środa, 27 lutego 2013

Aztekowie

Dzień dobry wieczór Wam wszystkim. Siedzę sobie w targanym śniegiem z deszczem Sandomierzu i mimo wyczerpania wyjątkowo forsującym startem semestru na uczelni produkuję dla Was recenzję :) Bo po uno kojot przeżył, więc przeżyję i ja, a po duo show must go on :) Dziś – pewna przygoda Pierwszego Doktora w stylu, którego już nie uświadczymy...

THE AZTECS
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Susan Foreman, Barbara Wright, Ian Chesterton
WRÓG: Tlotoxl, Ixta

EGZOTYCZNE WAKACJE
Jak można się zorientować po tytule, nasi bohaterowie tym razem lądują w azteckiej wiosce. Niestety, przez nieostrożność zostają odcięci od Tardisa, znajdującego się w komnacie, którą otworzyć można tylko od środka. To oczywiście tylko przedsmak emocji: oto bowiem przez zabytkową bransoletkę Barbara zostaje uznana za inkarnację lokalnego bóstwa, i postanawia wykorzystać to, by oduczyć dzikusów składania ofiar z ludzi. Doktor jednak stanowczo się temu sprzeciwia – jak mówi, nie wszystko w przeszłości da się zmienić. Już w początkowych epizodach zaczęły się krystalizować koncepcje typu stałe punkty w czasie, jak widzicie.

TEN SAM, CHOĆ NIEPODOBNY...
...że tak sobie pozwolę zacytować znanego muzyka :) Otóż nie tylko Barbara pokazuje nam się z nieznanej dotąd strony. Na ten przykład Ian zostaje wojownikiem, i ma stoczyć pojedynek z lokalnym czempionem. Co jak co, ale to akurat słaba część odcinka – rozumiem, że z zaskoczenia chłop wymiata, ale żeby twarzą w twarz walczył niemal na równi z Aztekiem szkolonym w tłuczeniu mord od dziecka? Doktor z kolei okazuje, hm, zainteresowanie pewną lokalną florystką, że ją tak dowcipnie nazwę, i nieświadomie wykonuje pewną czynność, którą rzeczona pojmuje jako...zaręczyny! I tylko bidna Susan nie robi niczego nietypowego. Jej rola to, jak zawsze, darcie dzióbka na cały regulator, oraz mimowolne utrudnianie pozostałym działania...

ALE TO JUŻ  BYŁO, I NIE WRÓCI WIĘCEJ...
Kolejne nawiązanie do muzyki. I to jeszcze do takiej piosenki, której nie znosi. moja bliska koleżanka. Wybacz, jeśli nas czytasz :) Ale wracając do sprawy: we wstępniaku napomknąłem o stylu, którego już nie uświadczymy. Otóż w tej przygodzie jedynymi nie-Ziemianami są Doktor, i Susan, a jedyną fantastyczno-futurystyczną machiną – Tardis. Tak jest, żadnych, przepraszam za zwrot, ufoków, żadnych robotów, nic po prostu. I to jest fantastyczne. Oczywiście, uwielbiam wyżej wymienione, ale ich okresowy brak pokazuje, jak oryginalnym potrafił być kiedyś DW. Kiedyś, bo ostatnia tego typu przygoda miała niestety miejsce za Piątego Doktora...

KWIATY DLA GALLIFREYCZYKA
Kolejna kwestia to wspomniany już wątek „romansowy” Doktora - pierwszy i jedyny w klasycznych seriach. (I, patrząc z perspektywy widza serii współczesnych, na całe szczęście. Przynajmniej nie było płaczu i zgrzytania zębów) Oczywiście przygoda ta bez jakichś większych zawirowań mogłaby się potoczyć identycznie gdyby nie było w niej rzeczonego wątku, przy czym jest tak lekki, i sympatyczny, że nawet mnie, uczulonemu na wątki romantyczne w serialach, on nie przeszkadza. A to coś znaczy :)

SZAFA
Technicznie nie mam do tej przygody najmniejszych zastrzeżeń. Oczywiście wspomniany brak „futuryzmu naukowego”, jak go nazywam, wyeliminował konieczność stosowania efektów specjalnych, ale kostiumy to co innego – rzeczone wyglądają bardzo, bardzo dobrze. Charakterologicznie też nie mam zastrzeżeń – wrażliwa Barbara doskonale się orientująca się w historii chce pomóc Aztekom, Ian oczywiście ją wspiera jak tylko może, a Doktor wprawdzie daje się wpuścić jednemu z wrogów w maliny, ale w sumie nikt chyba nie postąpiłby inaczej, niż nasz heros. A poza tym jednym problemem jest taki, jak być powinien: dba o towarzyszy, ale nie boi się być stanowczym i nieustępliwym. Choć w sumie nie musi – i tak wychodzi na jego :) A poza tym to nawet epizodyczne postaci obu stron konfliktu to istne perełki!

