środa, 25 grudnia 2013

Delta i Bannermani

Witam Was świątecznie, i ślę najlepsze życzenia. Nie przedłużając, zapraszam do lektury dzisiejszej recenzji!

DELTA AND THE BANNERMEN
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Melanie Bush
WRÓG: Keillor, Bannermani

KOLEJE LOSU
Historia ta zaczyna się na planecie Chumeria, gdzie toczy się zażarta bitwa pomiędzy przedstawicielami rasy Chimeronów, a gangiem bandytów zwanych Bannermanami.  Ci pierwsi zostają pokonani, ale dwojgu z nich, mężczyźnie i kobiecie, udaje się dostać na wrogi statek, wbrew pozorom jednak nie całkiem opuszczony. Mężczyzna ginie, ale udaje mu się uratować swoją nadmienioną przyjaciółkę (o imieniu Delta) i przekazać jej tajemniczy obiekt... Tymczasem Tardis materializuje się w ponuro wyglądającym porcie opłat G715. Choć zarówno Doktor jak i Melanie podejrzewają kłopoty, okazuje się, że są dziesięciomiliardowymi klientami. W związku z czym lokalny nadzorca (wyglądający jak skrzyżowanie Nostalgia Critica z Bohdanem Łazuką) ma dla nich nagrodę od kosmicznej korporacji transportowej Nostalgia Tours: tydzień w ziemskim Disneylandzie w roku 1959. Melanie wraz z innymi uczestnikami wycieczki udaje się do latającego busa i umawia się z Doktorem, że ów doleci na miejsce Tardisem. Nie wiedzą, że wśród pasażerów znajduje się ukrywająca się Delta...

ZGODA NA START
Przyznam, że to dość oryginalna przygoda. W ostatniej chwili zmieniono w niej bardzo dużo, co nie jest odosobnionym przypadkiem, ale tym razem nie było to przyczyną jakiegokolwiek spadku jakości. A co takiego zmieniono? Cóż, przyjrzyjcie się drugoplanowej postaci zwanej Ray - nie przypomina Wam kogoś wprowadzonego w późniejszych historiach? :)  Przechodząc jednak do istotniejszych kwestii, świetności  tej opowieści dodaje solidna ilość doskonałej muzyki stylizowanej głównie na lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku (w których dzieje się znakomita większość akcji)  Dodatkowo nieco lekkiego humoru dodaje para agentów CIA, którzy gdzieś się tam plączą. Powiedziałbym, że są zbędni, ale jakoś nie potrafię :)  Oczywiście jak na przygodę Siódmego Doktora przystało, momentami jest trochę mroczno, a nasz heros, choć jeszcze w stu procentach nie rozwinął swoich zdolności intryganckich, już troszkę ich demonstruje.

UMYSŁY
O Doktorze nieco już było, a co z Melanie? Oczywiście wrzeszczała, jak to ona, a poza tym miała swój udział w akcji i pokazała charakter. Jej obecność można śmiało dołączyć do zalet tej historii. Te drugoplanowe postaci, o których jeszcze nie wspomniałem też się sprawdziły: Bannermani to egoistyczni brutale a ścigana przez nich Delta zachowuje się dość wiarygodnie w roli, za przeproszeniem, zwierzyny łownej. Także postacie ludzkie, jak Billy i Ray, są zarysowane nieźle, choć ten pierwszy jest zdecydowanie zbytnim ryzykantem.

DZIEGĆ
Mam w zasadzie jedno co poważniejsze zastrzeżenie:  zbyt dużo jest zbiegów okoliczności. Doktor i Melanie zupełnym przypadkiem trafiają akurat w miejsce, gdzie wygrywają lot na Ziemię. Gdy dochodzi do, nazwijmy to, wypadku, pojazd z dziewczyną na pokładzie ląduje w innym miejscu planety, niż miał ale akurat tam, gdzie oczekuje się na mających przybyć gości. Nieco tego za wiele.

ELEMENTY SKŁADOWE
Tu mam kłopot: jak tu opowiedzieć o efektach, żeby nie zdradzić ważnego twista fabularnego? Powiedzmy tak: jest dobrze. Kosmos wygląda przyzwoicie, eksplozje wiarygodnie, a jedyne, do czego można się przyczepić, to wygląd jednej z obcych ras w stadium niemowlęcym - kiepsko taki osesek wygląda :)

WSZYSTKO RAZEM
Jest to naprawdę bardzo fajna historia. Warta polecenia, choć trochę specyficzna - ale czyż nie o to chodzi? :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                        Do bani:
- Doktor i Melanie                                                                      - Wygląd małego ufoka
- Klimatyczna muzyka                                                               - Za dużo zbiegów okoliczności
- Dobrze zarysowane postaci
- Niezła strona techniczna
- Wartka akcja

środa, 18 grudnia 2013

Słuchowisko: Pingwin maltański


Witajcie. Dzisiaj ponownie recenzja słuchowiska. Jak możecie zgadnąć po tytule, dość nietypowego także z tego powodu, że jego głównym bohaterem wcale nie jest Doktor.

THE MALTESE PENGUIN
GŁÓWNY BOHATER: Frobisher
WRÓG: Josiah W. Dogbolter
WYSTĘPUJE TAKŻE: Szósty Doktor


ZAWODOWIEC
W kilka tygodni po rozstaniu z Doktorem Frobisher ponownie próbuje zarabiać na życie jako prywatny detektyw. Nie ma za wielu zleceń, ale stara się tym nie przejmować i czeka na lepszy okres. Władca Czasu proponuje mu powrót do wspólnych przygód, ale zmiennokształtny odmawia - chciałby zdziałać coś sam, nie tylko być pomocnikiem. Niespodziewanie otrzymuje taką szansę, gdy w jego biurze pojawia się Alicia Mullholland - piękna kobieta potrzebująca pomocy detektywa. Ma bowiem podejrzenia, że jej narzeczony, Arthur Gringax, prowadzi podwójne życie. Przybierając postać Doktora, nasz pingwin udaje się do miejsca, gdzie rzeczony gagatek przebywa, ale znajduje tam tylko...krew! W dużej ilości. A jego samego znajdują policjanci...

WEJŚCIE W KLIMAT
Jeśli kojarzycie, czym jest film noir, z pewnością już dostrzegliście, że „Pingwin maltański” to jego parodia. (Nawet tytuł to nawiązanie do powieści detektywistycznej i jednego z takowych filmów) Jest detektyw wrabiany w zbrodnię? Jest. (Co z tego, że zmiennokształtny i najczęściej działający w postaci pingwina?) Jest femme fatale? Jest. Jest mafioso? Jest. (Co z tego, że to pół-człowiek pół-żaba?) Początkowego rozwoju akcji można się łatwo domyślić, ale potem jest już znacznie lepiej. Napięcie jest odpowiednio stopniowane i dopiero pod koniec dowiadujemy się, o co toczy się gra. Podobnie, jak postacie. Swoją drogą końcówka tej historii to plejada zaskoczeń - przynajmniej dwie rzeczy sprawiły, że otworzyłem usta ze zdziwienia. Jakie? Oczywiście nie spoileruję :)

TROSZKĘ TEGO I OWEGO
Może fabularnie wydarzenia z komiksów, w których występował Frobisher średnio się zgadzają z tymi z „Pingwina maltańskiego” ale z mojego punktu widzenia to nie problem - to jest niekanoniczne i to :) Przechodząc jednak do postaci, nasz pingwini detektyw jest napisany w fajny sposób: ma sporo wad, trochę pecha ale nie sposób go nie lubić. Te kilka momentów zawierających z kolei Doktora fajnie ilustrują jego niechęć do samotności, oraz przyznania tego. A Alicia to typowa femme fatale, przynajmniej pozornie. Dla kontrastu Dogbolter jest przesiąkniętym chciwością łotrem mniejszego kalibru, niż się uważa. Mimo bogactwa.

