środa, 28 listopada 2012

Srebrna Nemezis

Cześć. Ostatnimi czasy ilość osób czytających mojego bloga poraża, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Dziś kolejna recenzja napisana w odmiennym stylu „Niu dżornalizm”, tym razem bardziej odmiennym, bo chyba poprzednio był za mało :) Miłej lektury.


SILVER NEMESIS
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Lady Peinforte, De Flores, Cybermani

O PODSTĘPACH WSZELAKICH
Historia, którą chcę Wam dziś przedstawić, od samiutkiego początku jest pozytywnie pokręcona. Oto bowiem w ramach otwarcia otrzymujemy migawkę z życia siedemnastowiecznej szlachcianki-wiedźmy oraz widzimy, jak w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku emerytowany Hitlerowiec planuje powołać do istnienia Czwartą Rzeszę. Obie te strony, a potem też i Cybermani, do zrealizowania swoich celów potrzebują pewnej statuy, i, jakby to rzec, dodatków do niej. Zaczyna się wyścig.
Może i to jest zakręcone, ale niezbyt oryginalne, wiesz?
Kto to powiedział?
Twój stary kumpel, Olek.
Naprawdę?
Jasne, że nie. Jestem częścią ciebie, twoim id. Gdybyś regularnie nie ucinał sobie drzemek na niedzielnych wykładach z psychologii, wiedziałbyś, co to znaczy.
Ech, tak się składa, że wiem. Ale do rzeczy. Podczas, gdy wspomniane indywidua knują, Doktor i Ace zażywają relaksu po ostatnich przygodach.
Aż ktoś jeszcze inny próbuje zrobić z nich sito.
Tak. Ale nie spoilerujmy.

ZNALEZISKA
Przyznać trzeba, że im więcej odcinków z ostatnich sezonów klasycznych serii się obejrzy, tym bardziej dochodzi się do wniosku...
...że Moffat obrzydliwy to autoplagiator!
Chciałem to powiedzieć delikatniej*. Ale w sumie...W kontekście tej historii chodzi mi o pewne nakrycie głowy, które to przez kilka chwil nosił Doktor, a potem Ace.
Skoro to dla ciebie takie istotne...Ja zwróciłbym bardziej uwagę na to, że nawet najbardziej rąbnięte wcielenia jak Czwarty, czy Szósty Doktor nie wyczyniały cudów typu zagłuszanie komunikacji Cybermanów muzyką jazzową. A Siódmy jak najbardziej, w tej przygodzie zresztą. Moffatowski Jedenasty nie stroni od podobnych wariactw.
Prawda. Aczkolwiek abstrahując już od tej kwestii...
Tak szybko? Dopiero się rozkręcam!

DYPLOMATYKA I ZMOWY
Silver Nemesis” to jedna z przygód Doktora układających się w tzw. Cartmel Masterplan - pomysł wedle którego nasz ulubiony Władca Czasu nie jest tylko jednym z wielu przedstawicieli swego gatunku, ale kimś o wiele znaczniejszym. Kim? Cóż, w tej historii odpowiedź nie zostaje podana...
Tylko co z tego, skoro odcinek wcześniej niemal udzielono jej w dosyć jasny sposób?
Itam jasny. Zresztą nie o tym mówimy. Jeśli ta historia jest pod względem czegoś rekordowa, to z pewnością pod względem ilości pytań, które może sobie stawiać widz w trakcie seansu.
A także w dużej mierze po nim. Nie wszystko zostaje wyjaśnione. I nie chodzi mi tylko o wspomnianego Cartmela, któremu nie było dane ukończyć swej koncepcji.
Prawda. Przychodzą mi do głowy przynajmniej dwie kwestie: obraz Ace w kwaterze Lady Peinforte, oraz to, skąd ta ostatnia znała tajemnicę Doktora.
Było tego trochę więcej.
Tak, ale pozostałe rzeczy zostają wytłumaczone w następnych odcinkach. Jak na przykład to, o co chodziło z szachownicą. Wracając jeszcze do pana Cartmela, i jego planu, przyznam, że to, w jaki sposób Doktor odpowiedział na pytanie Ace o jego prawdziwą tożsamość, było najładniejszą odpowiedzią, jaką widziałem.
Jestem się nawet skłonny zgodzić.

