2012

Rabuś Umysłu

Dzień dobry wieczór państwu. Na przekór chandrze, trudnościom, faszyzmowi, i wszystkim, których cechuje pogarda kolejna recenzyjka najwyższej klasy. Dzisiaj Drugi Doktor & company w krainie wyobraźni (Tudzież szponach (cudzego) szaleństwa...)


Poniższy tekst dedykuję Astroni z forum Doctor Who Polska za cierpliwe czytanie moich opowiadań i wytykanie w nich idiotyzmów tak, żebym się nie załamał. Dzięki, że jesteś :)

THE MIND ROBBER
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Zoe Herriot, Jamie McCrimmon
WRÓG: Mistrz Krainy, Mistrzowski Mózg

TIM, MONTHY, I ALICJA
Gdybym miał strzelać, kto „przyłożył rękę” do tego odcinka nie wiedząc jednocześnie, w którym roku powstał, powiedziałbym, że Tim Burton. Oczywiście to nie jest możliwe, bo wtedy miał dziesięć lat, ale zakręcony jak butelka z Frugo klimat i mocne, nieco groteskowe wymieszanie akcentów kojarzą się z jego późniejszymi dziełami. Można też śmiało wysunąć tezę, że gdyby członkowie Latającego Cyrku Monty Pythona próbowali stworzyć historię science-fiction bez jakichś szczególnych akcentów humorystycznych, wyszłoby im takie „The Mind Rober”. Trzecie, i ostatnie moje skojarzenie to „Alicja w krainie czarów”...

SIŁA WYOBRAŹNI
Jak generalnie wygląda taka misz-maszowa przygoda? Cóż, na pięć odcinków pierwszy to jakby prolog, ostatni - epilog, a trzy środkowe to pokręcony film drogi, gdzie Doktor próbuje wydostać się z szalonego świata wyobraźni, (Naturalnie uratować też towarzyszy) i spotkać z tajemniczym Mistrzem (Nie ma on nic wspólnego z doskonale nam znanym Gallifreyczykiem noszącym ten pseudonim - on zostanie wymyślony duuużo później, za kadencji następnego Doktora* ) - sprawcą całego ambarasu. Ale po kolei.

LATAJ NISKO, I POWOLI
Już w pierwszej części dużo się dzieje, a jej zakończenie to jeden z najbardziej, przepraszam za wyrażenie, ryjących banię cliffhangerów jakie widziałem. Starając się unikać spoilerów: tylko konsola sterownicza zostaje :) Powiedziałbym, że potem opowieść zalicza lekki zjazd w dół („Układanka” z twarzy - nawet nie pytajcie...) ale na szczęście nie trwa to długo. Co za to mamy potem? Uuu, sporo. Jednorożce, księżniczki, mityczne Meduzy zamieniające w kamień, komiksowi superbohaterowie...(Tak tak, to nie żart! Wielki jak góra mięśniak w masce a’la Zorro - aż by się wstydził, bo dostał łomot od...a zresztą nieważne, od kogo) Plus do tego wróg, którego twarz i intencje długo pozostają tajemnicą. Od razu go polubiłem gdy zobaczyłem, że powołuje on swoje pomysły do istnienia pisząc...

DAWNO JUŻ TAK NIE BYŁO, ŻEBY NIE BYŁO, JAK JEST
Tak się składa, że niedawno obejrzałem też następną przygodę Doktora, i na podstawie jej początku wysnuć mogę tezę, że...najprawdopodobniej większość rzeczy, które spotkały załogę Tardisa w „The Mind Rober” to sen. No bo gdzie przepada uratowany na końcu jegomość? (A następna historia zaczyna się tą samą sceną, którą skończyła się ta) Czemu ani Doktor, ani nikt inny nie nawiązują do tego, co im się przydarzyło? Wszystko się układa, oni śnili! Nawet wspomniana, groteskowa układanka z twarzy może być metaforą jakiegoś sennego zwidu Doktora związanego z regeneracją.

JAK TO W BAJCE
Jeśli miałbym wskazać jakieś wady tej przygody, to może takie jej rozpisanie, że nie ma miejsca na jakieś charakterystyczne dla postaci akcje. W sumie tylko Zoe miała ich namiastkę. (Panikując, a jakże :) ) Doktor i Jamie właściwie z grubsza nie mieli wyróżniających ich momentów. Trochę szkoda.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                 Do bani:
- Groteskowy miks klimatów                                               - Brak charakterystycznych akcji postaci
- Cliffhanger po pierwszej części
- Fajny czarny charakter
- Niejasności umożliwiające snucie teorii

* Choć pewien podobny doń pod wieloma względami Władca Czasu pojawił się wcześniej, a do dziś wielu uważa, że są oni jedną osobą...

