środa, 31 października 2012

Atak Cybermanów

Witam Was w tym jesienno-zimowym (U mnie już całkiem biało za oknem!) tygodniu. Kilka spraw organizacyjnych: od teraz każdy wpis będzie opatrzony etykietą odnosząca się do Doktora, którego przygodę zawiera. Można się między nimi przełączać panelem po prawej stronie. Druga rzecz to sagi. Historie, które do tej pory recenzowałem są zazwyczaj niepowiązane fabularnie z innymi, ale zdarzyć się może, że zrecenzuję coś, co jest segmentem jakiegoś dłuższego ciągu. Chciałbym więc, abyście w ankiecie odpowiedzieli mi na pytanko: czy w przypadku recenzowania sag powinienem opisywać ich segmenty pod rząd, czy z przerwami na niepowiązane historie? Ankieta będzie trwać do przyszłej środy. Ankieta musiała zostać przedwcześnie zamknięta z powodu znikających głosów...


Dobrze, tyle spraw technicznych. Do rzeczy: dzisiejsza recenzja to spotkanie z blaszakami z planety Mondas - Cybermanami. Przeciw nim stanie najmniej poczytalny Doktor w historii

ATTACK OF THE CYBERMEN
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Peri Brown
WRÓG: Cybermani


KOŃ JAKI JEST, KAŻDY WIDZI
A Tardis - niekoniecznie. W końcu o ile się takim nie grzmotnie o jakąś planetkę, to może zmieniać kształt. A jeśli się już grzmotnie, to chyba można jakoś uszkodzenie odwrócić, prawda? Ano można. Na krótko, ale można. Tego dokonał Doktor w omawianym odcinku: na bardzo krótki okres naprawił Obwód Kameleona w swoim Tardisie i ten przybrał inną formę. Na całe szczęście jak już wspomniałem, na krótko. Tak czy owak nasz Władca Czasu ordynuje lot za Kometą Halleya, i wraz z Peri lądują w Anglii  w roku 1985. W tym samym czasie pewien gang planuje skok stulecia. Co to ma wspólnego z całą opowieścią? Otóż wśród pomysłodawców tego, cokolwiek ryzykownego, przedsięwzięcia, znajduje się niejaki Lytton, znany już Doktorowi osobnik, który swego czasu kolaborował z Dalekami. Teraz zaprezentuje się nam z nieco innej strony, a straszny los, jaki go czeka w finale może się wydać nawet nieadekwatny do uczynków, które popełnił...

CZŁOWIEK PRZYSZŁOŚCI
Kojarzycie zapewne film o takim tytule - o robocie marzącym, by być człowiekiem. Cybermani tez marzą - o zmianie historii tak, by ich planeta Mondas nie została zniszczona. „Zaraz, zaraz” - powie mi ktoś. „Jak to marzą? Przecież oni nie mają emocji!” Mają, mają. Nie wiem, skąd, ale mają. Np. dowodzący nimi tutaj Cyber-Kontroler słysząc „Doktor” zaciska pięści w uniwersalnym geście wyrażającym gniew. Odnośnie wspomnianego planu, blaszaki mają zamiar upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: aby zmienić historię potrzebny jest wehikuł czasu. A kto taki posiada? Oczywiście sprawca uczynku, który chcą wymazać, czyli Doktor. Swoją drogą walka na pokładzie Tardisa, to jeden z moich ulubionych fragmentów.

HELP ME HELP YOU
W opowieści tej napotkać możemy jeszcze inne stwory, zwane Cryonami. Nie są może w pełni bezinteresowne, ale w pewnym momencie ratują Peri (Gdyż, ponieważ, bo jest to największa dama w opałach w historii telewizji, i zawsze, ale to zawsze ktoś ją musi ratować...) Zostali jakoby wybici przez Cybermanów, ale zgodnie z zasadą rzezi niewiniątek, ktoś przeżyć musiał. Musiał, przeżył, i poprosił o pomoc. Kogo? A to już niespodzianka :)