WOKAL
W kwestii technicznej, czyli głosowej (wszak to słuchowisko) jest dobrze. Aktorów podkładających głosy dobrano umiejętnie - Frobisher w naturalnej formie brzmi naprawdę fajnie, szczególnie, gdy pełni rolę narratora. Z kolei gdy nasz detektyw przybiera postać Doktora, siłą rzeczy przemawia głosem Colina Bakera - który to umiejętnie wplótł w te kwestie niewielkie zmiany tonu i akcentu dzięki czemu świetnie czuć różnicę miedzy postaciami. Może aktor podkładający głos za Dogboltera momentami za bardzo się wczuwa, ale na ogół on też robi dobrą robotę. Nieszczególnie za to podobał mi się dziwaczny odgłos towarzyszący metamorfozom Frobishera - brzmi, jakby się coś rozrywało.

GDZIEŚ W BOCZNEJ NAWIE
Mamy do czynienia z bardzo sympatycznym, ale krótkim słuchowiskiem. Umiejętnie parodiującym ponure klimaty noir, z groteskowym łotrem, i nie mniej groteskowym, ale sympatycznym bohaterem. Jeśli nie odstraszy Was przygoda z minimalną ilością Doktora, polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Sympatyczny Frobisher                                                             - Strasznie to krótkie!
- Parodia noir jak się patrzy                                                         - Odgłos przemiany Frobishera
- Zaskakujące ostatnie minuty
- Dobrze dobrane głosy

środa, 11 grudnia 2013

Krotoni




THE KROTONS
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Zoe Herriot, Jamie McCrimmon
WRÓG: Krotoni

NAGRODA
Na planecie zamieszkanej przez rasę Gondów odbywa się ceremonia. Dwoje najmądrzejszych uczniów zostaje wybranych do roli towarzyszy tajemniczych Krotonów - przebywających w ukryciu tajemniczych władców globu. Wkrótce na miejscu pojawiają się też Doktor, Zoe i Jamie. Mimo, że okolica jest podejrzanie przesycona odorem siarki, nasz heros nie daje się namówić na wyniesienie się w cholerę i ordynuje planetoznawczą wycieczkę. Wkrótce cała trójka napotyka na dziwną, według Władcy Czasu mechaniczna, strukturę, którą powoli opuszcza jeden z wyżej opisanych „wybranych”. Zostaje on błyskawicznie zagazowany środkiem, po którym nie zostaje z niego w zasadzie nic. Szybkie wkroczenie naszych bohaterów do miasta Gondów pozwala im podjąć próbę uratowania drugiej „wybranej”, ale...

KONCENTRAT
Z ta przygodą mam następujący problem: o ile ciekawił mnie dalszy rozwój akcji, losy Doktora i tak dalej, o tyle tajemnica tego, czym/kim są Krotoni zwyczajnie mnie nudziła. Nie została ona, niestety,  przeprowadzona w ciekawy sposób. Problemem też jest, że rzeczeni przez długi czas zachowują się jakby nie myśleli, tylko działali według określonego programu (co ma pewien sens) by pod sam koniec nagle przejść do, może niezbyt wyszukanej, ale jednak wymagającej „zwykłego” rozumowania intrygi. Ostatnia juz z wad sprowadza się do tego, że Krotoni potrafili rozpylić niszczący gaz w pomieszczeniu pełnym ludzi a zginął tylko jeden - ten, którego śmierci nasze czarne charaktery pragnęły. Brak mi na to słów.

NIE WSZYSTEK…
Dobra, starczy znęcania się. Są też i dobre strony. Doktor poza standardowym uratowaniem sytuacji przy użyciu swojego geniuszu potrafił też nawrzeszczeć na Zoe, która niepotrzebnie wpakowała się w dodatkowe tarapaty. Ta ostatnia nadal była odrobinę zadufana („Doktor jest prawie tak mądry, jak ja!”) ale nie utrudniała sytuacji i to się liczy. Podobnie zresztą z Jamiem. Niezłym pomysłem było też wprowadzenie konfliktu między Gondami - część pod wodzą starszego przywódcy nie chce na razie atakować Krotonów, krytycznie oceniając swoje szanse. Inni, słuchający nadpobudliwego młodzika, żądają ofensywy tu i teraz. Z rzeczonym młodzikiem związany jest też ciekawy zwrot akcji pod sam koniec.

ŚLICZNOŚCI
Pod względem technicznym wszystko wygląda nieźle…za wyjątkiem Krotonów! Może nie brzmi to optymistycznie, skoro są oni głównymi „złymi” przygody, ale twórcy też chyba zdali sobie sprawę, że aparycja tych kosmitów pozostawia trochę do życzenia. W związku z tym znakomitą większość ujęć z nimi wykonano tak, aby nie było widać co bardziej rażących szczegółów. W pewnych scenach z przyczyn fabularnych nie jest to możliwe, ale i tak technikalia oceniam na plus.

OCZYWISTA OCZYWISTOŚĆ
Nie sądzę, żebyście byli zaskoczeni moim dzisiejszym werdyktem. „The Krotons” to najbardziej średni spośród średniaków. Z trochę skopanymi ważnymi aspektami, za to z tymi mniej istotnymi wybitnie na plus.

POKRÓTCE CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                               Do bani:
- Doktor i towarzysze                                                                        - Nudna zagadka
- Strona techniczna (na ogół...)                                                          - Gaz zabija jedną osobę?
- Dwie frakcje Gondów                                                                      - Krotoni raz myślą, raz nie

środa, 4 grudnia 2013

Kosmiczne Muzeum



THE SPACE MUSEUM
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Barbara Wright, Ian Chesterton, Vicki Pallister
WRÓG: Morokowie

CHAOS I ZAMĘT
Nowa wyprawa załogi niebieskiej budki zaczyna się od kilku, bardziej nawet, niż zwykle dziwacznych zjawisk. Choć Doktor i reszta jeszcze nie zmienili ciuchów typowych dla trzynastego wieku (w którym byli poprzednio) nagle orientują się, że są ubrani zwyczajnie. Szklanka wody, która upuściła Vicki niespodziewanie materializuje się w jej dłoni w całości, wraz z zawartością. Wyjście na zewnątrz, celem zbadania obiektu będącego według Władcy Czasu kosmicznym muzeum, też owocuje zagadką: planeta pokryta jest pyłem, ale...nasi bohaterowie nie zostawiają w nim śladów! No i czemu dwaj mężczyźni opuszczający wspomniany tajemniczy budynek nie widzą Doktora i reszty?

W GÓRĘ I W DÓŁ
Wszystkie wyżej opisane dziwaczności sprowadzają się do jednej z pierwszych (Choć nie pierwszej!) prób nadpisania czasu w historii serialu - tym razem z takiej przyczyny, iż poprzez, nazwijmy to, wymiarową pomyłkę nasi herosi poznają swoją, nie za dobrą przyszłość. I usilnie próbują jej zapobiec. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że nieco później głównym wątkiem staje się wątek buntowników z owej, jak się okazuje, podbitej planety o nazwie Xeros. Teoretycznie Doktor i reszta pomagają im właśnie w celu nadpisania czasu, ale to w zasadzie przestaje mieć znaczenie. Próbuje się to maskować licznymi wypowiedziami na ten temat, ale bezskutecznie. Nie zrozumcie mnie źle - całość jest naprawdę wciągająca i pełna akcji, ale początek nastawiał nas na coś więcej, niż dobra, ale niezbyt oryginalna jak na DW przygoda. To spora wada, ale na dobrą sprawę jedna z nielicznych.