TRZYMAJ PRZYJACIÓŁ BLISKO, A WROGÓW JESZCZE BLIŻEJ
Skąd ty bierzesz tytuły do akapitów? A zresztą nieważne, wiesz, co mi się najbardziej podobało w tej przygodzie Doktora?
Aż się boję spytać...
To, jak dwie z trzech grup wrogów Doktora się sprzymierzyły.
Pomiń z łaski swojej spoilery odnośnie tego, które, zgoda?
Niech ci będzie, zgoda. Nic nie mówię. Oczywiście jasne było, jak się ta współpraca zakończy, no ale ważne też, że Doktor musiał grać, jak to się mówi, na remis. I gdyby nie przypadek, to „remisem” by się to wszystko skończyło.
A na mnie zrobiło wrażenie zadbanie o wątek Cybermanów. Wreszcie, po latach, przypomniano sobie o ich słabym punkcie (złoto), no i w przeciwieństwie do poprzedniego występu są pozbawieni emocji. Tak, jak być powinno.
Trochę ich jednak upokorzono. Proca?
Ja tak tego nie odbieram. Wspomniany słaby punkt. Bez niego...
A czy ja mówię, że to źle? Nie mówię.
Tak swoją drogą, czy moglibyśmy nie wchodzić sobie w słowo?
Jasne. Zważywszy na fakt, że to już prawie koniec recenzji, nie ma problemu.

 POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                          Do bani:
- Siódmy Doktor u szczytu formy                                   - Brak odpowiedzi na niektóre pytania
- Trzy grupy rywalizujących ze sobą wrogów
- Mnóstwo tajemnic

* A i tak coraz mocniej się zastanawiam, czy jest w ostatnich odcinkach klasycznych serii coś, czego ten człowiek NIE skopiował. Ale że kopiuje z czasów świetnych...

środa, 21 listopada 2012

Rabuś Umysłu

Dzień dobry wieczór państwu. Na przekór chandrze, trudnościom, faszyzmowi, i wszystkim, których cechuje pogarda kolejna recenzyjka najwyższej klasy. Dzisiaj Drugi Doktor & company w krainie wyobraźni (Tudzież szponach (cudzego) szaleństwa...)


Poniższy tekst dedykuję Astroni z forum Doctor Who Polska za cierpliwe czytanie moich opowiadań i wytykanie w nich idiotyzmów tak, żebym się nie załamał. Dzięki, że jesteś :)

THE MIND ROBBER
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Zoe Herriot, Jamie McCrimmon
WRÓG: Mistrz Krainy, Mistrzowski Mózg

TIM, MONTHY, I ALICJA
Gdybym miał strzelać, kto „przyłożył rękę” do tego odcinka nie wiedząc jednocześnie, w którym roku powstał, powiedziałbym, że Tim Burton. Oczywiście to nie jest możliwe, bo wtedy miał dziesięć lat, ale zakręcony jak butelka z Frugo klimat i mocne, nieco groteskowe wymieszanie akcentów kojarzą się z jego późniejszymi dziełami. Można też śmiało wysunąć tezę, że gdyby członkowie Latającego Cyrku Monty Pythona próbowali stworzyć historię science-fiction bez jakichś szczególnych akcentów humorystycznych, wyszłoby im takie „The Mind Rober”. Trzecie, i ostatnie moje skojarzenie to „Alicja w krainie czarów”...

SIŁA WYOBRAŹNI
Jak generalnie wygląda taka misz-maszowa przygoda? Cóż, na pięć odcinków pierwszy to jakby prolog, ostatni - epilog, a trzy środkowe to pokręcony film drogi, gdzie Doktor próbuje wydostać się z szalonego świata wyobraźni, (Naturalnie uratować też towarzyszy) i spotkać z tajemniczym Mistrzem (Nie ma on nic wspólnego z doskonale nam znanym Gallifreyczykiem noszącym ten pseudonim - on zostanie wymyślony duuużo później, za kadencji następnego Doktora* ) - sprawcą całego ambarasu. Ale po kolei.

