środa, 5 grudnia 2012

Cztery Do Dnia Sądu

Czołem. Dzisiaj, w porównaniu z zeszłym tygodniem, nieco mniej „odjazdów”, przynajmniej z mojej strony. Z mojej, bo recenzowany odcinek jest jednak mocno przesycony szaleństwem...


FOUR TO DOOMSDAY
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka, Adric
WRÓG: Monarcha, Oświecenie, Perswazja

OKRES WARUNKOWY
Muszę, po prostu muszę, zacząć od sugestii związanej ze Stevenem Moffatem. Nie wiem, czy jako fan DW zna tę historię, ale jeśli nie, to gdyby obejrzał ją teraz, z pewnością stwierdziłby, że już czas na emeryturkę :-) Tak tak, w tej szalonej przygodzie znajduje się kompilacja wielu naprawdę, przepraszam za kolokwializm, odjechanych pomysłów.  Aborygeni tańczący w rytm elektronicznej muzyki to tylko najlżejszy przykład...

CZOŁEM, KLASA!
Cała przygoda zaczyna się dosyć typowo - Tardis zamiast na Ziemię omyłkowo przenosi Doktora i ferajnę (Trójka regularnych towarzyszy naraz - rzadkość!) na pokład pewnego kosmicznego statku wielkich rozmiarów. Nasz Władca Czasu ordynuje oczywiście wycieczkę celem empirycznego sprawdzenia, gdzie trafili, z tym, że akurat pozostali pasażerowie niebieskiej budki zachowują się jak rozkapryszone bachory. I o ile Tegan ma powód (Doktor obiecał jej odstawienie do domu, gdyż dołączyła raczej z konieczności, niż chęci - przynajmniej na razie) o tyle kłótnie Nyssy, i Adrica odnośnie matematyki, tudzież różnic między intelektem męskim, a kobiecym były po prostu durne. Zresztą, jak się przekonamy później (Ale jeszcze w tej przygodzie) Adric wspomnianego nie posiada w ogóle. Serio, większego tumana ze świecą szukać. Ale o tym poniżej. Wspomnianym statkiem rządzi stwór zwany Monarchą, oraz jego adiutanci, Perswazja i  Oświecenie (Zważywszy, że jeszcze za kadencji tego samego Doktora będziemy mieć przygodę opowiadająca o wyścigu po kryształ o identycznej nazwie stwierdzam, że inwencji odnośnie nazewnictwa brakowało i wtedy...) W rozmowie z Doktorem, i Tegan proszą oni o rysunek obrazujący ziemską kulturę. I, choć technicznie nie było możliwe, aby panna Jovanka w takim tempie stworzyła coś tak dokładnego, z tym rysunkiem wiąże się pewien ważny dla fabuły zwrot akcji...

BYĆ, ALBO NIE BYĆ
No i mam problem. Czy wspomniany zwrot akcji można nazwać cliffhangerem, skoro niby to z przytupem zakończył jedną z części przygody, ale z drugiej strony nie pozostawił naszych bohaterów w stanie zagrożenia? Nie wiem, po prostu nie wiem. Tak czy siak, mimo wspomnianego braku zaskoczenie było potężne. A scena stosunkowo prosta: oto niespodziewanie pojawia się niewidziana do tej pory postać człekokształtna, i przedstawia z imienia. A gdy to robi, powoduje u widza solidny opad szczęki...

Z GŁUPOTĄ SWĄ TAM BĄDŹ...
...śpiewał kreskówkowy kogut, Foghorn Leghorn. Ja mam tu na myśli oczywiście Adrica, który niemalże sprzymierza się z Monarchą, głównym „złym” opowieści. I to bynajmniej nie sama chęć sprzymierzenia czyni go takim osłem, tylko jej powody. Ów przedstawia mu swoje plany, jednoznacznie złe zresztą, a nasz Adryczek jak gdyby nigdy nic dochodzi do wniosku, że...ewentualne ofiary tegoż skorzystają na wprowadzeniu owej tyranii. Aż cud, że Doktorowi udaje się w końcu przemówić mu do rozsądku (O ile „młody” jakikolwiek posiada...)

WIELOKULTUROWOŚĆ
Przyznać trzeba jedno: statek Monarchy jest multikulturowy. Spotkać tam można m.in. Aborygenów, starożytnych Greków, Majów, czy chińskich mandarynów.  Oczywiście z nimi wszystkimi tez wiąże się nielicha niespodzianka, ale nie spoileruję. (Albo dobra: zostało z nich mniej, niż na to wygląda) Już pod koniec przygody dostajemy natomiast pewną scenę, której to podobny odpowiednik znalazł się w zeszłorocznym specialu świątecznym. I został przez całe hordy łosi skrytykowany jako cyt. „Przejaw zamerykanizowania i zdziecinnienia”. Jak widzicie, takie rzeczy towarzyszyły DW od dawna* Co mam na myśli? Kosmos w dosłownym tego słowa znaczeniu :) Historię zamyka ostatni zwrot akcji, tym razem związany z Nyssą, której to w całej przygodzie przypadła rola damy w opałach.

 POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                     Do bani:
- Co chwila nowe zaskoczenie                                  - Głupszy, niż ustawa przewiduje Adric
- Pokręcony klimat    


*W sumie to rzeczy najmniej „doktorowe” jakby nie patrzeć wprowadził RTD. Nie jest to (do końca) zarzut, ale tyle osób krzyczy na temat tego, co zrobił z serialem Moffat, a on przywrócił mnóstwo cech serii klasycznych.                                         

1 komentarz:

  1. Najpierw ci tańczący Aborygeni, potem cliffhanger, który nie jest cliffhangerem (hm...) i do tego ta postać człekokształtna... To jest jeden z odcinków, po której mam ochotę rzucić się na odcinek jak wygłodniała lwica :D

    Oj, czepiłeś się tego biednego RTD XD Mam wrażenie, że co rusz przy kolejnych okazjach staramy sobie nawzajem pokazać, kto tu rządzi (nie mówię, że mi to przeszkadza).

    OdpowiedzUsuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)