A CO NA TO...
Całkiem wiarygodnie przedstawiono towarzyszy Doktora - zarówno Ian, Vicki jak i Barbara prezentują cały wachlarz emocji w zależności od sytuacji: dbają o siebie, kłócą się, czasami nachodzą ich czarne myśli... Vicki jest może ciut za cwana, ale tylko ciut. Nie na tyle, by uznać to za wadę. Ian natomiast pięknie pierze przeciwników po gębach, w przeciwieństwie do Doktora na oczach widzów, nie poza nimi :) A przechodząc do naszego herosa to mimo, że nie miał jakoś strasznie dużo czasu antenowego (przynajmniej jak na tytułowego bohatera) parę razy wykazał się sprytem. W sumie większość, za przeproszeniem, roboty, odwalili towarzysze, ale liczy się efekt :) Postaci drugoplanowe są, niestety, słabo rozbudowane i różnią się na dobra sprawę tylko imionami. Jako ciekawostkę dodam, że jest jedna szczególnie zabawna scena: gdy Doktor ukrywa się w...no, powiedzmy, że czymś należącym do jego regularnych oponentów :)

KONSTRUKCJA DESTRUKCJA
Jeszcze sprawy natury technicznej: jest tak, jak osobiście lubię. Nie wysilając się zanadto stworzono fajne efekty. Chociażby wszelakie anomalie czasowe ukazuj ą się nam poprzez zatrzymanie na moment obrazu. Może nie brzmi to powalająco, ale w praktyce się sprawdza. Podobnie jak strzały z broni laserowej - wyglądają mniej groteskowo, niż w części późniejszych przygód. Otoczenie jest jednolite, ale niezbyt monotonne. Słowem: jest dobrze.

WERDYKT
Polecam tę historię. Okazuje się być nie aż tak świetna, jak to wygląda na początku, ale i tak można ją spokojnie zaliczyć do bardzo dobrych.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                             Do bani:
- Ciekawe czasowe zagadki                                               - Małe znaczenie nadpisywania czasu
- Towarzysze z realnymi emocjami                                      - Słabe postaci drugoplanowe
- Strona techniczna
- Dużo akcji

środa, 27 listopada 2013

Twarz Zła



THE FACE OF EVIL
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Leela
WRÓG: Xoanon

PRZYBYWAJCIE
Na porośniętej dżunglą planecie młoda kobieta imieniem Leela zostaje wygnana przez swoje prymitywne plemię za obrażanie bóstwa, Xoanona. Ojciec dziewczyny w jej obronie podjął się nawet pewnej specjalnej próby, ale poniósł porażkę i zginął. To jeszcze nie wszystko - gdy Leela odchodzi, w ślad za nią ruszają plemienni skrytobójcy. Niedługo po krótkim starciu miedzy nimi a dziewczyną i jej przyjacielem, ta pierwsza wpada na Doktora, który niedawno wylądował. Jak się okazuje, wedle lokalnych wierzeń dobry bóg Xoanon jest więźniem innego, zwanego po prostu Złym i pracujących dla niego Teshów. Tylko dlaczego ów Zły symbolizowany jest twarzą identyczną z doktorową? I kto przemawia do miejscowego szamana głosem naszego herosa?

WESELI I MNIEJ WESELI
Podstawową, niestety, wadą tej historii jest fakt iż mimo, że dzieje się dużo, zwyczajnie za długo czekamy na rozwikłanie tych najbardziej intrygujących tajemnic. Wyjaśnienie jest ciekawe, choć pewne elementy (To kiedy i w jakiej sytuacji Doktor miał po raz pierwszy styczność z Xoanonem na przykład) zostają zwyczajnie olane. Mimo jednak przynudzania do niewątpliwych pozytywów zaliczyć można mnóstwo humoru, ot chociażby w scenie, gdy nasz heros grozi dzikusom, że przeprowadzi morderstwo przy użyciu żelka. Dobra jest też puenta, czyli sposób w jaki Leela zostaje „oficjalnie” towarzyszką. Fajnie również, że zdecydowano się nie iść w schemat „Zły, inteligentny szaman okłamuje durnych współplemieńców”. Lokalny magik nie jest bowiem sprytniejszy od kolegów i nie chodzi mu o to, by ich wyzyskiwać :)

SKORO O WIZERUNKU MOWA...
Technicznie historia ta stoi na średnim poziomie.. Kostiumy są przyzwoite, ale dżungla wygląda marnie. Wnętrze, nie powiem czego, aby nie spolierować, gdzie odbywa się, można rzec, ostateczne starcie, ma z kolei wygląd nieco psychodeliczny, (I dobrze wykonany zarazem!) co bardzo pasuje. Ale, niestety, najbardziej eksponowana jest ta nieszczęsna dżungla...

SPEKTRUM
Trochę już o postaciach było, ale bardziej pobieżnie, więc... Doktor prezentuje nam tu wszystkie strony swojego charakteru: szaleńca, wesołka, kanciarza a także osobnika groźnego, którego zlekceważenie może źle się skończyć. Rewelacja. Debiutująca tu Leela z kolei to pewna siebie, waleczna i groźna dzikuska. Czyli taka, jak należy :) No, może ciut za często potrzebująca pomocy czy wsparcia, ale nikt nie jest idealny. Wśród drugoplanowych postaci wyróżnia się przede wszystkim wspomniany, nieschematyczny szaman czy chcący się go pozbyć, wbrew pozorom sympatyczny, Calib. Szkoda natomiast, że nie rozwinięto bardziej postaci Tomasa, przyjaciela Leeli.

WERDYKT
Mamy do czynienia z całkowitym średniakiem. Przygodą, która byłaby dobra, gdyby skrócono pewne nudne wątki. Wątki, które, prawda, prowadzą do konkluzji będącej tą lepszą częścią, ale nie każdy przez nie przebrnie.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                   Do bani:
- Wiele stron Doktora i udany debiut Leeli                               - Nie wyjaśniono wszystkiego
- Ciekawe rozwiązanie tajemnicy                                           - Za dużo czekania na najciekawsze
- Humor                                                                                - Marnie zrealizowana dżungla

środa, 20 listopada 2013

Słuchowisko: Czterech Doktorów


Witajcie ponownie. Była książka, była animacja, był komiks. A czego nie było? Bingo, słuchowiska. Dzisiaj więc prezentuję Wam rzeczone, i to nie byle jakie - z czterema Doktorami!


THE FOUR DOCTORS
DOKTOR: Piąty Doktor, Szósty Doktor, Siódmy Doktor, Ósmy Doktor
WRÓG: Dalekowie

WYJŚCIE Z CIENIA
Piąty Doktor przybywa do Krypty Gwiezdnych Niezwykłości, gdzie wyczuwa dziwaczne czasowe zawirowania. Kiedy schodzi z oczu dowodzącej tam Kalindzie Ulrik, przed kobietą materializuje się inne jego wcielenie, ósme dla odmiany. Tymczasem jej brat, generał Ulrik, dowiadując się o planowanym ataku Daleków na placówkę postanawia zawrzeć z nimi pakt - zależy im na czymś ukrytym w tajnych poziomach krypty, więc żołnierz ma nadzieję, że jeśli to dostaną, oszczędzą personel, i oczywiście się myli. Żeby ocalić kogokolwiek, Doktorzy decydują się na ryzykowny krok - utworzenie pętli czasu między nimi dwoma...