LATAJ NISKO, I POWOLI
Już w pierwszej części dużo się dzieje, a jej zakończenie to jeden z najbardziej, przepraszam za wyrażenie, ryjących banię cliffhangerów jakie widziałem. Starając się unikać spoilerów: tylko konsola sterownicza zostaje :) Powiedziałbym, że potem opowieść zalicza lekki zjazd w dół („Układanka” z twarzy - nawet nie pytajcie...) ale na szczęście nie trwa to długo. Co za to mamy potem? Uuu, sporo. Jednorożce, księżniczki, mityczne Meduzy zamieniające w kamień, komiksowi superbohaterowie...(Tak tak, to nie żart! Wielki jak góra mięśniak w masce a’la Zorro - aż by się wstydził, bo dostał łomot od...a zresztą nieważne, od kogo) Plus do tego wróg, którego twarz i intencje długo pozostają tajemnicą. Od razu go polubiłem gdy zobaczyłem, że powołuje on swoje pomysły do istnienia pisząc...

DAWNO JUŻ TAK NIE BYŁO, ŻEBY NIE BYŁO, JAK JEST
Tak się składa, że niedawno obejrzałem też następną przygodę Doktora, i na podstawie jej początku wysnuć mogę tezę, że...najprawdopodobniej większość rzeczy, które spotkały załogę Tardisa w „The Mind Rober” to sen. No bo gdzie przepada uratowany na końcu jegomość? (A następna historia zaczyna się tą samą sceną, którą skończyła się ta) Czemu ani Doktor, ani nikt inny nie nawiązują do tego, co im się przydarzyło? Wszystko się układa, oni śnili! Nawet wspomniana, groteskowa układanka z twarzy może być metaforą jakiegoś sennego zwidu Doktora związanego z regeneracją.

JAK TO W BAJCE
Jeśli miałbym wskazać jakieś wady tej przygody, to może takie jej rozpisanie, że nie ma miejsca na jakieś charakterystyczne dla postaci akcje. W sumie tylko Zoe miała ich namiastkę. (Panikując, a jakże :) ) Doktor i Jamie właściwie z grubsza nie mieli wyróżniających ich momentów. Trochę szkoda.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                 Do bani:
- Groteskowy miks klimatów                                               - Brak charakterystycznych akcji postaci
- Cliffhanger po pierwszej części
- Fajny czarny charakter
- Niejasności umożliwiające snucie teorii

* Choć pewien podobny doń pod wieloma względami Władca Czasu pojawił się wcześniej, a do dziś wielu uważa, że są oni jedną osobą...

środa, 14 listopada 2012

Terror Autonów

Powoli kończą mi się powitania, ale to nic :)
Cześć. Dzisiaj będzie coś napisanego nietuzinkowo. Pierwsza, ale nie ostatnia recenzja typu „Niu dżornalizm” * Raz na jakiś czas będę pisał w takim właśnie stylu.


TERROR OF THE AUTONS
DOKTOR: Trzeci Doktor
TOWARZYSZE: Jo Grant
WRÓG: Świadomość Nestene, Autoni, Mistrz

NA POCZĄTKU
Czasem w serialu emitowanym przez dłuższy czas nastaje moment, który nazwać można przełomowym. Nie nastaje oczywiście sam, trzeba go wpierw odpowiednio przygotować. Dla zainteresowanych zapodaję przepis. Składniki: jedna, nowa i urocza postać kobieca, jeden nowy czarny charakter, jeden nowy wojak, dużo plastiku.