środa, 14 listopada 2012

Terror Autonów

Powoli kończą mi się powitania, ale to nic :)
Cześć. Dzisiaj będzie coś napisanego nietuzinkowo. Pierwsza, ale nie ostatnia recenzja typu „Niu dżornalizm” * Raz na jakiś czas będę pisał w takim właśnie stylu.


TERROR OF THE AUTONS
DOKTOR: Trzeci Doktor
TOWARZYSZE: Jo Grant
WRÓG: Świadomość Nestene, Autoni, Mistrz

NA POCZĄTKU
Czasem w serialu emitowanym przez dłuższy czas nastaje moment, który nazwać można przełomowym. Nie nastaje oczywiście sam, trzeba go wpierw odpowiednio przygotować. Dla zainteresowanych zapodaję przepis. Składniki: jedna, nowa i urocza postać kobieca, jeden nowy czarny charakter, jeden nowy wojak, dużo plastiku.

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA
Nadmieniona już postać negatywna powinna być lustrzanym odbiciem „tego dobrego”. Niech pochodzą z tego samego miejsca, niech będą równie inteligentni, et cetera, et cetera. Istotne, aby równowaga sił między oboma panami nie została zachwiana, na ten przykład poprzez atak z zaskoczenia. Aby do tego nie dopuścić, „ci dobrzy” muszą zostać ostrzeżeni przed „tym złym”. Przez kogo? To już nie ma znaczenia, może być to kompletnie anonimowy jegomość, i tak wszyscy błyskawicznie o nim zapomną.
Inne składniki: Skoro poprzednia postać kobieca (Liz Shaw) była, krótko mówiąc, średnio udana, to tutaj umieśćmy jej dokładne przeciwieństwo. Nowa towarzyszka powinna więc być urocza, i słodziutka, ale z pazurkiem. Nieostrym, ale zawsze. Pamiętajcie też, aby te poprzednią usunąć z fabuły w jakiś sensowny sposób, i...Hm, słucham? Już za późno? Odprawiliście ją off-screenowo? (Znowu...) Dobra, nic, jakoś przebolejemy.
Dla efektu (Bardziej, niż dla czegokolwiek) dorzućmy na koniec nowego oficera UNITu. Niech ma :)

OSTATNI SKŁADNIK
Po stronie „tych dobrych” (Czyli głównie Doktora) stoi cała militarna organizacja, ale w dalszym ciągu istotne jest, by utrzymać balans sił. Tak więc nasz czarny charakter powinien...nie, nie mieć do dyspozycji całej armii - skąd by ją wziął? Żołnierzy przecież nie można wyprodukować w byle fabryczce. Zaraz, jednak można! Spójrzcie na listę składników, został nam plastik w dużych ilościach. Plastikowa armia, ale armia! Mistrz i Autoni to jest to!

DOPRAWIANIE
Żeby nie było z nową towarzyszką - Jo Grant - za słodko, dajmy jej pojedynczą akcję kamikaze, zakończoną wykryciem przez Mistrza. Wątku jego samego urozmaicać już nie trzeba, ale dobrze pamiętać o jednym: Autoni to jakby marionetki świadomości Nestene, czyli co by nie powiedzieć, innych niż on sam kosmitów. Zawsze może się w takiej sytuacji zdarzyć, że ktoś kogoś zrobi w przysłowiową trąbę. Kto kogo, nie zdradzam, popsułbym tym wszystko

JUŻ BYŁ W OGRÓDKU, JUŻ WITAŁ SIĘ Z GĄSKĄ
Na koniec: Mistrz, choć w tej postaci, jaką tu mamy** daleki jest od bycia czarnym charakterem rodem z kreskówki, powinien chociaż spróbować zniknąć ze sceny w taki sposób, jakby nim był. Ale nic poza tym. Przesadzanie z kreskówkowatością charakterologiczną skończy się bowiem niestrawnością***

PODANO DO STOŁU
No i to chyba wszystko. Przepis na przełom do prostych nie należy, ale jest wart wysiłku :) Efektem jego zastosowania jest bowiem jedna z najlepszych przygód Doktora.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Udany debiut trójki nowych postaci: Jo, Mistrza, i Yatesa              - Słabe rozstanie z Liz
- Władca Czasu kontra Władca Czasu
- Zwroty akcji

*Tytuł jest oczywiście przejawem wysublimowanego poczucia humoru autora
**Tzw. „UNIT years Master” - trzynaste wcielenie
***Niestrawności, tobie na imię Harold (S.)