WBREW
Przyznam, że jest to jedna z najbardziej skomplikowanych przygód Doktora, jakie znam. Mimo faktu, że tak modne nadpisywanie czasu nie występuje tu w zasadzie wcale. Całość dzieli się na cztery segmenty, gdzie w pierwszym dzieje się to, co opisałem w akapicie wyżej, drugi i trzeci wprowadzają Szóstego i Siódmego Doktora, a ostatni domyka wątki. Choć, skoro mamy w przygodzie pętlę czasu, to w finale siłą rzeczy lądujemy niejako na początku. No, powiedzmy pod koniec pierwszego segmentu. Aczkolwiek troszkę szkoda, że Szósty Doktor niejako od razu jest w miejscu związanym z akcją tej przygody - lepiej zrobiono to z Siódmym, początkowo przebywającym w gościnie u prof. Michaela Faradaya, który na skutek zawirowań czasowych znajduje... Dobra, bez spoilerów :)

A JEDNAK
Trochę wad: o ile ciekawym pomysłem było wymyślenie, że rasa, z której wywodzi się Ulrik jest biomechaniczna, to przywrócenie bardzo rzadko występujących robo-ludzi (Zmienionych w maszyny niewolników Daleków) pozbawiona wyjaśnień jest zwyczajnie słaba. Ponieważ mają za sobą bodaj jeden występ w serialu i kilka w słuchowiskach, mało kto będzie ich kojarzył, a tu stanowią ważny element fabuły. Szkoda też, że Doktor nie wyjaśnia kilku swoich trików i że nikt o nie nie pyta - przykładem moment, gdy mówi zupełnie zmienionym głosem, przypominającym jakąś zjawę. Ma to pewne uzasadnienie fabularne, ale jak on to robi? Nic by się też nie stało, gdyby choć na moment pojawili się jacyś towarzysze.

W TEMACIE GŁOSÓW
Ponieważ to słuchowisko, jedynym aspektem technicznym do omówienia jest...zgadliście, dźwięk :) Historia ta nagrana została pod koniec roku 2010, więc z oczywistych przyczyn można wyłapać pewne zmiany w głosach naszych herosów, ale bardzo łatwo rozróżnić, który jest który. Odnoszę tylko wrażenie, że C. Baker wtedy nie był w szczytowej formie - w późniejszych produkcjach brzmi lepiej, niż w tej. Za to aktorzy podkładający głosy za postaci drugo- i trzecioplanowe spisali się świetnie - praktycznie niemożliwe jest zorientowanie się, że większość gra po dwie role.

WYKOŃCZENIE
Przyznam, że to bardzo fajne, choć zdrowo pokręcone słuchowisko. Jest też krótsze od większości innych - trwa niewiele ponad godzinę - ale powiedziałbym, że w tym przypadku długość jest idealna.  Jeszcze trochę i przesadzono by z tymi zawirowaniami czasowymi.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                               Do bani:
- Intryga                                                                            - Brakuje wyjaśnienia pewnych spraw
- Fajne zakończenie                                                          - Gdzie są towarzysze?
- Głosy :)
- Wszystko składa się w logiczną całość

środa, 13 listopada 2013

Planeta Daleków



PLANET OF THE DALEKS
DOKTOR: Trzeci Doktor
TOWARZYSZE: Jo Grant
WRÓG: Dalekowie

NA CZELE
Ciężko zraniony w poprzedniej przygodzie (Frontier in Space) Doktor zapada w śpiączkę, a Jo postanawia poszukać dlań pomocy wśród mieszkańców planety, na której wylądowali. Dodać należy, że rzeczony glob to w dużej mierze gęsta dżungla, pełna niebezpiecznych roślin. Oprócz nich po krótkiej przechadzce panna Grant znajduje również statek kosmiczny z martwym pilotem wewnątrz. Oczywiście część załogi przeżyła, mało tego - zgadzają się udzielić Doktorowi medycznej pomocy. Problem polega na tym, że, gdy wyruszają znaleźć tego ostatniego (który z oczywistych przyczyn pozostał na Tardisie) postanawiają, że bezpieczniej będzie dla Jo, gdy poczeka w ich pojeździe. A niedługo po ich wyjściu dziewczyna zaczyna odczuwać negatywne skutki spotkania z pewną rośliną, na którą wpadła wcześniej...

OPERACJA ROZPOCZĘTA
Jak zazwyczaj w dalekowych historiach, tytuł popsuł niespodziankę, ale o tym zjawisku było już kilka razy, więc do rzeczy. Załoga statku, o którym pisałem wcześniej to Thalowie. Jest ich kilku (A potem pojawiają się jeszcze skromne posiłki) mają bardzo ryzykowną misję, i...nie dogadują się ze sobą. Prawowity przywódca ekspedycji zginął, a dowództwo objął pokładowy lekarz - bardzo wyważony i ostrożny osobnik, co nie podoba się w szczególności jednemu z młodzików. Dowódcy nie ułatwia też sprawy tożsamość jednej z osób będących wspominanym wsparciem. Dlaczego? To już pozostawię w tajemnicy. Wracając do misji dotyczy ona oczywiście zniszczenia lokalnej bazy Daleków, którzy to znaleźli gatunek stworzeń potrafiących uczynić się niewidzialnymi. Puszki ze Skaro też tak chcą :) Jak widzicie, napięcie jest niezłe. I dobrze, bo, gdy w pewnym momencie, gdzieś przy połowie historii, akcja spowalnia, robi się straaasznie nudno. Dobrze, że na bardzo krótko. Tak czy siak skomplikowane relacje grupy Thalów to jedna z największych zalet tej przygody. Drugim jest sensowne, pacyfistyczne przesłanie całości, które naprawdę uwielbiam :)

DIOPTRIA I INNE
W tej historii niestety jest trochę łatwiej, niż zazwyczaj, wyprowadzić Daleków w pole. Jeden tylko raz rozpoznają przebranego Doktora po obuwiu (To nie żart) ale na ogół większość postaci robi ich w trąbę, jak chce. Wadą też jest to, jak szybko i bez wyjaśnienia Doktor dochodzi do siebie po wspomnianym na początku zranieniu. Dla kontrastu z tymi uchybieniami jednak, nasz heros robi to, co lubimy najbardziej, czyli improwizuje. Cały czas. I to jest świetne. Wtóruje mu Jo, daleka od wizerunku damy w opałach, aktywna i mająca spory udział w ostatecznym zwycięstwie. No, prawie zwycięstwie, jak pozwala stwierdzić komentarz Naczelnego Daleka na koniec.

ARCHITEKTURA
W sprawach technicznych jest nieźle. Plenery i efekty, które widzimy przez dużą część tej przygody są świetne, ale tych pojawiających się na ledwie kilka scen, (Np. oczy zwierząt widoczne w środku nocy w dżungli) zrobiono na odwal się. Cóż, dobrze, że nie odwrotnie. Ciekawym pomysłem było wymyślenie niewidzialnej rasy podbitej przez Daleków. Rasy ubierającej się w grube futra z powodu zimna. (I dlatego owych niewidzialnych da się zobaczyć :) )  Niestety, gdy jeden z nich umiera, jego twarz okazuje się być jednym z tych niedopracowanych detali.

DETALICZNIE CHODZI O TO, BY...
Moje wnioski po seansie? Krótko: historia ta mogła być świetna, zabrakło w niej jednak doszlifowania drobnostek, zarówno technicznych, jak i scenariuszowych. Dlatego jest „tylko” dobra. I to na tyle.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                           Do bani:
- Wartka akcja                                                                               - Drobnostki scenariuszowe
- Improwizacje Doktora i genialna Jo                                              - Małe, techniczne niedoróbki
- Skomplikowane relacje Thalów
- Pacyfistyczny morał

środa, 6 listopada 2013

Czarna Orchidea


Cześć. Dziś chciałbym opowiedzieć Wam o historii ważnej dla serialu z pewnego powodu: jest to bowiem ostatnia przygoda, gdzie poza Doktorem i towarzyszami nie ma niczego, co można by nazwać science-fiction.