HUMORESKI
Odcinki z Szóstym Doktorem zdecydowanie należą do najmroczniejszych w serialu. Omawiana tu przygoda nie jest wyjątkiem, (Biedny Lytton...) ale dla równowagi zawiera kilka perełek humoru sytuacyjnego. Przykładem jest gag z czapką policjanta (Ponownie bez spoilerów - za dobra scena!) czy liczne objawy wspomnianej niepoczytalności Doktora - a to jego mała amnezja połączona jednak z deja vu przy złomowisku*, a to nazywanie Peri imionami dawnych towarzyszy, jak Zoe, czy...Jamie (Większość wcieleń miała tę przypadłość tylko bardzo krótko po regeneracji)

NIE TYLKO WADY
Zdaję sobie sprawę, że zarówno Doktora, jak i Peri przedstawiłem w tej recenzji niezbyt pochlebnie. Nie jest jednak aż tak źle. Panna Brown mimo wszystko to pocieszna postać, starająca się nie sprawiać kłopotów, a to, że zazwyczaj wychodzi z tego FMP** to na ogół nie jej wina. A Doktor mimo, że bardziej pomylony, niż  w innych wcieleniach jest przez to też...zabawniejszy! Śrubokrętu dźwiękowego wprawdzie już nie ma, ale w kieszeniach czerwonego surduta kryje się wiele innych, nie mniej interesujących gadżetów. No i to chyba na tyle. Nie jest to może moja ulubiona przygoda Doktora, ale ogląda się ją nader przyjemnie.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                                    Do bani:
- Mroczny klimat...                                                                                   - Emocje u Cybermanów
- ...ale i humorek!
- Walka wewnątrz Tardisa

* Tam, gdzie "parkował" Tardisa Pierwszy Doktor na samym początku
** Figa z Makiem z Pasternakiem

środa, 24 października 2012

Klątwa Fenrica

Witajcie po raz czwarty. Dziś, nie przedłużając, mam dla Was historię pewnej klątwy. I to historię, która ma (Dobra, miała, bo postać z tym fenomenem związaną już pożegnaliśmy) spory wpływ na obecne odcinki DW. Brzmi tajemniczo? I bardzo dobrze :)


THE CURSE OF FENRIC
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Fenric, Pradawny


DOROTKA Z KRAINY OZ
Nie mogłem się powstrzymać od takiego zatytułowania akapitu, bo (według poza-serialowych źródeł) pełne imię i nazwisko Ace brzmi Dorothy Gale McShane, Dorothy Gale to z kolei bohaterka „Czarnoksiężnika z Oz” porwana przez tornado do magicznej krainy, a sama Ace w niemal identyczny sposób znalazła się w kosmosie, (O czym od dzieciństwa marzyła) gdzie po pewnym czasie spotkała Doktora. Od razu widać, że coś nie gra, prawda? Kosmiczny wicher porywający przypadkowo akurat tę jedną Ziemiankę, która nie chciałaby wrócić? Ale to było wcześniej, natomiast w omawianym tu odcinku naszą Dorotkę spotyka inna niespodzianka: gdy razem z Doktorem przenosi się do 1943 roku, pewna kobieta prosi ją o popilnowanie przez chwilkę jej kilkumiesięcznego dziecka, co ta zresztą czyni. Przy czym potem dowiaduje się, że za kilkanaście (w porywach do kilkudziesięciu, nie wiem dokładnie) lat ów osesek będzie jej znienawidzoną matką. A najgorsze dopiero przed nią...