środa, 7 listopada 2012

Machiny Wojenne

Serwus. Dzisiaj recenzja w pewien sposób szczególna. Szczególna, gdyż, ponieważ, bo prawdopodobnie najtrudniejsza ze wszystkich, które miałem przyjemność dla Was napisać, a i zapewne w przyszłości trudniejsza się prędko nie zdarzy. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.


THE WAR MACHINES
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Dodo Chaplet
WRÓG: W.O.T.A.N., Machiny Wojenne

WYZWANIE CZAS PODJĄĆ
Każdy recenzent Wam to powie - najtrudniej recenzuje się rzeczy średnie. Takie ani dobre, ani złe. A „The War Machines” to odcinek idealnie średni, mimo zacnego początku. Pierwszy Doktor wraz z towarzyszką o dźwięcznym pseudo Dodo przybywają do Londynu Anno Domini 1966. Po pewnym zabawnym zabiegu mającym zapobiec odkryciu przez osoby postronne prawdy o Tardisie, nasz Władca Czasu zaczyna odczuwać (Jak sam mówi - podskórnie) działanie niezwykłej technologii. Wszystko wskazuje na to, że źródłem „przeczucia” jest wieeeelka wieża w centrum. I tam się też nasz Władca Czasu udaje. Napotyka na konstruktora bardzo zaawansowanego technologicznie komputera zwanego W.O.T.A.N., co do którego od razu widać, że jest po prostu maszyną zbyt idealną, i zaraz mu coś głupiego strzeli do procesora :) Sztampa? Zważywszy na datę powstania odcinka (1966) raczej wszystko inne opierające się na takim wątku jest sztampowe :)

MASZ ICH ZAWSZE PRZY SOBIE...
Otwarcie przyznam, że jest to jedyna przygoda Doktora w towarzystwie Dodo, jaką oglądałem, tak więc o tej towarzyszce nie wiem wiele, aczkolwiek tutaj zrobiła coś, co w mojej opinii powinien robić każdy towarzysz: dzięki jej obecności Doktor musiał użyć szerszego „arsenału” sztuczek, a konkretniej zastosować hipnozę. Niestety potem postać panny Chaplet znika na większą część historii, przy czym ma powrócić na końcu. Ma, ale...nie wraca! No cóż, minęło wiele lat, i wiele odcinków DW, a drugiego tak marnego rozstania z towarzyszką nie było. Zdarzały się różne porażki w tej kwestii, ale nie aż takie.

PIERWSZY NIE MUSI ZNACZYĆ NAJLEPSZY (CHOĆ CZASEM MOŻE)
Fanem Pierwszego Doktora nigdy nie byłem - po prawdzie to nie jest na mojej prywatnej liście sympatii do poszczególnych wcieleń ostatni tylko z sentymentu, że to od niego wszystko się zaczęło. Tu jednak pozytywnie mnie zaskoczył. Nie był aż tak, przepraszam za wyrażenie, bucowaty, jak w innych przypadkach, a i miał zapadającą w pamięć scenę z chcącą go staranować Machiną Wojenną - charyzma w czystej postaci, i uniesiona broda :)
Jego pomysł na pokonanie maszyn nieszczególnie może powalał złożonością, czy czymś, co by zaskakiwało, ale to raczej kwestia faktu, że plan, który musiał powstrzymać był po prostu do niczego. Ech, źle mówię. Ale o tym poniżej.

BUNT MASZYN
Plan, któremu musiał zapobiec Doktor, mógł być czymś znakomitym. Popatrzcie: mamy superinteligentny komputer, mamy jego „pionki”, mamy wreszcie armię, którą tworzy w celach inwazji. Tyle, że tutaj wspaniała armia Machin Wojennych liczy...kilka sztuk! Z czego W.O.T.A.N. początkowo aktywuje dwie. DWIE!!! Wiem, co myślicie: może były bardzo groźne, jak Dalekowie, czy coś. Skąd. Niebezpieczeństwo szerzyły, ale zarówno je, jak ich „szefa” pokonała podstawowa prawda: każdy komputer można przeprogramować :) Jako ciekawostkę dodam, że W.O.T.A.N. o naszym ulubionym Władcy Czasu mówił „Doktor Who”, a nie tylko „Doktor” :)

DEBIUCIK
Przygoda kończy się sympatycznym cliffhangerem. (Znowu ten makaronizm...) Już na jej początku poznaliśmy Polly, i Bena, dwójkę sympatycznych młodych ludzi. (Z pewnymi...nazwijmy to, emocjonalnymi kłopotami) Kiedy z Dodo stało się to, co się stało, raczej nietrudno było odgadnąć, że to oni zostaną następnymi towarzyszami Doktora. No i zostali :) Ale to, w jaki sposób zostali, naprawdę zasługuje na pochwałę. Niewielką, ale zawsze. Swoją drogą...zapasowy klucz do Tardisa?