BLACK ORCHID
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka, Adric
WRÓG: George Cranleigh

ZAPROSZENIE
W angielskiej posiadłości dochodzi do bójki miedzy dwoma mężczyznami, spośród których jeden ginie. Drugi natomiast zbliża się do pokoju, w którym śpi młoda kobieta uderzająco podobna do Nyssy. Niedługo potem ów agresor jest już jednak spacyfikowany, a pilnuje go Indianin. Tymczasem Tardis materializuje się na pobliskiej stacji kolejowej, gdzie kierowca niejakiego lorda Cranleigha myli Doktora z gościem, na którego oczekuje jego pan. W ten sposób nasz Władca Czasu oraz reszta tałatajstwa zostają zaproszeni na mecz krykieta oraz bal przebierańców. W posiadłości lorda poznają też Ann Talbot - ową przypominającą Nyssę panienkę. Tymczasem związany agresor uwalnia się...

BOMBA W GÓRĘ
Jak wspomniałem, jest to historia bez wrogich kosmitów, robotów, etc. Na czym więc opiera się fabuła? Na kryminalnej intrydze związanej z rodzinną tajemnicą Cranleighów. Nie chcąc, by wydały się konsekwencje ich postępowania, przynajmniej jedna osoba z owej familii postanowi nawet wrobić pewnego przybysza (Wiecie chyba, o kim mówię? :) ) w napaść i kilka innych zbrodni. Nie dla wszystkich wydarzenia te zakończą się wesoło...

ZRÓB TO SAM
Jeśli miałbym jakieś zastrzeżenia, to nieszczególnie odpowiada mi fakt, że zarówno Doktor jak i towarzysze nie mają jakiegoś porywająco wielkiego udziału w całej akcji - albo coś dzieje się niezależnie od nich (Nyssa) albo mają możliwość tylko odpierania metaforycznych ciosów. Na szczęście w finalnym akcie tej historii nasz heros jest już w stanie zdziałać troszkę więcej. Swoją drogą momentami durnota drugoplanowych postaci powala - jak na przykład w epickiej scenie eskortowania aresztowanego Doktora. Sam nie wiem - śmiać się, czy płakać?

A JEDNAK
No dobrze, poznęcałem się, a przecież zalet też jest sporo. Intryga jest świetna, wskazówki rzucane przez członków rodziny Cranleigh nie mówią nam aż tyle, by popsuć zabawę, a finał naprawdę trzyma w napięciu. Brawa należą się również Sarze Sutton, która wcieliła się nie tylko w Nyssę, ale także w Ann, i potrafiła dobrze ukazać, że to dwie różne postaci. Wrażenie robią też doskonałe kostiumy. Przebranie arlekina odegrało nawet niebagatelną rolę. No i na koniec: może wydawać się to dziwne, ale klimatyczne w swej naturalności wydało mi się zachowanie towarzyszy Doktora podczas przyjęcia, gdy nic złego się jeszcze nie działo. Tańcząca charlestona Tegan, opychający się Adric...Takie drobnostki, a jednak czyniły sytuację wiarygodniejszą.

ZNALEZIONE ROZWIĄZANIE
Historia ta jest krótka, (dwa odcinki po dwadzieścia pięć minut), ale treściwa. Wątpię, żeby spodobała się wszystkim ze względu na to, o czym wspomniałem na początku, ale miłośnicy kryminałów z pewnością poczują się jak w domu. Może nie jest to jakiś majstersztyk, ale warto zawiesić oko.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                            Do bani:
- Dobra intryga                                                               - Mała aktywność Doktora i spółki
- Klimat                                                                         - Niektóre drugoplanowe postaci to osły
- Kostiumy
- Mocny finisz

środa, 30 października 2013

Koszmar Edenu



NIGHTMARE OF EDEN
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Mandrele

KOCIOŁ
W kosmosie dochodzi do zderzenia dwóch statków: wielkiej, pasażerskiej Cesarzowej, oraz prywatnego Hekate. Pojazdy zakleszczają się, i żaden nie może kontynuować lotu. Na pokładzie pierwszego z nich, jak zwykle, przypadkowo, materializuje się Tardis z Doktorem, Romaną i K9 na pokładzie. Nasz heros wie, jak można pomóc w rozdzieleniu zakleszczonych maszyn, aczkolwiek utrudnia mu to dziwaczne zachowanie nawigatora. Szybko okazuje się, że jest on uzależniony od nieprawdopodobnie groźnego narkotyku - Vraxionu. Tymczasem Romana poznaje pasażerów wchodzących w skład ekspedycji zoologicznej - prof. Trysta i jego asystentkę Dellę. Mężczyzna skonstruował specjalne urządzenie zdolne pobierać próbki fauny i flory, zmieniać w elektromagnetyczne impulsy i wyświetlać potem. Naszej Władczyni Czasu się to nie podoba: gadżet wygląda na niestabilny i prymitywny w swojej klasie, a jego twórca - na dalekiego od kompetencji w sprawach takiej technologii. Tym bardziej, że w projekcji planety o nazwie Eden jest coś naprawdę dziwnego. Tymczasem wspomniany już uzależniony nawigator zostaje brutalnie zamordowany...

DUŻO I MAŁO
Mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju (nieco zbyt powolnego momentami) kosmicznego kryminału. Jest przemyt, morderstwa, wrabianie (Doktora oczywiście, bo kogo innego? :) ) i tym podobne. Troszkę kłopotów może stanowić koncept maszyny Trysta - ma za dużo funkcji i w pewnym momencie można uznać, że twórcy się pogubili - niesłusznie jednak, bo wszystko okazuje się mieć w końcu sens, przynajmniej do pewnego stopnia. No, ale skoro to kryminał, powinno być niełatwo odgadnąć, kto jest winny przemytu i zabójstw. (Choć tego drugiego nie całkiem bezpośrednio) Bardzo dobrze, że to jedna z, przynajmniej pozornie, najmniej podejrzanych postaci drugoplanowych.

DO AKCJI
Bardzo mi się podobało, że i Doktor i Romana w zasadzie mieli równy udział w akcji. (Dlatego Władcy Czasu jak najczęściej powinien towarzyszyć inny Władca, (czy Władczyni) Czasu) Romana nawet nie wpadła w jakieś szczególne tarapaty, choć głównie dzięki szczęściu. Nasz heros tymczasem był oczywiście źródłem kilku humorystycznych scen, oraz okazał się być mistrzem ciętej riposty :) Równie dobrze spisał się K9, szczególnie w walce z agresywnymi Mandrelami. Z tymi ostatnimi związany jest pewien kiks fabularno-logiczny: ich ciała po śmierci zmieniają się we Vraxion. Trochę to bez sensu. Wśród postaci drugoplanowych nikt jakoś szczególnie nie błyszczał, ale wszyscy trzymali się pewnego, względnie dobrego poziomu.

KONSTRUKCJA CEPA
Sprawy techniczne: to, co udało się najlepiej, to efekty anomalii czasowych. Naprawdę dobry pomysł i wykonanie. Niestety, dla odmiany, Mandrele wyglądają dość kiepsko. Cała reszta jednak, choć nie tak dobra, jak pierwszy wymieniony efekt, jest przyzwoita. Chociażby ładniutkie korytarze Cesarzowej, czy dżungla są miłe dla oka.