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA
Nadmieniona już postać negatywna powinna być lustrzanym odbiciem „tego dobrego”. Niech pochodzą z tego samego miejsca, niech będą równie inteligentni, et cetera, et cetera. Istotne, aby równowaga sił między oboma panami nie została zachwiana, na ten przykład poprzez atak z zaskoczenia. Aby do tego nie dopuścić, „ci dobrzy” muszą zostać ostrzeżeni przed „tym złym”. Przez kogo? To już nie ma znaczenia, może być to kompletnie anonimowy jegomość, i tak wszyscy błyskawicznie o nim zapomną.
Inne składniki: Skoro poprzednia postać kobieca (Liz Shaw) była, krótko mówiąc, średnio udana, to tutaj umieśćmy jej dokładne przeciwieństwo. Nowa towarzyszka powinna więc być urocza, i słodziutka, ale z pazurkiem. Nieostrym, ale zawsze. Pamiętajcie też, aby te poprzednią usunąć z fabuły w jakiś sensowny sposób, i...Hm, słucham? Już za późno? Odprawiliście ją off-screenowo? (Znowu...) Dobra, nic, jakoś przebolejemy.
Dla efektu (Bardziej, niż dla czegokolwiek) dorzućmy na koniec nowego oficera UNITu. Niech ma :)

OSTATNI SKŁADNIK
Po stronie „tych dobrych” (Czyli głównie Doktora) stoi cała militarna organizacja, ale w dalszym ciągu istotne jest, by utrzymać balans sił. Tak więc nasz czarny charakter powinien...nie, nie mieć do dyspozycji całej armii - skąd by ją wziął? Żołnierzy przecież nie można wyprodukować w byle fabryczce. Zaraz, jednak można! Spójrzcie na listę składników, został nam plastik w dużych ilościach. Plastikowa armia, ale armia! Mistrz i Autoni to jest to!

DOPRAWIANIE
Żeby nie było z nową towarzyszką - Jo Grant - za słodko, dajmy jej pojedynczą akcję kamikaze, zakończoną wykryciem przez Mistrza. Wątku jego samego urozmaicać już nie trzeba, ale dobrze pamiętać o jednym: Autoni to jakby marionetki świadomości Nestene, czyli co by nie powiedzieć, innych niż on sam kosmitów. Zawsze może się w takiej sytuacji zdarzyć, że ktoś kogoś zrobi w przysłowiową trąbę. Kto kogo, nie zdradzam, popsułbym tym wszystko

JUŻ BYŁ W OGRÓDKU, JUŻ WITAŁ SIĘ Z GĄSKĄ
Na koniec: Mistrz, choć w tej postaci, jaką tu mamy** daleki jest od bycia czarnym charakterem rodem z kreskówki, powinien chociaż spróbować zniknąć ze sceny w taki sposób, jakby nim był. Ale nic poza tym. Przesadzanie z kreskówkowatością charakterologiczną skończy się bowiem niestrawnością***

PODANO DO STOŁU
No i to chyba wszystko. Przepis na przełom do prostych nie należy, ale jest wart wysiłku :) Efektem jego zastosowania jest bowiem jedna z najlepszych przygód Doktora.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Udany debiut trójki nowych postaci: Jo, Mistrza, i Yatesa              - Słabe rozstanie z Liz
- Władca Czasu kontra Władca Czasu
- Zwroty akcji

*Tytuł jest oczywiście przejawem wysublimowanego poczucia humoru autora
**Tzw. „UNIT years Master” - trzynaste wcielenie
***Niestrawności, tobie na imię Harold (S.)

środa, 7 listopada 2012

Machiny Wojenne

Serwus. Dzisiaj recenzja w pewien sposób szczególna. Szczególna, gdyż, ponieważ, bo prawdopodobnie najtrudniejsza ze wszystkich, które miałem przyjemność dla Was napisać, a i zapewne w przyszłości trudniejsza się prędko nie zdarzy. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.


THE WAR MACHINES
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Dodo Chaplet
WRÓG: W.O.T.A.N., Machiny Wojenne