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                             Do bani:
- Obiecujący początek                                                      - Marne rozstanie z Dodo
- Charyzma Pierwszego Doktora                                       - Zmarnowany potencjał inwazji
- Sympatyczna końcówka

środa, 31 października 2012

Atak Cybermanów

Witam Was w tym jesienno-zimowym (U mnie już całkiem biało za oknem!) tygodniu. Kilka spraw organizacyjnych: od teraz każdy wpis będzie opatrzony etykietą odnosząca się do Doktora, którego przygodę zawiera. Można się między nimi przełączać panelem po prawej stronie. Druga rzecz to sagi. Historie, które do tej pory recenzowałem są zazwyczaj niepowiązane fabularnie z innymi, ale zdarzyć się może, że zrecenzuję coś, co jest segmentem jakiegoś dłuższego ciągu. Chciałbym więc, abyście w ankiecie odpowiedzieli mi na pytanko: czy w przypadku recenzowania sag powinienem opisywać ich segmenty pod rząd, czy z przerwami na niepowiązane historie? Ankieta będzie trwać do przyszłej środy. Ankieta musiała zostać przedwcześnie zamknięta z powodu znikających głosów...


Dobrze, tyle spraw technicznych. Do rzeczy: dzisiejsza recenzja to spotkanie z blaszakami z planety Mondas - Cybermanami. Przeciw nim stanie najmniej poczytalny Doktor w historii

ATTACK OF THE CYBERMEN
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Peri Brown
WRÓG: Cybermani


KOŃ JAKI JEST, KAŻDY WIDZI
A Tardis - niekoniecznie. W końcu o ile się takim nie grzmotnie o jakąś planetkę, to może zmieniać kształt. A jeśli się już grzmotnie, to chyba można jakoś uszkodzenie odwrócić, prawda? Ano można. Na krótko, ale można. Tego dokonał Doktor w omawianym odcinku: na bardzo krótki okres naprawił Obwód Kameleona w swoim Tardisie i ten przybrał inną formę. Na całe szczęście jak już wspomniałem, na krótko. Tak czy owak nasz Władca Czasu ordynuje lot za Kometą Halleya, i wraz z Peri lądują w Anglii  w roku 1985. W tym samym czasie pewien gang planuje skok stulecia. Co to ma wspólnego z całą opowieścią? Otóż wśród pomysłodawców tego, cokolwiek ryzykownego, przedsięwzięcia, znajduje się niejaki Lytton, znany już Doktorowi osobnik, który swego czasu kolaborował z Dalekami. Teraz zaprezentuje się nam z nieco innej strony, a straszny los, jaki go czeka w finale może się wydać nawet nieadekwatny do uczynków, które popełnił...

CZŁOWIEK PRZYSZŁOŚCI
Kojarzycie zapewne film o takim tytule - o robocie marzącym, by być człowiekiem. Cybermani tez marzą - o zmianie historii tak, by ich planeta Mondas nie została zniszczona. „Zaraz, zaraz” - powie mi ktoś. „Jak to marzą? Przecież oni nie mają emocji!” Mają, mają. Nie wiem, skąd, ale mają. Np. dowodzący nimi tutaj Cyber-Kontroler słysząc „Doktor” zaciska pięści w uniwersalnym geście wyrażającym gniew. Odnośnie wspomnianego planu, blaszaki mają zamiar upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: aby zmienić historię potrzebny jest wehikuł czasu. A kto taki posiada? Oczywiście sprawca uczynku, który chcą wymazać, czyli Doktor. Swoją drogą walka na pokładzie Tardisa, to jeden z moich ulubionych fragmentów.