„ULUBIENIEC BOGÓW, STRATEG...”
- śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski. Wprawdzie ani Fenric, ani Doktor nie są ulubieńcami bogów (Choć znowuż obaj należą do gatunków tak potężnych, że jakiś tam boski pierwiastek może i mają...) ale stratedzy z nich prima sort. Cała bowiem główna oś tej opowieści to skomplikowana gra (Coś jak żywe szachy, tylko obaj gracze na potęgę oszukują, a figury same z siebie zmieniają swoje właściwości) miedzy nimi dwoma. A i Ace była w stanie nieźle ruszyć swoim blond łebkiem, i rozwiązać łamigłówkę, nazwijmy ją, anty-fenricową, przy czym właśnie po to czarny charakter tej opowieści wplątał ją w całą kabałę (Przepraszam moją koleżankę z ogólniaka o tym nazwisku) Podsumowując rozgrywkę stwierdzam, że jako rasowy gracz, Fenric przewidział ze trzy ruchy naprzód. Ale Doktor pięć :) 
                                                                                                     

PSYCHIKALIA
Bardzo koncentruję się na postaci Ace, i sorry za to, ale po prostu jest ona w tej historii niezwykle ważna! Przez cztery epizody „Klątwy...” ładnie pokazano stopniowe pogarszanie stanu jej psychiki przez ciągłe, niewesołe dla niej, zwroty akcji, zakończone efektownym „złamaniem” dziewuszki, poniekąd także przez Doktora. W bardzo dobrze zagranej zarówno przez Sophie Aldred, jak i Sylvestra McCoya scenie niemal namacalnie czujemy, jak w szybki, i prosty sposób Władca Czasu doprowadza postać towarzyszki do granicy wytrzymałości emocjonalnej. Jeszcze moment oczekiwania, i jej nerwy po prostu się poddają. Mistrzostwo. Zarówno aktorskie, jak i scenariuszowe. Swoją drogą podwójne brawa dla pana Sylvestra - nie jestem aktorem, ale wyobrażam sobie, że dosyć trudnym może być zagranie postaci, która „gra”, w najlepszym tego słowa znaczeniu, kogoś jeszcze innego. („Zwyczajny”, tzn. pozytywny Doktor dla dobra własnego planu przybiera charakter kogoś, przy kim Mistrz jest istnym aniołkiem)

TECHNIKALIA
Pod względem technicznym nie mam do odcinka zastrzeżeń. Fenric i Pradawny, a także pomniejsze monstra, wyglądają odpowiednio upiornie, efekty ich działań ukazano w dobry, plastyczny sposób, (Z wskazaniem na wyłaniające się z wody kreatury) i nawet to, że Ace w tej opowieści w przeciwieństwie do innych, wygląda po prostu brzydko, wyjaśniono miedzy wierszami jej chęcią wtopienia się w epokę (Druga wojna światowa, przypominam)


POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

 Na plus:                                                      Do bani:
- Wszyściuchno jak leci                               - Tu nic nie jest do bani, to era Siódmego Doktora!



Myśleliście, że już koniec? Nie ma tak dobrze! :)

PUENTA
Odcinek stworzono w roku 1989. Przenieśmy się więc z niego do czasów całkiem bliskich chwili obecnej. Doktor biega w muszce i fezie, a Ace jest od dawna whoniwersowską wersją Lymana z komiksów o Garfieldzie*. Pewien scenarzysta (Mówicie co chcecie, lepszy od RTD!) kopiuje całkiem dużo z życiorysu wspominanej już towarzyszki, wkłada owe fragmenty wydarzeń w nowe ramki, a potem autorsko dorzuca opcję „Zakochany pantoflarz z monopolem na umieranie”. I bum! Tak powstają państwo Pond.

* Postać Lymana w pewnym momencie istnienia komiksu po prostu przestała się pojawiać, a jej zniknięcia nie wyjaśniono.

środa, 17 października 2012

Przeznaczenie Daleków

Witam ponownie. Zważywszy na fakt, że i tak nikt tego nie przeczyta, przywitanie jest zbędne, ale to nic :) W tym tygodniu na tapecie jedna z najlepszych przygód Czwartego Doktora, i Romany, którzy to wplączą się w konflikt cyborgowo-dalekowy :) Bredzę? Ja akurat nie...