SĄD IDZIE
Ogólne wrażenia: jest dobrze. Mała skala wydarzeń zamiast zagrożenia planety czy Wszechświata sprawdza się, jak również intryga i kooperacja naszych herosów. Akcja mogłaby być tylko trochę szybsza, na pewno by to nie zaszkodziło.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                                Do bani:
- Kooperacja Doktora i Romany                                                            - Słaby wygląd Mandreli
- Iście kryminalna intryga                                                                        - Wolne tempo
- Ładne tła i otoczenie

środa, 23 października 2013

Komiks: Zimny Dzień w Piekle

Cześć. Mam nadzieje, że nie pogniewacie się, że dzisiaj znowu Siódmy Doktor, znowu Lodowi Wojownicy i znowu coś innego, niż telewizyjna historia, ale...ilość odcinków do zrecenzowania topnieje. Mam ich jeszcze sporo w zapasie, aczkolwiek skoro istnieją inne media, to czemu za ich pomocą nie przedłużyć istnienia bloga? :)

A COLD DAY IN HELL
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Frobisher
WRÓG: Lodowi Wojownicy

URLOP
Doktor i Frobisher udają się na planetę A-Lux - rodzaj galaktycznego kurortu, miejsce pełne gorących źródeł, jezior, itp. Tak przynajmniej głosi reklama, którą czyta nasz heros. Reklama jednak, jak to reklama, słabo oddaje rzeczywistość: planeta okazuje się być pogrążona w zimnie, a śnieg pada tam cały czas. Władca Czasu postanawia dowiedzieć się, o co chodzi - nawet, gdyby satelity pogodowe wysiadły, temperatura nie powinna opaść aż tak nisko. Szukając odpowiedzi w jednym z budynków, nasi bohaterowie wpadają na Dreilynkę - rodzaj wampira żywiącego się ciepłem. Po krótkim, nazwijmy to, starciu okazuje się jednak, że za pogodowy kiks odpowiadają zupełnie inne stworzenia...

CZARNE I BIAŁE
Słówko o Frobisherze: jest to towarzysz w postaci mówiącego pingwina. Nie wygląda tak od zawsze, ale w tej historii akurat nie jest to wyjaśnione, więc odnośnie jego przeszłości na tym poprzestaniemy. Przez tę swoją zwierzęcą formę w mojej opinii nieszczególnie fajny z niego kompan, ale ma jedną, niezaprzeczalną zaletę: świetne, ironiczne poczucie humoru. (Tekst, którym wciągnął Lodowego Wojownika w zasadzkę, cierpki komentarz na temat płaszcza Doktora, czy jeszcze kilka innych) Ma też nieco zaniżone poczucie własnej wartości - zrobił naprawdę sporo w tej historii, a i tak uznał, że jest nieprzydatny. A jak wypadają inni? Jako tako. Wojownicy mają w zasadzie tylko taki pół-plan, z którego niewiele wynika, mieszkańcy A-Lux, którzy przeżyli najazd mają trochę zbyt mało czasu, coby się wykazać, choć i tak swoje robią, a Doktor w zasadzie nawet nie musi wysilać szarych komórek, aby zwyciężyć. Aczkolwiek demonstruje pewną specjalną umiejętność Władców Czasu.

MASZYNA DO PISANIA
Wielki problem stanowi fakt, iż partacz scenarzysta najwyraźniej tylko słyszał o Procesie Władcy Czasu i nigdy nie oglądał żadnej z jego części - a szkoda, bo może by się dowiedział, że w rzeczonym brał udział Szósty, a nie Siódmy Doktor, jak tu usiłuje sugerować. Spowodowało to powstanie mnóstwa pomniejszych kanonicznych „dziur”, i nie będę Was zanudzał wymienianiem ich wszystkich. Związaną natomiast już tylko z tą opowieścią wadą jest to, co ma miejsce w pewnym momencie, gdy rozdzieleni kilka godzin wcześniej Doktor i Frobisher odnajdują siebie nawzajem. I zaczynają się zachowywać jakby cały ten czas przebywali w swoim towarzystwie. Czysty nonsens. Jeśli jednak zacisnąć zęby, pod warstwą nieznajomości tematu odkrywamy interesującą opowieść pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji. Historia ta ma bowiem cztery niewielkie części zamykane eleganckimi cliffhangerami. Wprawdzie w przypadku co najmniej jednego nietrudno zgadnąć, że mamy do czynienia z gallifreyską ściemą, ale i tak jest fajny :)

JAK CIĘ WIDZĄ
Poznęcałem się trochę nad partaczem scenarzystą, aczkolwiek jego koledzy - rysownicy spisali się dużo lepiej. Jest to zdecydowanie jeden z najlepiej narysowanych komiksów o Doktorze, jakie miałem przyjemność czytać. Zarówno czarno-biały oryginał, jak i współczesna, pokolorowana wersja robią wrażenie szczegółowością, bodaj chyba tylko na jednym obrazku pewien detal był niewyraźny. Świetna robota.

KLAMKA ZAPADŁA
Jak się chyba domyślacie, mamy do czynienia z całkowitym średniakiem. Dynamiczna i pełna akcji, pięknie narysowana historia z rażącymi błędami. Trudno coś tu dodać.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                           Do bani:
- Dużo szybkiej akcji!                                  - Partaczu, na Procesie był Szósty!
- Cięty język Frobishera                               - Reakcja Doktora i Frobishera na odnalezienie się
- Świetna strona graficzna                            - Pół-plan Lodowych Wojowników

środa, 16 października 2013

Nasiona Śmierci



THE SEEDS OF DEATH
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Zoe Herriot, Jamie McCrimmon
WRÓG: Lodowi Wojownicy

UŁATWIENIA
Koniec dwudziestego pierwszego wieku. Transport na Ziemi zmonopolizował system teleportacji zwany T-Mat, z bazą na Księżycu. Wszystko idzie dobrze do momentu, w którym rzeczona zostaje niespodziewanie najechana przez tajemniczych najeźdźców. Tymczasem Doktor, Jamie i Zoe trafiają do małego muzeum, którego właścicielem okazuje się niejaki prof. Eldred. Jest to człowiek nieszczęśliwy - rozwój technologii teleportacyjnej spowodował zarzucenie badań nad jego życiową pasją, rakietami. Jednak gdy tajemnicza awaria Księżycowej Bazy (Związana oczywiście z agresorami) uniemożliwia dostanie się tam T-Matem, nadzorcy zwracają się o pomoc właśnie do niego. A ponieważ jego rakieta mieści dokładnie trzy osoby...Nie trzeba chyba mówić, kto ma zamiar nią polecieć? :)

ZIMNO, ZIMNO, JESZCZE ZIMNIEJ
Całość przygody ogląda się znakomicie. Akcja ma należyte, nie za szybkie i nie za wolne tempo, a fakt, iż na początku kamera znajduje się nad ramieniem jednego z Lodowych Wojowników (Toteż wtedy nie widzimy, kto to) potęguje tajemniczość. A i sam ich plan jest przedni - dość powiedzieć, że powstrzymanie go wymagało od Doktora i ferajny maksymalnego użycia wszystkich ich talentów. Trochę mi szkoda, że niejaki Fewsham, jeden z pracowników bazy kolaborujący z Wojownikami w zamian za swe życie, w końcu się „nawrócił”. Ale to było nieuniknione.

