środa, 7 listopada 2012

Machiny Wojenne

Serwus. Dzisiaj recenzja w pewien sposób szczególna. Szczególna, gdyż, ponieważ, bo prawdopodobnie najtrudniejsza ze wszystkich, które miałem przyjemność dla Was napisać, a i zapewne w przyszłości trudniejsza się prędko nie zdarzy. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.


THE WAR MACHINES
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Dodo Chaplet
WRÓG: W.O.T.A.N., Machiny Wojenne

WYZWANIE CZAS PODJĄĆ
Każdy recenzent Wam to powie - najtrudniej recenzuje się rzeczy średnie. Takie ani dobre, ani złe. A „The War Machines” to odcinek idealnie średni, mimo zacnego początku. Pierwszy Doktor wraz z towarzyszką o dźwięcznym pseudo Dodo przybywają do Londynu Anno Domini 1966. Po pewnym zabawnym zabiegu mającym zapobiec odkryciu przez osoby postronne prawdy o Tardisie, nasz Władca Czasu zaczyna odczuwać (Jak sam mówi - podskórnie) działanie niezwykłej technologii. Wszystko wskazuje na to, że źródłem „przeczucia” jest wieeeelka wieża w centrum. I tam się też nasz Władca Czasu udaje. Napotyka na konstruktora bardzo zaawansowanego technologicznie komputera zwanego W.O.T.A.N., co do którego od razu widać, że jest po prostu maszyną zbyt idealną, i zaraz mu coś głupiego strzeli do procesora :) Sztampa? Zważywszy na datę powstania odcinka (1966) raczej wszystko inne opierające się na takim wątku jest sztampowe :)

MASZ ICH ZAWSZE PRZY SOBIE...
Otwarcie przyznam, że jest to jedyna przygoda Doktora w towarzystwie Dodo, jaką oglądałem, tak więc o tej towarzyszce nie wiem wiele, aczkolwiek tutaj zrobiła coś, co w mojej opinii powinien robić każdy towarzysz: dzięki jej obecności Doktor musiał użyć szerszego „arsenału” sztuczek, a konkretniej zastosować hipnozę. Niestety potem postać panny Chaplet znika na większą część historii, przy czym ma powrócić na końcu. Ma, ale...nie wraca! No cóż, minęło wiele lat, i wiele odcinków DW, a drugiego tak marnego rozstania z towarzyszką nie było. Zdarzały się różne porażki w tej kwestii, ale nie aż takie.

PIERWSZY NIE MUSI ZNACZYĆ NAJLEPSZY (CHOĆ CZASEM MOŻE)
Fanem Pierwszego Doktora nigdy nie byłem - po prawdzie to nie jest na mojej prywatnej liście sympatii do poszczególnych wcieleń ostatni tylko z sentymentu, że to od niego wszystko się zaczęło. Tu jednak pozytywnie mnie zaskoczył. Nie był aż tak, przepraszam za wyrażenie, bucowaty, jak w innych przypadkach, a i miał zapadającą w pamięć scenę z chcącą go staranować Machiną Wojenną - charyzma w czystej postaci, i uniesiona broda :)
Jego pomysł na pokonanie maszyn nieszczególnie może powalał złożonością, czy czymś, co by zaskakiwało, ale to raczej kwestia faktu, że plan, który musiał powstrzymać był po prostu do niczego. Ech, źle mówię. Ale o tym poniżej.

BUNT MASZYN
Plan, któremu musiał zapobiec Doktor, mógł być czymś znakomitym. Popatrzcie: mamy superinteligentny komputer, mamy jego „pionki”, mamy wreszcie armię, którą tworzy w celach inwazji. Tyle, że tutaj wspaniała armia Machin Wojennych liczy...kilka sztuk! Z czego W.O.T.A.N. początkowo aktywuje dwie. DWIE!!! Wiem, co myślicie: może były bardzo groźne, jak Dalekowie, czy coś. Skąd. Niebezpieczeństwo szerzyły, ale zarówno je, jak ich „szefa” pokonała podstawowa prawda: każdy komputer można przeprogramować :) Jako ciekawostkę dodam, że W.O.T.A.N. o naszym ulubionym Władcy Czasu mówił „Doktor Who”, a nie tylko „Doktor” :)

DEBIUCIK
Przygoda kończy się sympatycznym cliffhangerem. (Znowu ten makaronizm...) Już na jej początku poznaliśmy Polly, i Bena, dwójkę sympatycznych młodych ludzi. (Z pewnymi...nazwijmy to, emocjonalnymi kłopotami) Kiedy z Dodo stało się to, co się stało, raczej nietrudno było odgadnąć, że to oni zostaną następnymi towarzyszami Doktora. No i zostali :) Ale to, w jaki sposób zostali, naprawdę zasługuje na pochwałę. Niewielką, ale zawsze. Swoją drogą...zapasowy klucz do Tardisa?

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                             Do bani:
- Obiecujący początek                                                      - Marne rozstanie z Dodo
- Charyzma Pierwszego Doktora                                       - Zmarnowany potencjał inwazji
- Sympatyczna końcówka

4 komentarze:

  1. Nareszcie wiem, jak się klifagener pisze. Co nie zmienia faktu, iż wkrótce zapomnę :D A Dodo... Tak po prostu zniknęła? To rzeczywiście spieprzyli i posolili robotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca zniknęła. Starając się unikać spoilerów: gdzieś w połowie tej przygody została przez Doktora wysłana na kilkugodzinny odpoczynek, do końca już się nie pojawiła, a w ostatniej scenie Polly i Ben przyszli przekazać Doktorowi, że zdecydowała się zostać w Londynie...

      Usuń
  2. Czy mi się wydaje, czy z odcinku na odcinek coraz bardziej skrzydła rozwijasz? :D Czy może ja po prostu lubię krytykę i akurat teraz mi się tak fajnie czytało? XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia, ale skoro twierdzisz, że się rozwijam, to na pewno tak jest :)

      Usuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)