DESTINY OF THE DALEKS
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Davros, Dalekowie, Movellanie


KWESTIA WYBORU (TUDZIEŻ JEGO BRAKU) cz. 1
Obawiając się zemsty Czarnego Strażnika wkurzonego nieco faktem, że sprzątnięto mu sprzed nochala Klucz do Czasu, (Cała saga opowiadająca o poszukiwaniu artefaktu) Doktor instaluje na pokładzie Tardisa Randomizer - urządzenie, które ustawia współrzędne w sposób przypadkowy (Dzięki czemu wspomniane już mroczne bóstwo będzie mieć problemy z namierzeniem swego wroga - nawet nie pytajcie, też średnio to kupuję) Gadżet wymaga chyba jednak modernizacji, bo wyrzuca doskonale nam znaną, niebieską budkę na, wcale nie przypadkową, planetę Skaro. A kto mieszka na Skaro? :) Tak, zgadza się. Nasze ulubione puszki, to jest Dalekowie. Mają tam czego dusza zapragnie: niewolników, swojego twórcę (Na początku historii nieprzytomny) tudzież złowrogich rywali chcących dać im łupnia. A jaka w tym rola dwójki Władców Czasu? Powolutku :)


BAJKI ROBOTÓW
Niechętnie nawiązuję do książki pewnego cienkiego jak barszcz pisarza wychwalanego bez powodu pod niebiosa, ale co poradzę, że sam tytuł tu pasuje? Może nie całkiem roboty, tylko cyborgi, (O wdzięcznej nazwie Movellanie) ale tak czy siak cierpią one na syndrom wilka z bajki o Czerwonym Kapturku: opowiadają o swoich dobrych intencjach, a potem dzieje się coś złego (A to kogoś z Gallifrey postrzelą, a to zostawią na śmierć z bombą...) Mimo wszystko można dyskutować, czy to naprawdę czarne charaktery, skoro w przeciwieństwie do swoich wrogów - Daleków - nie marzą o wymordowaniu całego Wszechświata, ale swoje za uszami mają. Zresztą - od razu widać, że coś z nimi nie gra...


KWESTIA WYBORU (TUDZIEŻ JEGO BRAKU) cz. 2
Skoro mowa o czymś, co nie gra: początek odcinka to regeneracja Romany. W pewnym sensie off-screenowo (Tfu, makaronizm!) ale to nie tak duży problem. Problemem nie jest też to, jak to wybierała sobie postać*. Ani to, że zdecydowała się przybrać formę księżniczki Astry z ostatniego segmentu sagi Klucza do Czasu. Zapytacie więc pewnie „No to co do !#$%@ jest tym problemem?” Ano to, że na koniec poprzedniego odcinka Romana była cała i zdrowa, bez jakiegokolwiek powodu do regeneracji. Tak więc zmieniła postać „Bo tak”. Cóż, „La donna è mobile”, jak mawiają Włosi, ale bez przesady. Na szczęście poza tym mankamentem wszystko gra. Takie rzeczy jak np. obecność Davrosa, który to niby zginął w „Genesis of the Daleks” wyjaśniono satysfakcjonująco.

„DOBRA BAJKA MA MORAŁ”
- powiedziała pewna postać literacka. A ja od siebie dodam, że niektóre odcinki DW także. Na przykład ten. Oto bowiem Doktor, i Romana pewną prostą, starą gierką uświadamiają zaskoczonym Movellanom, że logika to naprawdę nie wszystko. Warto, szczególnie w naszym kraju, gdzie nienawiść do humanistów sięga szczytów, wziąć to sobie do serca. Bo to najprawdziwsza prawda. Koniec dygresji :)

CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA
W poprzednich akapitach mało uwagi poświęciłem naszym Gallifreyczykom. Tak więc: Czwarty Doktor to nadal mocno, acz pozytywnie zakręcony jegomość. Tu poczęstuje żelkami, tam wyśmieje swoich śmiertelnych wrogów, i będzie próbował szantażować ich lidera, a przygnieciony głazem pogrąży się w lekturze czekając na odsiecz. Słowem gość i do tańca, i do różańca, nie do zdarcia. Romanie może akurat w tej opowieści poszło odrobinę gorzej, ale to nic. Zachowano umiar w robieniu z niej „damy w opałach”, i dano wystarczająco „czasu antenowego”. Może nie jest tak zwariowana, jak Doktor, ale w nowej postaci niewiele jej brakuje :)

No i cóż, to chyba na tyle. Przejdźmy więc do...