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA
Na plus:                                                                                                         Do bani:
- Oryginalny, w pewnym sensie realistyczny, klimat                                        - Superwojownik Ian
- Scenografia
- Stałe punkty w czasie – już wtedy!
- Doskonałe charaktery postaci


środa, 20 lutego 2013

Proces Władcy Czasu, część czwarta: Wróg Ostateczny


I oto jest. Ostatni, finałowy segment Procesu Władcy Czasu. Panowie i panie, przed wami spotkanie z Wrogiem Ostatecznym

THE ULTIMATE FOE
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Melanie Bush
WRÓG: Valeyard, Mistrz

WSZYSCY NA MIEJSCACH
Kiedy Doktor stwierdza, że dowody z Matrycy zostały spreparowane, jej Opiekun zaprzecza - superkomputer Gallifreyczyków jest ponoć odporny na tego typu akcje, bo rzeczony jako jedyny ma do niego dostęp. Niestety nie zna najwyraźniej jednej z zasad science-fiction: każdy równoległy wymiar, czy nawet jakiś jego cybernetyczny odpowiednik ma zawsze jakieś „tylne drzwi” :) Nie inaczej jest tym razem, nie kto inny, jak Mistrz we własnej osobie (I nadal ciele Tremasa) demonstruje, że jest to możliwe, pakując się bezceremonialnie do Matrycy, i na ekran sali sądowej. Wcześniej jednak „podrzuca” na miejsce Glitza oraz Melanie...

CHAOS NADE MNĄ, I CHAOS PODE MNĄ...
...jak śpiewał artysta. Tak, największą wadą tej części „Procesu...” jest straszny chaos, jaki zaczyna panować, gdy Doktor osobiście wkracza do Matrycy. Być może takie miało być założenie, ale osobiście odnoszę wrażenie, że cała gonitwa po rzeczonej w planach została rozpisana na więcej, niż dwa odcinki. Jednak z jakiegoś powodu na dwóch stanęło. A, jak pokazuje omawiany kiedyś „The Mind Robber”, da się łatwo wrzucić Doktora w całkowicie „odjechany” wymiar, tyle, że szaleństwo trzeba dawkować niezbyt szybko. W przypadku „The Ultimata Foe” narzucone trochę zbyt wartkie tempo nie wychodzi na dobre.

MIMO WOLI
Pewnym problemem, nie do końca z winy twórców, stał się wątek Melanie. Przypominam: w poprzedniej części Doktor po raz pierwszy zobaczył ją w materiale przedstawiającym przyszłość. Teraz dziewczyna pojawia się na procesie osobiście, przy czym zna już Doktora, ergo przeżyła z nim przynajmniej jedną przygodę. Tymczasem nasz heros na żywo spotyka się z nią po raz pierwszy. Pierwsze spotkanie z jej punktu widzenia miało nastąpić w późniejszych epizodach, niestety, grający szóste wcielenie Władcy Czasu Colin Baker po zakończeniu sagi „Procesu...” z wielkim hukiem wyleciał z roboty. Czemu nadmienionego wątku nie pociągnięto z jego następcą - pozostaje zagadką.