WYZWANIE CZAS PODJĄĆ
Każdy recenzent Wam to powie - najtrudniej recenzuje się rzeczy średnie. Takie ani dobre, ani złe. A „The War Machines” to odcinek idealnie średni, mimo zacnego początku. Pierwszy Doktor wraz z towarzyszką o dźwięcznym pseudo Dodo przybywają do Londynu Anno Domini 1966. Po pewnym zabawnym zabiegu mającym zapobiec odkryciu przez osoby postronne prawdy o Tardisie, nasz Władca Czasu zaczyna odczuwać (Jak sam mówi - podskórnie) działanie niezwykłej technologii. Wszystko wskazuje na to, że źródłem „przeczucia” jest wieeeelka wieża w centrum. I tam się też nasz Władca Czasu udaje. Napotyka na konstruktora bardzo zaawansowanego technologicznie komputera zwanego W.O.T.A.N., co do którego od razu widać, że jest po prostu maszyną zbyt idealną, i zaraz mu coś głupiego strzeli do procesora :) Sztampa? Zważywszy na datę powstania odcinka (1966) raczej wszystko inne opierające się na takim wątku jest sztampowe :)

MASZ ICH ZAWSZE PRZY SOBIE...
Otwarcie przyznam, że jest to jedyna przygoda Doktora w towarzystwie Dodo, jaką oglądałem, tak więc o tej towarzyszce nie wiem wiele, aczkolwiek tutaj zrobiła coś, co w mojej opinii powinien robić każdy towarzysz: dzięki jej obecności Doktor musiał użyć szerszego „arsenału” sztuczek, a konkretniej zastosować hipnozę. Niestety potem postać panny Chaplet znika na większą część historii, przy czym ma powrócić na końcu. Ma, ale...nie wraca! No cóż, minęło wiele lat, i wiele odcinków DW, a drugiego tak marnego rozstania z towarzyszką nie było. Zdarzały się różne porażki w tej kwestii, ale nie aż takie.

PIERWSZY NIE MUSI ZNACZYĆ NAJLEPSZY (CHOĆ CZASEM MOŻE)
Fanem Pierwszego Doktora nigdy nie byłem - po prawdzie to nie jest na mojej prywatnej liście sympatii do poszczególnych wcieleń ostatni tylko z sentymentu, że to od niego wszystko się zaczęło. Tu jednak pozytywnie mnie zaskoczył. Nie był aż tak, przepraszam za wyrażenie, bucowaty, jak w innych przypadkach, a i miał zapadającą w pamięć scenę z chcącą go staranować Machiną Wojenną - charyzma w czystej postaci, i uniesiona broda :)
Jego pomysł na pokonanie maszyn nieszczególnie może powalał złożonością, czy czymś, co by zaskakiwało, ale to raczej kwestia faktu, że plan, który musiał powstrzymać był po prostu do niczego. Ech, źle mówię. Ale o tym poniżej.

BUNT MASZYN
Plan, któremu musiał zapobiec Doktor, mógł być czymś znakomitym. Popatrzcie: mamy superinteligentny komputer, mamy jego „pionki”, mamy wreszcie armię, którą tworzy w celach inwazji. Tyle, że tutaj wspaniała armia Machin Wojennych liczy...kilka sztuk! Z czego W.O.T.A.N. początkowo aktywuje dwie. DWIE!!! Wiem, co myślicie: może były bardzo groźne, jak Dalekowie, czy coś. Skąd. Niebezpieczeństwo szerzyły, ale zarówno je, jak ich „szefa” pokonała podstawowa prawda: każdy komputer można przeprogramować :) Jako ciekawostkę dodam, że W.O.T.A.N. o naszym ulubionym Władcy Czasu mówił „Doktor Who”, a nie tylko „Doktor” :)

DEBIUCIK
Przygoda kończy się sympatycznym cliffhangerem. (Znowu ten makaronizm...) Już na jej początku poznaliśmy Polly, i Bena, dwójkę sympatycznych młodych ludzi. (Z pewnymi...nazwijmy to, emocjonalnymi kłopotami) Kiedy z Dodo stało się to, co się stało, raczej nietrudno było odgadnąć, że to oni zostaną następnymi towarzyszami Doktora. No i zostali :) Ale to, w jaki sposób zostali, naprawdę zasługuje na pochwałę. Niewielką, ale zawsze. Swoją drogą...zapasowy klucz do Tardisa?

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                             Do bani:
- Obiecujący początek                                                      - Marne rozstanie z Dodo
- Charyzma Pierwszego Doktora                                       - Zmarnowany potencjał inwazji
- Sympatyczna końcówka