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                          Do bani:
- Sprawdzony duet Doktor-Romana                               - Regeneracja Romany bez przyczyny
- Morał                                                                                                            
- Dalekowie i godni ich rywale

*Zwróćcie uwagę na scenę regeneracji Mistrza w nowych seriach, i to, co mówi tuż przed - on też tak chyba potrafi!

środa, 10 października 2012

Wojownicy z głębin



Cześć, i czołem, kochani. Oto przed Wami pierwsza z moich recenzji klasycznych odcinków DW. W tym tygodniu zapraszam w głąb oceanu, na spotkanie z Syluranami, i ich siostrzaną rasą zwaną Diabły Morskie. Na wyprawę do podmorskiej bazy trapionej politycznym spiskiem. Gdzie nie wszyscy będą w stanie przeżyć, i gdzie konieczne będzie podjęcie trudnych decyzji

WARRIORS OF THE DEEP 
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Tegan Jovanka,Vislor Turlough
WRÓG: Diabły Morskie, Sylurianie, ludzcy opozycjoniści

  
HISTORIA JEST NAUCZYCIELKĄ ŻYCIA...
Najwyraźniej owo, nieco wyświechtane, zdanie przyświecało Doktorowi na początku tej przygody, gdyż wycieczkę w czasy istnienia Morskiej Bazy nr 4 motywował chęcią zaprezentowania Tegan historii ludzkości. To nic, że z punktu widzenia dziewczyny była to nie historia, a przyszłość, Władcy Czasu najwyraźniej też strzelają czasem gafy :) Tak czy siak, z pewnością nie miał pojęcia, co go tam spotka. Jesteście ciekawi, co? Głupie pytanie, wiem, że jesteście :) Na razie zdradzę tyle: to, że Doktor niemal się utopił, było tylko preludium.


...A POLITYKA TO CÓRA KORYNTU
Wydawać by się mogło, że połączone siły Morskich Diabłów i Sylurian to wystarczające zagrożenie dla wspomnianej bazy. A guzik prawda, wśród członków jej załogi znajdują się szpiedzy, i sabotażyści, opłacani przez opozycyjną siłę polityczną. Może nie pałają miłością do gadzich najeźdźców, ale co zrobią, gdy przyjdzie im wybierać między jednymi wrogami, a drugimi? Co zrobi Doktor znający Sylurian nie tylko od złe, ale też i od dobrej strony? Prostemu podziałowi na dobro, i zło dodano tu pikanterii: są „dobrzy”, „źli”, i „bardziej źli”. A  zarówno „źli”, jak i „bardziej źli” otrzymają nawet szansę dołączenia do jednej z pozostałych stron konfliktu celem pokonania tej ostatniej. Rozgrywka jest zawiła...

BLASKI...
Może rozwodzenie się nad stronami technicznymi mija się nieco z celem, gdyż, ponieważ, bo w roku 1984 (Kiedy to ów odcinek powstał) wygląd Sylurian i ich „kuzynów” trzymał poziom. Bez sensu byłoby więc krytykowanie z dzisiejszego punktu widzenia. Jedno, czego się uczepię to wypustka na głowie każdego z przedstawicieli homo reptilia świecąca, gdy jej właściciel się odzywa. Istnienie owej wynikało z faktu, iż maski ówczesnych Sylurian nie miały ruchomych części – w tym ust. Dlatego twórcy wyposażyli nasze jaszczury we wspomniane lampki, i dzięki nim widz wiedział, który Sylurianin aktualnie zabiera głos. Moim jednak zdaniem chytrze stosując najazdy kamery i zbliżenia można było wskazać „mówcę” bez dodatkowego „oświetlenia”. Cóż, twórcy uważali chyba inaczej :) Bezsprzecznie natomiast należy im się pochwała za wymyślenie Myrki – wielkiego, czworonożnego stwora oblężniczego. (Mi osobiście bardzo przypominającego „swojskiego” bazyliszka) Doktor miał z nim niełatwe starcie.