HELP ME HELP YOU
W opowieści tej napotkać możemy jeszcze inne stwory, zwane Cryonami. Nie są może w pełni bezinteresowne, ale w pewnym momencie ratują Peri (Gdyż, ponieważ, bo jest to największa dama w opałach w historii telewizji, i zawsze, ale to zawsze ktoś ją musi ratować...) Zostali jakoby wybici przez Cybermanów, ale zgodnie z zasadą rzezi niewiniątek, ktoś przeżyć musiał. Musiał, przeżył, i poprosił o pomoc. Kogo? A to już niespodzianka :)

HUMORESKI
Odcinki z Szóstym Doktorem zdecydowanie należą do najmroczniejszych w serialu. Omawiana tu przygoda nie jest wyjątkiem, (Biedny Lytton...) ale dla równowagi zawiera kilka perełek humoru sytuacyjnego. Przykładem jest gag z czapką policjanta (Ponownie bez spoilerów - za dobra scena!) czy liczne objawy wspomnianej niepoczytalności Doktora - a to jego mała amnezja połączona jednak z deja vu przy złomowisku*, a to nazywanie Peri imionami dawnych towarzyszy, jak Zoe, czy...Jamie (Większość wcieleń miała tę przypadłość tylko bardzo krótko po regeneracji)

NIE TYLKO WADY
Zdaję sobie sprawę, że zarówno Doktora, jak i Peri przedstawiłem w tej recenzji niezbyt pochlebnie. Nie jest jednak aż tak źle. Panna Brown mimo wszystko to pocieszna postać, starająca się nie sprawiać kłopotów, a to, że zazwyczaj wychodzi z tego FMP** to na ogół nie jej wina. A Doktor mimo, że bardziej pomylony, niż  w innych wcieleniach jest przez to też...zabawniejszy! Śrubokrętu dźwiękowego wprawdzie już nie ma, ale w kieszeniach czerwonego surduta kryje się wiele innych, nie mniej interesujących gadżetów. No i to chyba na tyle. Nie jest to może moja ulubiona przygoda Doktora, ale ogląda się ją nader przyjemnie.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                                    Do bani:
- Mroczny klimat...                                                                                   - Emocje u Cybermanów
- ...ale i humorek!
- Walka wewnątrz Tardisa

* Tam, gdzie "parkował" Tardisa Pierwszy Doktor na samym początku
** Figa z Makiem z Pasternakiem

środa, 24 października 2012

Klątwa Fenrica

Witajcie po raz czwarty. Dziś, nie przedłużając, mam dla Was historię pewnej klątwy. I to historię, która ma (Dobra, miała, bo postać z tym fenomenem związaną już pożegnaliśmy) spory wpływ na obecne odcinki DW. Brzmi tajemniczo? I bardzo dobrze :)


THE CURSE OF FENRIC
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Fenric, Pradawny


DOROTKA Z KRAINY OZ
Nie mogłem się powstrzymać od takiego zatytułowania akapitu, bo (według poza-serialowych źródeł) pełne imię i nazwisko Ace brzmi Dorothy Gale McShane, Dorothy Gale to z kolei bohaterka „Czarnoksiężnika z Oz” porwana przez tornado do magicznej krainy, a sama Ace w niemal identyczny sposób znalazła się w kosmosie, (O czym od dzieciństwa marzyła) gdzie po pewnym czasie spotkała Doktora. Od razu widać, że coś nie gra, prawda? Kosmiczny wicher porywający przypadkowo akurat tę jedną Ziemiankę, która nie chciałaby wrócić? Ale to było wcześniej, natomiast w omawianym tu odcinku naszą Dorotkę spotyka inna niespodzianka: gdy razem z Doktorem przenosi się do 1943 roku, pewna kobieta prosi ją o popilnowanie przez chwilkę jej kilkumiesięcznego dziecka, co ta zresztą czyni. Przy czym potem dowiaduje się, że za kilkanaście (w porywach do kilkudziesięciu, nie wiem dokładnie) lat ów osesek będzie jej znienawidzoną matką. A najgorsze dopiero przed nią...

„ULUBIENIEC BOGÓW, STRATEG...”
- śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski. Wprawdzie ani Fenric, ani Doktor nie są ulubieńcami bogów (Choć znowuż obaj należą do gatunków tak potężnych, że jakiś tam boski pierwiastek może i mają...) ale stratedzy z nich prima sort. Cała bowiem główna oś tej opowieści to skomplikowana gra (Coś jak żywe szachy, tylko obaj gracze na potęgę oszukują, a figury same z siebie zmieniają swoje właściwości) miedzy nimi dwoma. A i Ace była w stanie nieźle ruszyć swoim blond łebkiem, i rozwiązać łamigłówkę, nazwijmy ją, anty-fenricową, przy czym właśnie po to czarny charakter tej opowieści wplątał ją w całą kabałę (Przepraszam moją koleżankę z ogólniaka o tym nazwisku) Podsumowując rozgrywkę stwierdzam, że jako rasowy gracz, Fenric przewidział ze trzy ruchy naprzód. Ale Doktor pięć :) 
                                                                                                     