GDZIE DWÓCH SIĘ BIJE...
Przyznać trzeba, że w najtrudniejszej chyba sytuacji postawiono Mistrza. To nie żart, stanął on pomiędzy swymi dwoma (No nie do końca dwoma, ale nie spoileruję) wrogami, Doktorem oraz Valeyardem, pragnąc wykończyć ich obu. Ogniskuje on więc konflikt, raz stając po tej stronie, innym razem po drugiej. Nie wyjawię chyba zbyt wiele, jeśli powiem, że w pierwszym segmencie „Procesu...” to właśnie on wynajął Glitza. Przy okazji to właśnie nasz zły Władca Czasu dostarcza odpowiedzi na ostatnie, nierozwiązane zagadki sagi. No, i jest równie bardzo jak Doktor, zdegustowany (choć nie tak zdziwiony) moralnym zepsuciem szerzącym się wśród Gallifreyczyków wysokiej rangi :)

TECHNIKA BRYKA
Pod względem technicznym przygoda ta jest dosyć efektowna. Szaro-bura oczywiście, ale efektowna. Dla przykładu pułapka a’la ruchome piaski, która pojawia się w pewnym momencie wygląda bardzo dobrze. A już praca kamery przy ostatnim, choć może nie aż tak bardzo zaskakującym, cliffhangerze to sztuka przez  duże „s” :)

DUŻY SKRÓT
Ogółem „The Ultimata Foe” jako finisz dla całej sagi spełnia swoją rolę koncertowo. Przy czym jeśli spojrzeć na rzeczoną przygodę nie przez pryzmat całości, to jest trochę gorzej. Na szczęście tylko do pewnego stopnia, wyjdzie nam bowiem wtedy średni średniak :). Baaaardzo trudny do obiektywnego zrecenzowania.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                     Do bani:
- Więcej, niż dwie strony konfliktu                                               - Niebywały chaos
- Znakomita większość wątków zamknięta                                  - Widać, że miało być dłużej
- Cliffhanger

środa, 13 lutego 2013

Proces Władcy Czasu, część trzecia: Terror Vervoidów


Witajcie. Oto przed Wami recenzja trzeciej części „Procesu...”, o tytule zaczynającym się od straaaasznie mnie czasem wkurzającego „Terror” :)

TERROR OF THE VERVOIDS
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Melanie Bush (Futurospekcje)
WRÓG: Vervoidzi, Mogarianie (Futurospekcje), Valeyard

WRACAMY DO GRY
Po krótkiej przerwie potrzebnej Doktorowi do pogodzenia się z tym, co stało się z Peri, Władcy Czasu wznawiają proces. Tym razem jednak oskarżony przechodzi do ofensywy - korzystając z Matrycy wywołuje obrazy z przyszłości, mając nadzieję, że rzeczone udowodnią, iż kiedyś nie będzie postępował tak, jak na przykład na Thoros Beta. (Recenzja „Mindwarp” z zeszłego tygodnia) Materiał ukazuje kosmiczny statek transportowo-wycieczkowy, i jego pasażerów, wśród których jest staruszek zbyt spostrzegawczy, by komukolwiek wyszło to na zdrowie. Nie do końca celowo demaskuje on bowiem działającego pod przykrywką detektywa, który za czymś na statku niucha. Niedługo potem odpowiedzialny za komunikację oficer zostaje spacyfikowany, a Tardis, na pokładzie którego towarzyszka Doktora, Melanie, zmusza rzeczonego do ćwiczeń i picia soku marchewkowego*, odbiera tajemniczy sygnał...

DEDUKCJA I DEMASKACJA DETEKTYWISTYCZNA
Trzy z czterech części tej przygody to rasowy kryminał. Trup ściele się gęsto, a Doktor i Melanie pracują jak prawdziwi śledczy: przesłuchują pasażerów, śledzą, podsłuchują...Dopiero ostatni odcinek, gdy wszystko staje się już jasne, wraca do schematu powstrzymania zagrożenia. Zagrożenia ze strony Vervoidów, choć to tylko jedni z wrogów. Przez ową przygodę przewija się też bowiem wątek rasy Mogarian, ograbionych przez Ziemian ze sporej części surowców ich planety.  Rzeczeni Mogarianie planują dokonać grabieży na statku, przy czym maski uzdatniające dla nich powietrze będą miały spore znaczenie fabularne :)

CZARNE I BIAŁE
Jedno można Doktorowi przyznać: nie waha się zanadto. Sprawę, gdyby chciał, mógłby rozegrać bardziej pacyfistycznie, ewakuując pasażerów na Tardisa, i kierując statek z Vervoidami na jakąś niezamieszkaną planetę. On wybiera jednak ostrzejsze rozwiązanie :) Ani trochę mi to nie przeszkadza, za to coś innego - i owszem. Mianowicie czemu na procesie wybrał materiał, który w zasadzie potwierdza część zarzutów stawianych mu przez Valeyarda? (Unicestwienie całej rasy) Naprawdę nie czaję. Może Wy macie jakiś pomysł?