WIĘCEJ
Pozwolę sobie rozwinąć pewną myśl z poprzedniego akapitu: to, jak dużo różnych rzeczy musieli zrobić Doktor, Jamie i Zoe. Sporo, przepraszam za zwrot, babrania się w kablach to standard, ale wcale nie mniej było skradania się, czy zwyczajnego prania po łbach. (Tutaj to raczej wrogowie przodowali, ale...) A Lodowi Wojownicy byli tu sprytniejsi, niż kiedykolwiek - postanowili wykorzystać teleportację do...nie, nie do transportu armii, przynajmniej nie od razu. Do czegoś bardziej kreatywnego. Przewidzieli wszystko - oprócz niespodziewanego pojawienia się pewnego diablo sprytnego Władcy Czasu :)

PO DOBROCI
Techniczna strona tej historii to bodaj jedyna, do której mam poważniejsze zastrzeżenia. Po pierwsze: skoro wspomina się o niezbędnych kombinezonach astronautycznych, to czemu nasi bohaterowie w rakiecie ich nie mają i dostają się do wnętrza Księżycowej Bazy bez nich? No i trzeba niestety przyznać, że im wyższy stopień w hierarchii Wojowników Lodu, tym słabiej wyglądają. Na szczęście przynajmniej pewna część efektów, chociażby wszystko, co związane z rakietą, jest dobrym przykładem na powiedzenie „Geniusz tkwi w prostocie” - proste, ale naprawdę fajnie wykonane. Dobrze też, że Wojownicy syczą już tylko między zdaniami, a nie w środku - w ich poprzednim występie nie dało się przez to zrozumieć, co mówią.

LICZY SIĘ WNĘTRZE
Jako by to zgrabnie podsumować... Technicznie jest (jak na czasy produkcji) średniawo, aczkolwiek fabularnie - świetnie. Moim skromnym zdaniem to drugie jest jednak sporo ważniejsze, i dlatego polecam Wam tę historię. Dzieje się odpowiednio dużo, a i można mieć niezłą zabawę z próbą wcześniejszego odgadnięcia planu Lodowych Wojowników. Dobra rzecz.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                  Do bani:
- Doktor i ferajna doprowadzeni do granic          - Gdzie są kosmiczne kombinezony?
- Skomplikowany plan Wojowników Lodu        - Marszałek wygląda gorzej od podwładnych
- Poprawione ssssyczenie Wojowników
- Chociaż efekty rakiety dobre

środa, 9 października 2013

Przetrwanie



SURVIVAL
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Ludzie-gepardy, Mistrz

CZAS POWROTU
Ta oto, ostatnia w klasycznych seriach zresztą, przygoda zaczyna się, gdy Doktor zabiera Ace do jej rodzinnego miasteczka Perivale. Krąży po nim tajemnicze, wyglądające jak kot, stworzenie o żółtych oczach. Nasz heros nie do końca wie, czym ono jest, ale szybko pojmuje, że coś nie gra. Podobnie uważa Ace, zauważając brak znanych jej mieszkańców.  A wszystko to dopiero początek - wkrótce przed dziewczyną materializuje się jeździec pod postacią człowieka-geparda. Równie niespodziewanie przeniesiony do świata o czerwonym niebie Doktor spotyka tam pewnego swego znajomego, który jednak wydaje się być dziwnie odmieniony...

SIŁY Z ZEWNĄTRZ
Słówko o jednym z ważniejszych aspektów tej przygody, Gepardzim Wirusie. Nie spoileruję, na czym on dokładnie polega, ale to wyjątkowo dobry pomysł. Tym fajniej, że nawet Władcy Czasu nie są nań odporni, i musi się z nim mierzyć także Doktor. Nie tylko z nim, żądny władzy Mistrz też jest obecny, i bruździ, mimowolnie doprowadzając nawet planetę ludzi-gepardów na skraj katastrofy. Wspomniany glob natomiast  został pomyślany niezgorzej - znajduje się w symbiozie z mieszkańcami, daje im ciekawe moce, oraz uzdrawiającą wodę. Choć nie za darmo - trochę ich to kosztuje, (Nie dosłownie, oczywiście) ale, ponownie, bez spoilerów.

SPOJRZENIE
Technicznie jest bardzo dobrze. Wirus początkowo widoczny jest w jednej tylko cesze nosiciela, i wygląda świetnie. Również kolejne stadia to małe charakteryzatorskie dziełka. Ludzie-gepardy wyglądają odpowiednio groźnie, a jedyną drobną wadą jest fakt, że ich planeta wygląda momentami mniej „obco”, niż różne światy w poprzednich przygodach. Całkiem efektownie wyglądało natomiast ostateczne starcie Doktora i Mistrza. W więcej, niż jednym miejscu. Oj, ktoś się tam musiał napracować nad plenerami...

KTO DA WIĘCEJ
Trochę szkoda, że Doktor nie utkał jakiejś szczególnie skomplikowanej intrygi w tej historii, ale znalazło to swoje uzasadnienie - opowieść ma bowiem bardziej...zwierzęcy charakter, i to raczej ze zezwierzęceniem przyszło się mierzyć naszym bohaterom. Tak, przemocy było tu sporo, a pod koniec ilość nieboszczyków zamknęła się w dużej liczbie. Jeszcze odnośnie tej, na ogół wewnętrznej, (Ale nie zawsze!) walki bardzo podobały mi się związane z tym „wzloty i upadki” Ace. Gdyby tak od razu dała sobie radę z tym, co spotykało obcych w świecie ludzi-gepardów, Doktor straciłby na epickości :) A propos - w swoim ostatnim występie w tym wcieleniu Mistrz-Tremas był genialniejszy nawet, niż zazwyczaj.

NO I JAK?
Klasyczne serie nie mogły zakończyć się lepszą historią. (Dobra, mogły, ale i tak było świetnie) Mamy tu wszystko, co najlepsze: tajemnicę, akcję, trochę rozwoju postaci, świetnego wroga...No i ta wieńcząca dzieło mowa Doktora. Rewelacja. Nic, tylko siadać i oglądać :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                   Do bani:
- Doktor i Ace                                                       - Planeta gepardów mogłaby wyglądać lepiej
- Mistrz z nowymi mocami (powiedzmy)
- Epicki pojedynek Władców Czasu
- Pomysł z Gepardzim Wirusem




środa, 2 października 2013

Animacja: Wrzask Shalki


Cześć. Wiecie, co Wam powiem? Trudno uwierzyć, że minął cały, długi rok, odkąd zacząłem prowadzić tego bloga. Tak czy owak, odpowiedzieliście na moją prośbę sprzed kilku tygodni, i, za pomocą ankiety, przemówiliście. Wy przemówiliście, ja, jak co tydzień, usiadłem do pisania recenzji, a ktoś zaczął wrzeszczeć...

SCREAM OF THE SHALKA
DOKTOR: Dziewiąty Doktor (Alternatywny)
TOWARZYSZE: Mistrz
WRÓG: Shalka

BEZWOLNY
Tardis materializuje się w małej miejscowości Lannet, z czego Doktor wcale nie jest zadowolony - nie miał zamiaru robić tam postoju. Na miejscu jednak dzieje się coś dziwnego - mieszkańcy boją się czegoś, i jak ognia unikają wszystkiego, co może powodować hałas. Jedyną, która wydaje się nie odczuwać lęku, jest barmanka imieniem Alison, aczkolwiek ani ona ani nikt inny nie zdradza Doktorowi, o co chodzi, a zaraz potem pewna bezdomna kobieta zostaje zamordowana przez tajemniczą moc, natomiast Tardis spada do wnętrza Ziemi...

NOWOŚĆ ALBO NIE
Na wstępie wypadałoby chyba powiedzieć, jaki jest występujący w tej przygodzie (alternatywny) Doktor. Przede wszystkim niezbyt chętny do niesienia pomocy, i dość agresywny. Z tego, co możemy wywnioskować, coś złego stało się z jakimiś jego towarzyszami, i boi się on powtórki z rozrywki. Dość, powiedziałbym, oryginalnym pomysłem było natomiast uczynienie jego początkowo jedynym kompanem mechanicznej wersji Mistrza. Na całe szczęście robot zachował jednak wszystkie najważniejsze cechy oryginalnego wroga Doktora. (Choć tu oczywiście wrogami nie są) Potrafi być sprytny, jak pokazuje scena z Shalkami wewnątrz niebieskiej budki, a także momentami jest źródłem uśmiechu na twarzy widza. Wracając jeszcze do Doktora, co najbardziej mnie w jego charakterze zaskoczyło to to, że najwyraźniej bardzo lubi...śpiewać :) Natomiast Alison, wspomniana barmanka, choć ma ważną role w całej opowieści, jest dość...pozbawiona charakteru. To odważna, ale znudzona dziewczyna, i to, niestety, wszystko na jej temat.