PSYCHIKALIA
Bardzo koncentruję się na postaci Ace, i sorry za to, ale po prostu jest ona w tej historii niezwykle ważna! Przez cztery epizody „Klątwy...” ładnie pokazano stopniowe pogarszanie stanu jej psychiki przez ciągłe, niewesołe dla niej, zwroty akcji, zakończone efektownym „złamaniem” dziewuszki, poniekąd także przez Doktora. W bardzo dobrze zagranej zarówno przez Sophie Aldred, jak i Sylvestra McCoya scenie niemal namacalnie czujemy, jak w szybki, i prosty sposób Władca Czasu doprowadza postać towarzyszki do granicy wytrzymałości emocjonalnej. Jeszcze moment oczekiwania, i jej nerwy po prostu się poddają. Mistrzostwo. Zarówno aktorskie, jak i scenariuszowe. Swoją drogą podwójne brawa dla pana Sylvestra - nie jestem aktorem, ale wyobrażam sobie, że dosyć trudnym może być zagranie postaci, która „gra”, w najlepszym tego słowa znaczeniu, kogoś jeszcze innego. („Zwyczajny”, tzn. pozytywny Doktor dla dobra własnego planu przybiera charakter kogoś, przy kim Mistrz jest istnym aniołkiem)

TECHNIKALIA
Pod względem technicznym nie mam do odcinka zastrzeżeń. Fenric i Pradawny, a także pomniejsze monstra, wyglądają odpowiednio upiornie, efekty ich działań ukazano w dobry, plastyczny sposób, (Z wskazaniem na wyłaniające się z wody kreatury) i nawet to, że Ace w tej opowieści w przeciwieństwie do innych, wygląda po prostu brzydko, wyjaśniono miedzy wierszami jej chęcią wtopienia się w epokę (Druga wojna światowa, przypominam)


POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

 Na plus:                                                      Do bani:
- Wszyściuchno jak leci                               - Tu nic nie jest do bani, to era Siódmego Doktora!



Myśleliście, że już koniec? Nie ma tak dobrze! :)

PUENTA
Odcinek stworzono w roku 1989. Przenieśmy się więc z niego do czasów całkiem bliskich chwili obecnej. Doktor biega w muszce i fezie, a Ace jest od dawna whoniwersowską wersją Lymana z komiksów o Garfieldzie*. Pewien scenarzysta (Mówicie co chcecie, lepszy od RTD!) kopiuje całkiem dużo z życiorysu wspominanej już towarzyszki, wkłada owe fragmenty wydarzeń w nowe ramki, a potem autorsko dorzuca opcję „Zakochany pantoflarz z monopolem na umieranie”. I bum! Tak powstają państwo Pond.

* Postać Lymana w pewnym momencie istnienia komiksu po prostu przestała się pojawiać, a jej zniknięcia nie wyjaśniono.

środa, 17 października 2012

Przeznaczenie Daleków

Witam ponownie. Zważywszy na fakt, że i tak nikt tego nie przeczyta, przywitanie jest zbędne, ale to nic :) W tym tygodniu na tapecie jedna z najlepszych przygód Czwartego Doktora, i Romany, którzy to wplączą się w konflikt cyborgowo-dalekowy :) Bredzę? Ja akurat nie...


DESTINY OF THE DALEKS
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Davros, Dalekowie, Movellanie


KWESTIA WYBORU (TUDZIEŻ JEGO BRAKU) cz. 1
Obawiając się zemsty Czarnego Strażnika wkurzonego nieco faktem, że sprzątnięto mu sprzed nochala Klucz do Czasu, (Cała saga opowiadająca o poszukiwaniu artefaktu) Doktor instaluje na pokładzie Tardisa Randomizer - urządzenie, które ustawia współrzędne w sposób przypadkowy (Dzięki czemu wspomniane już mroczne bóstwo będzie mieć problemy z namierzeniem swego wroga - nawet nie pytajcie, też średnio to kupuję) Gadżet wymaga chyba jednak modernizacji, bo wyrzuca doskonale nam znaną, niebieską budkę na, wcale nie przypadkową, planetę Skaro. A kto mieszka na Skaro? :) Tak, zgadza się. Nasze ulubione puszki, to jest Dalekowie. Mają tam czego dusza zapragnie: niewolników, swojego twórcę (Na początku historii nieprzytomny) tudzież złowrogich rywali chcących dać im łupnia. A jaka w tym rola dwójki Władców Czasu? Powolutku :)


