środa, 20 lutego 2013

Proces Władcy Czasu, część czwarta: Wróg Ostateczny


I oto jest. Ostatni, finałowy segment Procesu Władcy Czasu. Panowie i panie, przed wami spotkanie z Wrogiem Ostatecznym

THE ULTIMATE FOE
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Melanie Bush
WRÓG: Valeyard, Mistrz

WSZYSCY NA MIEJSCACH
Kiedy Doktor stwierdza, że dowody z Matrycy zostały spreparowane, jej Opiekun zaprzecza - superkomputer Gallifreyczyków jest ponoć odporny na tego typu akcje, bo rzeczony jako jedyny ma do niego dostęp. Niestety nie zna najwyraźniej jednej z zasad science-fiction: każdy równoległy wymiar, czy nawet jakiś jego cybernetyczny odpowiednik ma zawsze jakieś „tylne drzwi” :) Nie inaczej jest tym razem, nie kto inny, jak Mistrz we własnej osobie (I nadal ciele Tremasa) demonstruje, że jest to możliwe, pakując się bezceremonialnie do Matrycy, i na ekran sali sądowej. Wcześniej jednak „podrzuca” na miejsce Glitza oraz Melanie...

CHAOS NADE MNĄ, I CHAOS PODE MNĄ...
...jak śpiewał artysta. Tak, największą wadą tej części „Procesu...” jest straszny chaos, jaki zaczyna panować, gdy Doktor osobiście wkracza do Matrycy. Być może takie miało być założenie, ale osobiście odnoszę wrażenie, że cała gonitwa po rzeczonej w planach została rozpisana na więcej, niż dwa odcinki. Jednak z jakiegoś powodu na dwóch stanęło. A, jak pokazuje omawiany kiedyś „The Mind Robber”, da się łatwo wrzucić Doktora w całkowicie „odjechany” wymiar, tyle, że szaleństwo trzeba dawkować niezbyt szybko. W przypadku „The Ultimata Foe” narzucone trochę zbyt wartkie tempo nie wychodzi na dobre.

MIMO WOLI
Pewnym problemem, nie do końca z winy twórców, stał się wątek Melanie. Przypominam: w poprzedniej części Doktor po raz pierwszy zobaczył ją w materiale przedstawiającym przyszłość. Teraz dziewczyna pojawia się na procesie osobiście, przy czym zna już Doktora, ergo przeżyła z nim przynajmniej jedną przygodę. Tymczasem nasz heros na żywo spotyka się z nią po raz pierwszy. Pierwsze spotkanie z jej punktu widzenia miało nastąpić w późniejszych epizodach, niestety, grający szóste wcielenie Władcy Czasu Colin Baker po zakończeniu sagi „Procesu...” z wielkim hukiem wyleciał z roboty. Czemu nadmienionego wątku nie pociągnięto z jego następcą - pozostaje zagadką.

GDZIE DWÓCH SIĘ BIJE...
Przyznać trzeba, że w najtrudniejszej chyba sytuacji postawiono Mistrza. To nie żart, stanął on pomiędzy swymi dwoma (No nie do końca dwoma, ale nie spoileruję) wrogami, Doktorem oraz Valeyardem, pragnąc wykończyć ich obu. Ogniskuje on więc konflikt, raz stając po tej stronie, innym razem po drugiej. Nie wyjawię chyba zbyt wiele, jeśli powiem, że w pierwszym segmencie „Procesu...” to właśnie on wynajął Glitza. Przy okazji to właśnie nasz zły Władca Czasu dostarcza odpowiedzi na ostatnie, nierozwiązane zagadki sagi. No, i jest równie bardzo jak Doktor, zdegustowany (choć nie tak zdziwiony) moralnym zepsuciem szerzącym się wśród Gallifreyczyków wysokiej rangi :)

TECHNIKA BRYKA
Pod względem technicznym przygoda ta jest dosyć efektowna. Szaro-bura oczywiście, ale efektowna. Dla przykładu pułapka a’la ruchome piaski, która pojawia się w pewnym momencie wygląda bardzo dobrze. A już praca kamery przy ostatnim, choć może nie aż tak bardzo zaskakującym, cliffhangerze to sztuka przez  duże „s” :)

DUŻY SKRÓT
Ogółem „The Ultimata Foe” jako finisz dla całej sagi spełnia swoją rolę koncertowo. Przy czym jeśli spojrzeć na rzeczoną przygodę nie przez pryzmat całości, to jest trochę gorzej. Na szczęście tylko do pewnego stopnia, wyjdzie nam bowiem wtedy średni średniak :). Baaaardzo trudny do obiektywnego zrecenzowania.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                     Do bani:
- Więcej, niż dwie strony konfliktu                                               - Niebywały chaos
- Znakomita większość wątków zamknięta                                  - Widać, że miało być dłużej
- Cliffhanger

3 komentarze:

  1. Jeeej, właśnie sprawdziłam, że kiedy ponad rok temu startowałam do robienia napisów temu odcinkowi, pozostawiałam Matrycę jako Matrix. Hehe, nie miałam serca tego przekładać, bo to doprawdy matrix był konkretny!

    Straszny chaos? Największą wadą? Toć to piękne było! "Here the only logic is... there where isn't any logic"! Ja się zakochałam w tej nieprzewidywalnej absurdalności!
    Jeśli chodzi o wrażenie pośpiechu... Nie poczułam. Co nie znaczy, że miałabym coś przeciwko, gdyby ten odcinek był, dajmy na to, trzy razy dłuższy ;)

    Czemu przejmujesz się Mistrzem - postawił sobie eleganckie zadanie zmanipulowania wszystkich biorących udział w procesie, w tym zrobienie w konia i Doctora, i Valeyarda, i uważam, że ślicznie sobie z tym poradził (co prawda trochę na zasadzie, że operacja się udała, tylko pacjent zmarł, no ale czarny charakter wszak wygrać nie może, nie w finale!). Zachwycasz się Siódmym, to i Mistrza czasami doceń.

    Ej no, faktycznie zepsuli sobie taki obiecujący wątek z Melanie. Mielibyśmy Oswin z wyprzedzeniem trzydziestu lat, a tak... Nigdy nie wybaczę im usunięcia Szóstego po niespełna dwóch latach, właściwie tak samo, jak nie wybaczę Amerykańcom, że nie zrobili frekwencji na "Doctor Who TV Movie" :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeeeej no, ale ja Mistrza nie skrytykowałem - stwierdziłem tylko, że postawiono go w trudnej sytuacji! Wybrnął z niej dobrze.

      Usuń
    2. A nie, ja nie mam na myśli, że skrytykowałeś, tylko że nie doceniasz jego szczwanej łepetyny :D Gdyby to była dla niego "trudna sytuacja", to by się w nią nie pchał :)

      Usuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)