środa, 30 stycznia 2013

Proces Władcy Czasu, część pierwsza: Tajemnicza Planeta


Cześć. Począwszy od dzisiejszego wpisu podejmuję się trudnej sztuki zrecenzowania „Procesu Władcy Czasu” - sagi składającej się z czterech przygód Szóstego Doktora, różnych pod wieloma względami (W tym, niestety, także jakości) Zaczynamy, jak to mawiał Hitchcock, od trzęsienia ziemi, a potem napięcie mimo wszystko wzrośnie, zapewniam :)

Poniższy wpis dedykuję pani Altair Black z Forum Mirrel.Net, która to stwierdziła, że obecność w pewnym moim opowiadaniu ze świata DW klasycznych Doktorów czyni je nie opowiadaniem, tylko, cyt. „Wykładem Co Ja Wiem O Fandomie” :)


THE MYSTERIOUS PLANET
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Peri Brown (Retrospekcje)
WRÓG: Dratho, L1 (Retrospekcje), Valeyard

TRĄBY DNIA SĄDNEGO
W zrywającej czapki z głów początkowej sekwencji Tardis zostaje ściągnięty na stację kosmiczną, gdzie Doktor ma zostać osądzony przez Władców Czasu. Nie rozumiejąc, co się dzieje, ani gdzie jest Peri, nasz bohater staje naprzeciw oskarżyciela, tajemniczego Valeyarda, który, używając Matrycy, superkomputera Wysokiej Rady, postanawia ukazać zgromadzonym „działania oskarżonego” na planecie Ravolox. Tam bowiem niedawno trafili Doktor, i Peri...

FORMAT
Jeżeli nie jest to jeszcze wystarczająco jasne, tłumaczę: trzy z czterech segmentów „Procesu...” to niemal w całości „dowody”, które oglądamy równolegle z Doktorem, Valeyardem, i resztą. Sceny z wyżej wymienionymi są raczej króciutkie, i niewiele wnoszą...przynajmniej do czasu :) Wracając jednak do Ravoloxa...

KONIEC ŚWIATA
Retrospekcje ukazują nam, jak dosyć szybko Doktor i Peri orientują się, że coś z planetą, na której są, nie gra. Wydaje się ona być niepokojąco znajoma. Szybko wychodzi na jaw, że kiedyś miała zupełnie inną nazwę...Nie spoileruję więcej, dodam tylko, że w tej historii poznajemy Sabaloma Glitza, międzygalaktycznego hulakę, i bandziora, z którym drogi Doktora przetną się jeszcze kilka razy. Glitz ma też nieco głupawego asystenta z którego pomocą, jak się okazuje, ma przechwycić pewien ważny przedmiot na zlecenie osobnika, którego Doktor doskonale zna (Ale ów znajomy ujawni się dopiero w ostatnim segmencie) Najpierw jednak należy zniszczyć tajemniczy, zasilający strażnika owego przedmiotu, generator, który lokalne dzikie plemię czci jako boski totem. Wkrótce jednak nasze łotrzyki, a zaraz po nich Peri, trafiają do więzienia dzikusów...

KTO PYTA, NIE BŁĄDZI
Na bardzo wiele pytań w tej historii nie ma odpowiedzi. Kto wynajął Glitza? Co dokładnie miał ukraść? Czemu na procesie nie ma Peri? I wreszcie czemu w ogóle Doktor jest oskarżony? Z perspektywy całości to dobre, trzymające w napięciu zagranie. Sam jednak oglądając po raz pierwszy miałem wątpliwości, czy rozwiązane zostaną wszystkie wątki. Zapewniam więc Was, że zostaną. Nie wszystkie w sposób satysfakcjonujący, ale ważne, że w ogóle :)

SZAROŚĆ DNIA
Jedna rzecz rzuca się w oczy: ponury klimat. Dosłownie. Nie chodzi mi o to, że odcinki składające się na „Proces...” mają dosyć mroczną fabułę. Mają, (O czym dobitnie przekonam Was za tydzień, przy recenzji „Mindwarp”, przygody Doktora, która koniecznie powinna mieć znacznik wieku widza +15...) ale nie o to mi chodzi. Czy to Ravolox, sala sądowa Władców Czasu, czy jakiekolwiek miejsce z kolejnych segmentów, wszystko skąpane jest w szarym świetle, i ponurych barwach. Dobrze to, czy źle, pozostawiam do Waszej oceny. Z innych spraw technicznych doczepiłbym się jednej rzeczy: robot Dratho to z wyglądu tylko trochę przerobiony Melkur z odcinka „Keeper of Traken”. No, ale ok., serial przeżywał wtedy kłopoty finansowe, wybaczamy więc :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                       Do bani:
- Pomysł z procesem                                                                   - Momentami zbyt wolna akcja
- Dużo pytań umożliwiających snucie własnych teorii

1 komentarz:

  1. Ojej, to to! Muszę się kiedyś za to zabrać, obejrzałam dotąd samą końcówkę i podobało mi się :D
    Podobał mi się Glitz, podobał mi się ten ich superkomputer i... Gallifrey! Sala sądowa Gallifrey! I w ogóle wszystko było tam takie gallifreyańskie!

    Faktycznie, sporo pytań na początek. Nawet o tym nie wiedziałam.

    OdpowiedzUsuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)