BAJKI ROBOTÓW
Niechętnie nawiązuję do książki pewnego cienkiego jak barszcz pisarza wychwalanego bez powodu pod niebiosa, ale co poradzę, że sam tytuł tu pasuje? Może nie całkiem roboty, tylko cyborgi, (O wdzięcznej nazwie Movellanie) ale tak czy siak cierpią one na syndrom wilka z bajki o Czerwonym Kapturku: opowiadają o swoich dobrych intencjach, a potem dzieje się coś złego (A to kogoś z Gallifrey postrzelą, a to zostawią na śmierć z bombą...) Mimo wszystko można dyskutować, czy to naprawdę czarne charaktery, skoro w przeciwieństwie do swoich wrogów - Daleków - nie marzą o wymordowaniu całego Wszechświata, ale swoje za uszami mają. Zresztą - od razu widać, że coś z nimi nie gra...


KWESTIA WYBORU (TUDZIEŻ JEGO BRAKU) cz. 2
Skoro mowa o czymś, co nie gra: początek odcinka to regeneracja Romany. W pewnym sensie off-screenowo (Tfu, makaronizm!) ale to nie tak duży problem. Problemem nie jest też to, jak to wybierała sobie postać*. Ani to, że zdecydowała się przybrać formę księżniczki Astry z ostatniego segmentu sagi Klucza do Czasu. Zapytacie więc pewnie „No to co do !#$%@ jest tym problemem?” Ano to, że na koniec poprzedniego odcinka Romana była cała i zdrowa, bez jakiegokolwiek powodu do regeneracji. Tak więc zmieniła postać „Bo tak”. Cóż, „La donna è mobile”, jak mawiają Włosi, ale bez przesady. Na szczęście poza tym mankamentem wszystko gra. Takie rzeczy jak np. obecność Davrosa, który to niby zginął w „Genesis of the Daleks” wyjaśniono satysfakcjonująco.

„DOBRA BAJKA MA MORAŁ”
- powiedziała pewna postać literacka. A ja od siebie dodam, że niektóre odcinki DW także. Na przykład ten. Oto bowiem Doktor, i Romana pewną prostą, starą gierką uświadamiają zaskoczonym Movellanom, że logika to naprawdę nie wszystko. Warto, szczególnie w naszym kraju, gdzie nienawiść do humanistów sięga szczytów, wziąć to sobie do serca. Bo to najprawdziwsza prawda. Koniec dygresji :)

CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA
W poprzednich akapitach mało uwagi poświęciłem naszym Gallifreyczykom. Tak więc: Czwarty Doktor to nadal mocno, acz pozytywnie zakręcony jegomość. Tu poczęstuje żelkami, tam wyśmieje swoich śmiertelnych wrogów, i będzie próbował szantażować ich lidera, a przygnieciony głazem pogrąży się w lekturze czekając na odsiecz. Słowem gość i do tańca, i do różańca, nie do zdarcia. Romanie może akurat w tej opowieści poszło odrobinę gorzej, ale to nic. Zachowano umiar w robieniu z niej „damy w opałach”, i dano wystarczająco „czasu antenowego”. Może nie jest tak zwariowana, jak Doktor, ale w nowej postaci niewiele jej brakuje :)

No i cóż, to chyba na tyle. Przejdźmy więc do...

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                          Do bani:
- Sprawdzony duet Doktor-Romana                               - Regeneracja Romany bez przyczyny
- Morał                                                                                                            
- Dalekowie i godni ich rywale

*Zwróćcie uwagę na scenę regeneracji Mistrza w nowych seriach, i to, co mówi tuż przed - on też tak chyba potrafi!

środa, 10 października 2012

Wojownicy z głębin



Cześć, i czołem, kochani. Oto przed Wami pierwsza z moich recenzji klasycznych odcinków DW. W tym tygodniu zapraszam w głąb oceanu, na spotkanie z Syluranami, i ich siostrzaną rasą zwaną Diabły Morskie. Na wyprawę do podmorskiej bazy trapionej politycznym spiskiem. Gdzie nie wszyscy będą w stanie przeżyć, i gdzie konieczne będzie podjęcie trudnych decyzji

WARRIORS OF THE DEEP 
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Tegan Jovanka,Vislor Turlough
WRÓG: Diabły Morskie, Sylurianie, ludzcy opozycjoniści

  
HISTORIA JEST NAUCZYCIELKĄ ŻYCIA...
Najwyraźniej owo, nieco wyświechtane, zdanie przyświecało Doktorowi na początku tej przygody, gdyż wycieczkę w czasy istnienia Morskiej Bazy nr 4 motywował chęcią zaprezentowania Tegan historii ludzkości. To nic, że z punktu widzenia dziewczyny była to nie historia, a przyszłość, Władcy Czasu najwyraźniej też strzelają czasem gafy :) Tak czy siak, z pewnością nie miał pojęcia, co go tam spotka. Jesteście ciekawi, co? Głupie pytanie, wiem, że jesteście :) Na razie zdradzę tyle: to, że Doktor niemal się utopił, było tylko preludium.