SÓL TEJ ZIEMI
Jak jest ze stroną fabularną? Nieźle. Intryga głównych ”złych” do przesadnie skomplikowanych nie należy, ale jest dość pomysłowa. (I zawiera proekologiczny wątek) Mamy ze dwa niezłe zwroty akcji, i fajne cliffhangery. Oraz finalny pojedynek, również bardzo nietuzinkowy. Drobną rysę da się natomiast zauważyć trochę wcześniej, gdy Doktor i Alison zostają schwytani - ponoć nie są już potrzebni Shalkom, czemu więc zostawia się ich przy życiu nie próbując nawet zabić? Wielka też szkoda, że brutalnie ograniczono rolę Mistrza w jego mechanicznej formie, czyniąc go niezdolnym do opuszczenia Tardis/a.

KRESKOWATOŚĆ
Jako, że to animacja, zamiast o efektach mówić można o kresce i głosach. Strona graficzna jest na ogół niezła, może poza pewnym mankamentem - wprawdzie Doktor jest podobny do Richarda E. Granta, który użycza mu głosu, ale zapomniano dać naszemu herosowi kilku wyrazów twarzy. Np. gdy używając jednego z wrogich mu stworów zjeżdża do wnętrza ziemi, krzyczy z ekscytacji szybkością, ale na jego twarzy nadal widać tylko neutralny grymas. Mistrz natomiast jest podobny zarówno do Rogera Delgado, jak i Anthony’ego Ainleya - jako, że obaj panowie stworzyli rewelacyjne wersje złego Gallifreyczyka, zaliczam to na plus. (Przemawia on natomiast głosem Dereka Jacobi) Shalki, a zwłaszcza ich głównodowodząca, wyglądają nieco upiornie, i dobrze. A drą się głośniej, niż Melanie Bush :)

WSZYSTKO W CENTRUM
Co wyjdzie ze wszystkich wyżej wymienionych zalet i wad? Powiedziałbym, że produkcja trochę powyżej średniaka. Z pewnymi wadami, interesująca, ale nie przyciągająca niczym odkurzacz. Dla zaciekawionych: istnieje też króciutkie, literackie opowiadanko z tymi samymi bohaterami, a można je przeczytać tutaj: http://www.bbc.co.uk/cult/vampires/newstory/scottwright.shtml

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                     Do bani:
- Ciekawy Doktor i mechaniczny Mistrz                                    - Bezbarwna Alison
- Ogólna pomysłowość                                                             - Trochę uchybień animacyjnych
- Przedni aktorzy podkładający głosy                                        - Ograniczenie roli Mistrza


środa, 25 września 2013

Inspekcja


Cześć. Zanim przejdziemy do recenzji, małe przypomnienie: dzisiaj ostatni dzień głosowania na przyszłotygodniową, jubileuszową dla bloga recenzję. Jest jeszcze czas oddać głos :)

THE VISITATION
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka, Adric
WRÓG: Terileptile

WTARGNIĘCIA I NIEZGODY
Siedemnasty wiek, Anglia. Mieszkańcy jednego z  dworków zostają zaatakowani przez tajemniczego (oraz niewidocznego dla widzów) napastnika, i nawet są w stanie go wyeliminować - nie jest odporny na broń palną. Niestety, towarzyszy mu robot, z którym szans już nie mają...Tymczasem kolejna próba odstawienia przez Doktora Tegan do domu kończy się lądowaniem Tardis/a właśnie w siedemnastym wieku. Dziewczyna zdecydowanie nie jest zadowolona tym faktem - a nawet szlag ją trafia :) W powietrzu czuć zapach siarki, a wieśniacy są niepokojąco agresywni - bezpardonowo atakują bowiem załogę niebieskiej budki. Z pomocom naszym herosom przychodzi zbójnik, Richard Mace. Nosi on na szyi pozaziemski naszyjnik choć nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. W okolicy można też znaleźć kilka innych kosmicznych gadżetów, oraz pewną opuszczoną posiadłość...

INACZEJ
Jeśli coś mi w tej historii przeszkadza, to fakt, iż Piąty Doktor zachowuje się, bo ja wiem, buńczuczniej, niż zazwyczaj. Z drugiej strony można za to obwinić towarzyszy, którzy mają w tej historii jakoś bardzo dużo do powiedzenia, co, jak się można domyślić, powoduje kłopoty. Choć akurat zachowanie Tegan jest usprawiedliwione, a Nyssa i Adric odgrywają dużą rolę w pokonaniu złowrogich, podobnych do gadów kosmitów, i ich robota. Adric nawet nie zrobił niczego szczególnie idiotycznego, co w jego przypadku jest sporym osiągnięciem :) Co do wspomnianych wrogów, ich plan i historia to trochę sztampa, (To chcący zagarnąć dla siebie Ziemię galaktyczni uciekinierzy) ale nadrabiają sprytem. I fajnie wyglądającym robotem, przypominającym żywo postać z jakiegoś, dla odmiany, azjatyckiego science-fiction. Bardzo sympatyczny jest też Richard, z jego, nazwijmy to, bogatym życiorysem i odrobiną sceptycyzmu. Szybko oczywiście wypartego przez kontakt z rzeczami, o jakich nawet mu się nie śniło.

NO I JESZCZE TROCHĘ
Humoru może nie ma tu jakoś szczególnie wiele, ale od czasu do czasu można się uśmiechnąć, słysząc docinki Tegan, albo widząc sposób, w jaki Adricowi udaje się wreszcie z powodzeniem zakończyć materializację Tardis/a. (Bez spoilerów, za dobra scena) Za to naprawdę, ale to naprawdę mocnym punktem jest zakończenie. Nie tylko ładne, nie tylko pełne akcji i emocji, ale też...świetnie kompilujące z pewnym autentycznym wydarzeniem z historii Londynu. Prawdziwy scenariuszowy majstersztyk. Dla odmiany tego, kto podjął decyzję o trwałym (Przynajmniej aż do czasów filmu) pozbyciu się dźwiękowego śrubokrętu należałoby poszczuć batalionem Daleków.

ZWIERCIADŁO MĄDROŚCI
W kwestiach technicznych całokształt tej opowieści trudno ocenić. Świetne są plenery, oraz wszystko, co dotyczy Terileptilów...z wyjątkiem ich samych! Tak, tak. Mają fantastycznie wyglądający statek, robota dodatkowo stosującego czasem sprytne przebranie, ale sami wyglądają mocno średnio. Oczywiście, bywało czasem gorzej, ale naprawdę, można się było trochę bardziej postarać. Albo chociaż nie dawać tylu zbliżeń - większości wad nie było widać, gdy nasze czarne charaktery (A w gruncie rzeczy ten jeden, bo pozostałych widzieliśmy krótko) ukazane były z oddali.

NO I JAK?
Historia ta jest całkiem przyjemna, i strawna. No i cóż, więcej się chyba o niej powiedzieć nie da. Dla fanów Piątego Doktora jak znalazł. A i pozostali nie powinni być zawiedzeni.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                     Do bani:
- Aktywny udział towarzyszy w przygodzie                              - Doktor nieco inny, niż zazwyczaj
- Sympatyczny Richard                                                           - Wygląd Terileptilów nie powala
- Świetne zakończenie