KĄCIK WZROKOWCA
W kolorystyce dalej dominuje szarość, jak już kiedyś wspominałem, natomiast co do wyglądu Vervoidów...cóż, dziwny. Dziwny, ale to uzasadniona „dziwność”. Vervoidzi to wszak humanoidalne rośliny. Mają więc pnącza, i liście, jak też i potężną truciznę w organizmach...Osobiście niezbyt mi się spodobał taki pomysł na wrogów, ale fabularnie zagrało to nawet nieźle. Przy czym słowa Doktora, że wystarczyłby jeden listek do przetrwania gatunku potworów aż się prosi o cliffhanger, którego, niestety, nie było.

ZAMIESZANIE Z MELANIE
W sumie w tej części „Procesu...” postać Melanie nie jest przyczyną jakichś czasowo-fabularnych hopków. To będzie za tydzień :) (Przypominam: poznajemy ją w przyszłości Doktora!) Co do niej personalnie, to jest nawet fajna, choć przesadnie dużo się uśmiecha ** No i wrzeszczy wniebogłosy, gdy dzieje się coś złego :) Z nią tez wiąże się wspomniany gag na linii Doktor-zdrowy tryb życia. Przy czym współczesnym towarzyszom naszego Władcy Czasu tak bardzo brakuje tego, co ma ona: pokładów sympatyczności

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                    Do bani:
- Futurystyczny kryminał                                    - Czemu Doktor wybrał pogrążający go materiał?     - Wszystko to przyszłość Doktora!                       - Fabuła procesu niezbyt posunięta do przodu
- Przesympatyczna Melanie



* Doktor twierdzi, iż wypił tyle soku z marchewki, że rosną mu królicze uszy - po latach bohater polskiego sitcomu „Buła i spóła” stwierdzi, że zjadł tyle ryb, iż rosną mu skrzela :)

** Przesadnie uśmiechnięci ludzie to poważne zagrożenie, przekonałem się o tym :(




środa, 6 lutego 2013

Proces Władcy Czasu, część druga: Wypaczenie Umysłu

Cześć. Dzisiaj będzie nieco dłużej, bo to skomplikowana recenzja, więc tyle tytułem wstępu.

MINDWARP
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Peri Brown (Retrospekcje)
WRÓG: Sil, Kiv, Crozier (Retrospekcje), Valeyard

POCZĄTEK KOŃCA
Jako drugi „dowód w sprawie”, Valeyard przedstawia wydarzenia z planety Thoros Beta, gdzie Doktor i Peri przybywają w związku z pewnym, nazwijmy to, niuansem technologicznym. Nie ma to większego znaczenia dla całości, przejdźmy więc dalej. Po spotkaniu pewnej zmutowanej rybeńki, że ją tak dowcipnie nazwę, wychodzi na jaw, iż Thoros Beta to rodzinny świat rasy Mentorów, spośród których jeden już kiedyś stanął przeciwko Doktorowi. Niejaki Sil, bo o nim mowa, oczywiście jest też na miejscu. Wraz z obłąkanym ludzkim naukowcem, Crozierem, planują coś niedobrego. A ponieważ, jak już wspomniałem, Sil zna Doktora, postanawia przesłuchać go przy pomocy urządzenia swojego szalonego kolegi.