...A POLITYKA TO CÓRA KORYNTU
Wydawać by się mogło, że połączone siły Morskich Diabłów i Sylurian to wystarczające zagrożenie dla wspomnianej bazy. A guzik prawda, wśród członków jej załogi znajdują się szpiedzy, i sabotażyści, opłacani przez opozycyjną siłę polityczną. Może nie pałają miłością do gadzich najeźdźców, ale co zrobią, gdy przyjdzie im wybierać między jednymi wrogami, a drugimi? Co zrobi Doktor znający Sylurian nie tylko od złe, ale też i od dobrej strony? Prostemu podziałowi na dobro, i zło dodano tu pikanterii: są „dobrzy”, „źli”, i „bardziej źli”. A  zarówno „źli”, jak i „bardziej źli” otrzymają nawet szansę dołączenia do jednej z pozostałych stron konfliktu celem pokonania tej ostatniej. Rozgrywka jest zawiła...

BLASKI...
Może rozwodzenie się nad stronami technicznymi mija się nieco z celem, gdyż, ponieważ, bo w roku 1984 (Kiedy to ów odcinek powstał) wygląd Sylurian i ich „kuzynów” trzymał poziom. Bez sensu byłoby więc krytykowanie z dzisiejszego punktu widzenia. Jedno, czego się uczepię to wypustka na głowie każdego z przedstawicieli homo reptilia świecąca, gdy jej właściciel się odzywa. Istnienie owej wynikało z faktu, iż maski ówczesnych Sylurian nie miały ruchomych części – w tym ust. Dlatego twórcy wyposażyli nasze jaszczury we wspomniane lampki, i dzięki nim widz wiedział, który Sylurianin aktualnie zabiera głos. Moim jednak zdaniem chytrze stosując najazdy kamery i zbliżenia można było wskazać „mówcę” bez dodatkowego „oświetlenia”. Cóż, twórcy uważali chyba inaczej :) Bezsprzecznie natomiast należy im się pochwała za wymyślenie Myrki – wielkiego, czworonożnego stwora oblężniczego. (Mi osobiście bardzo przypominającego „swojskiego” bazyliszka) Doktor miał z nim niełatwe starcie.

...I CIENIE (NIE MYLIĆ Z WADAMI!)
Przyznać trzeba, że w tej przygodzie dobrze zadbano o rozwój postaci Vislora. Z jednej strony jest już dobry, i nie ma zamiaru znowu próbować zabić Doktora, (Jak w odcinkach składających się na trylogię Czarnego Strażnika) ale do anioła mu daleko. Nadal patrzy na Ziemian z góry, mrucząc pod nosem „Phew. Earthlings”, ale na stronę wroga nie przejdzie. Widząc Doktora w sytuacji bez wyjścia nie czuje oporu przed porzuceniem go, ale ostatecznie trwa przy nim, i przy Tegan. A właśnie, Tegan! Niemal od jej pojawienia się w serialu zauważyć możemy, że to postać z krwi i kości, bez choćby krztyny wyidealizowania. W niniejszym epizodzie to się nie zmieniło, i nadal mamy do czynienia z dziewczyną dzielną, ale do granic, że tak to ujmę :) Lojalną, i odważną, ale czasem potrzebującą odrobiny motywacji, czy psychicznego wsparcia („Brave heart, Tegan”, jak w takich chwilach zwykł mawiać Doktor)

„MUSIAŁ BYĆ INNY SPOSÓB”
- stwierdza na końcu tej historii Doktor, przytłoczony nieco konsekwencjami własnej, związanej tak z Sylurianami, jak i ludźmi obu „frakcji” decyzji. Osobiście raczej w to wątpię, ale kto wie? Tak czy siak zakończenie, nie można powiedzieć, że złe, ale jednak dosyć relatywne moralnie, i okraszone „łapiącym doła” Doktorem robi wrażenie. Gorąco polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat atakowanej, podwodnej bazy                                        - Lampki na syluriańskich głowach
- Dobry, ale nie krystaliczny Vislor, i ludzka Tegan
- Myrka :)
- Zakończenie nie do końca jak z bajki

GDZIE OBEJRZEĆ?