...I CIENIE (NIE MYLIĆ Z WADAMI!)
Przyznać trzeba, że w tej przygodzie dobrze zadbano o rozwój postaci Vislora. Z jednej strony jest już dobry, i nie ma zamiaru znowu próbować zabić Doktora, (Jak w odcinkach składających się na trylogię Czarnego Strażnika) ale do anioła mu daleko. Nadal patrzy na Ziemian z góry, mrucząc pod nosem „Phew. Earthlings”, ale na stronę wroga nie przejdzie. Widząc Doktora w sytuacji bez wyjścia nie czuje oporu przed porzuceniem go, ale ostatecznie trwa przy nim, i przy Tegan. A właśnie, Tegan! Niemal od jej pojawienia się w serialu zauważyć możemy, że to postać z krwi i kości, bez choćby krztyny wyidealizowania. W niniejszym epizodzie to się nie zmieniło, i nadal mamy do czynienia z dziewczyną dzielną, ale do granic, że tak to ujmę :) Lojalną, i odważną, ale czasem potrzebującą odrobiny motywacji, czy psychicznego wsparcia („Brave heart, Tegan”, jak w takich chwilach zwykł mawiać Doktor)

„MUSIAŁ BYĆ INNY SPOSÓB”
- stwierdza na końcu tej historii Doktor, przytłoczony nieco konsekwencjami własnej, związanej tak z Sylurianami, jak i ludźmi obu „frakcji” decyzji. Osobiście raczej w to wątpię, ale kto wie? Tak czy siak zakończenie, nie można powiedzieć, że złe, ale jednak dosyć relatywne moralnie, i okraszone „łapiącym doła” Doktorem robi wrażenie. Gorąco polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat atakowanej, podwodnej bazy                                        - Lampki na syluriańskich głowach
- Dobry, ale nie krystaliczny Vislor, i ludzka Tegan
- Myrka :)
- Zakończenie nie do końca jak z bajki

GDZIE OBEJRZEĆ?

 
 

środa, 3 października 2012

Witaj, Czytelniku!

Ooooch, znalazł się ktoś, kto to czyta? Faaajnie! Dobra, dość pajacowania. Jak sama nazwa wskazuje, Drogi Czytelniku, na tym blogu znajdziesz moje skromne (Acz dobrze napisane!) recenzje odcinków serialu "Doktor Who" (Jeśli nie znasz takowego, a tu jesteś przypadkiem, polecam: Historia Doktora Who w języku angielskim) z tzw. serii klasycznych. (Zapewne wiesz, co ten termin oznacza, jeśli jednak nie, pokrótce wyjaśniam: klasyczne serie to serie z lat 1963-1989, z wcieleniami Doktora od Pierwszego do Siódmego) Co środę przedstawiał Wam będę jakiś epizod opatrzony etykietą (Przypominającą formą taką, jaka widnieje przy opisach odcinków na doktorowej Wikipedii) taką jak ta:

TYTUŁ ODCINKA
DOKTOR:
TOWARZYSZE:
WRÓG:

Czemu serie klasyczne, a nie nowe? Cóż, bo są z oczywistych przyczyn mniej popularne, a ja chciałbym odrobinkę to zmienić, to po uno. Po duo recenzje nowych odcinków nietrudno znaleźć. A tych dawniejszych już gorzej. I na tym poprzestańmy :)

PS: Wiem, że ten wpis nie jest zbyt zachęcający (Tzn. mnie by zachęcił, ale znaFcy będą kręcić nochalami, a ja swoją drogą nigdy nie pałałem miłością do wpisów wstępnych) ale dajcie mi szansę, i zajrzyjcie za siedem dni - czekać będzie na Was świetna recenzja jednej z przygód któregoś z pierwszych siedmiu Doktorów