LIMITY, I ICH PRZYCZYNY
Jako prawdziwy wariat na punkcie DW, obejrzałem dużo klasycznych odcinków, z pewnością ze trzy czwarte wszystkich ocalałych. Przyznam że żadna inna przygoda Doktora nie zasługiwała w moich oczach tak bardzo na ograniczenie wiekowe, jak „Mindwarp”. Nas, Polaków, raczej to nie dotyczy ze względu na barierę językową, ale i tak muszę powiedzieć: 16+ to odpowiedni przedział. Nawet, jak na mroczniejsze, niż wcześniej (I później) przygody Szóstego Doktora. Chociażby przez ukazanie tortur, czy „eksperymentów” medycznych rodem z horroru. Wracając do przesłuchania: Po tym, jak Doktor dochodzi po jego zakończeniu do siebie, robi coś...złego. Naprawdę złego. Czemu? Tego nie dowiemy się już nigdy. Może na skutek działania maszyny Croziera? Albo też rekordowo mocne, i długie dolegliwości po-regeneracyjne tego wcielenia osiągnęły apogeum, i nasz Władca Czasu zwyczajnie postradał zmysły. Lub może uknuł intrygę, która wymknęła mu się spod kontroli? Albo wreszcie Valeyard sfałszował zapisy. Aczkolwiek podczas procesu Doktor cierpi na wybiórczą amnezję, co może potwierdzać wersję z maszyną, lub jego szaleństwem. Tu ujawnia się jednocześnie wielkość, i najpoważniejsza wada odcinka. (Jak to niedawno powiedział bohater pewnego anulowanego serialu: „Dobra wiadomość: jestem wyleczony. Zła wiadomość: jestem wyleczony” * ) Jednocześnie scenarzyści poszli na łatwiznę nie wymyślając rozwiązania, a z drugiej dali widzom możliwość wybrania własnego spośród teorii, na które „rzucili” wskazówki.

SAMO ZŁO
Jeśli chodzi o wspominanego już Sila, to jego rasa, Mentorzy, została zaprojektowana raczej średnio. Ot, nieduże potworki o ciemnozielonej skórze, człekokształtnej górnej połowie ciała, i odwłoku, zamiast nóg. Jednak ten konkretny za sprawą swojego charakteru ani trochę nie jest średnią postacią. To chyba najbardziej zły, amoralny, i zdeprawowany osobnik w całym Whoniwersum, i nie tylko (Jedyną równie złą postacią, jaką kojarzę jest Visser III z książek „Animorphs”, przy czym Sil wojownikiem nie jest) Już przy poprzednim spotkaniu z Doktorem (W „Vengeance of Varos” świetnym odcinku szydzącym z relacji władza-biznes) pokazał, co umie, niemal doprowadzając do zamiany Peri w, nie zalewam, futrzastego ptaka. To tłumaczy, czemu, słysząc jaka rasa zamieszkuje planetę Thoros Beta, dziewczyna zaczyna się bać bardziej, niż zazwyczaj. Z drugoplanowych postaci, o których warto wspomnieć, jest jeszcze król Yrcanos, potężny, (i pozbawiony umiejętności myślenia) wojownik o dość zabawnym zachowaniu. Jeśli miałbym go do czegoś/kogoś porównać, to byłby to Obelix na środkach wywołujących agresję :) Co do postaci główniejszych, o Peri już pisałem: boi się, bo ma powody, a przy okazji swoim zwyczajem wpada w większe tarapaty niż jakakolwiek inna towarzyszka (Swoją drogą jest chyba jedyną, wpadającą w tarapaty w absolutnie każdej przygodzie Doktora w której brała udział, towarzyszką. Sto procent!) Na temat Doktora w tej historii nie napiszę już nic, gdyż każda kolejna wzmianka zwyczajnie zepsułaby Wam seans :)

TO, CO WIDAĆ
Efekty specjalne w tej przygodzie Doktora nie są jakoś szczególnie rozbudowane, i w sumie dobrze, bo nie potrzeba ich było. Całość opiera się bardziej na (udanej) próbie przestraszenia, tudzież zaszokowania widza. Jak pisałem tydzień temu: całość otoczenia jest szaro-bura, i tego się owa saga trzyma.

ZAGADEK CIĄG DALSZY
„Mindwarp” jako część dłuższej całości sprawdza się. Odpowiada na jedno z pytań z poprzedniego segmentu (A konkretniej: czemu Peri nie ma na procesie) i w sumie nie stawia jakichś nowych, aczkolwiek mocno komplikuje te stare. Przy czym, cytując klasyka, nie wszystko jest tym, na co wygląda :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                 Do bani:
- Nie wiemy dokładnie, co i dlaczego stało się na Thoros Beta                  - Nie wiemy dokładnie, co i dlaczego stało się na Thoros Beta
- Dreszcz emocji, i grozy                                                                        
- Akcja sagi posuwa się do przodu


Jeśli ktoś z Was obejrzał ten odcinek, mile widziane podzielenie się teoriami na temat powodów TAKIEGO zachowania Doktora :)



* TRON LIVES, i niech nikt nie twierdzi inaczej!