środa, 27 marca 2013

Trylogia Czarnego Strażnika, część pierwsza: Mawdryn Nieumarły


Cześć. Dzisiaj proponuję Wam początek kolejnej sagi - jednej z moich ulubionych, dodam. Nie przedłużając, bo i po co:

MAWDRYN UNDEAD
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka
WRÓG: Czarny Strażnik, Mawdryn

KILKA KRACHÓW
Przeszedłszy na emeryturę, brygadier Lethbridge-Steward dorabia sobie, ucząc w szkole. (I cierpiąc na, ważną dla fabuły, częściową amnezję) Dwaj jego uczniowie, Ibbotson i Vislor Turlough postanawiają podprowadzić mu jego zabytkowy samochód, i zrobić sobie przejażdżkę. Dochodzi do małej kraksy, w czasie której ktoś kontaktuje się telepatycznie z Vislorem. Ów ktoś to Czarny Strażnik, który składa chłopakowi ofertę: jeśli rzeczony zabije Doktora, Strażnik zabierze go z Ziemi. Bo Turlough jest kosmitą, uwięzionym na błękitnej planecie! Tymczasem Doktor ma własne kłopoty: Tardis wpada bowiem w tzw. Elipsę Odkształceń - zjawisko utrudniające funkcjonowanie statkom kosmicznym, czy wehikułom czasu. Nasza ulubiona budka zostaje niejako uwięziona na kosmicznym liniowcu, i nieszczególnie może się zeń ruszyć. Ale od czego są transmaty? :) Doktor dokonuje więc szybkiego „skoku” na Ziemię, do źródła anomalii, gdzie już czeka Turlough z ciężkim kamulcem w dłoniach...

CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA
To był tylko ułamek fabuły. Jest jeszcze wiele, wiele innych aspektów: ot, chociażby całkiem ciekawy pomysł, że Tegan i Nyssa przenoszą się w to samo co Doktor miejsce, ale do roku 1977, a nie 1983, jak on. Tak, tak - one też wpadają na brygadiera, co powoduje, że mamy ich, nomen omen dwóch! Choć i tak najciekawszym wątkiem jest historia tytułowego Mawdryna (Ciekawostka: „Mawdryn” znaczy w języku walijskim „kostnica”) i jego kolegów - kosmicznych naukowców onegdaj usiłujących wykraść mieszkańcom Gallifrey tajemnicę ich regeneracji. Brzmi to może niemrawo, ale zapewniam: jest to świetny, zahaczający o filozofię i etykę pomysł. A i postawienie Doktora pod przysłowiową ściana to mocna rzecz. Aczkolwiek mam drobną uwagę: co to ma do licha ciężkiego znaczyć „Przestanę być Władcą Czasu”?

PIONKI NA SZACHOWNICY
W kwestii postaci Tegan i Nyssy, nie mam uwag. Choć były nieco naiwne, i dały się zrobić w trąbę Mawdrynowi, można im to wybaczyć. Podobnie jak chwilowy, przepraszam za wyrażenie, mesjanizm Doktora. W końcu był wtedy szantażowany. Wreszcie jednak dochodzimy do charakterologicznej gwiazdy tej opowieści: Vislora. Jedna z bardziej skomplikowanych postaci w DW, to na pewno. Nie jest do końca zły, raczej egoistyczny, i to przez to daje się wciągnąć w rozmaite szemrane akcje. Oczywiście tutaj dopiero debiutuje, wszak to pierwsza część trylogii, ale będzie jeszcze próbował morderstwa. Niejeden raz :)

SPOIWA
Na koniec ogólnie: Trylogia Czarnego Strażnika to historie dosyć luźno ale zauważalnie ze sobą połączone. Trochę mocniej, niż w omawianej przeze mnie kiedyś trylogii Exo-Przestrzeni, ale znowuż nie tak mocno, jak Proces Władcy Czasu. I powiedziałbym, że to właśnie niniejsza część, „Mawdryn Undead” jest najlepsza, niczego nie ujmując pozostałym dwóm, które zrecenzuję odpowiednio za tydzień i za dwa tygodnie. Przede wszystkim pod względem pozytywnego zakręcenia i skomplikowania. No bo co jak co, ale zagadka amnezji brygadiera została rozwiązana w sposób żywo przypominający czasowe łamigłówki współczesnych serii :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                Do bani:
- Skomplikowana postać Vislora          - „Przestanę być Władcą Czasu” - to czym się staniesz?
- Brygadier razy dwa :)                        
- Czasowe zawirowania
- Filozoficzno-etyczne motywy

środa, 20 marca 2013

Patrol Szczęśliwości


Swego czasu stwierdziłem, że najtrudniejsze do zrecenzowania są tzw. „średniaki”. Podtrzymuję to, ciężko dokonać rzeczowej analizy takowych, no i jest to bardziej męczące niż przyjemne. Są jednak odcinki jeszcze trudniejsze w ocenie, choć dalece przyjemniej to robić. Przed Wami zapis takiej trudnej, ale satysfakcjonującej walki z epizodem

THE HAPPINESS PATROL
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Helen A, Fifi, Kandyman

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI
Rozpoczynamy od intrygującej sceny ze smutna kobietą i tajemniczym gościem o wyglądzie tajniaka. Ciekawe? Pewnie, że tak. Potem dostajemy natomiast odrobinę groteski: Doktor i Ace przybywają w to samo miejsce, planetę Terra Alpha, gdzie bycie nieszczęśliwym jest prawnie zakazane. Miało być tylko z odrobiną groteski? Uwierzcie, w porównaniu z całą resztą tej historii to (I różowy Tardis) jest odrobina :) Wracając do wątku: na wspominanej planecie dzieje się coś tajemniczego, przynajmniej tak uważa galaktyczny cenzor prowadzący tam śledztwo. W ciągu dziesięciu lat znikło bowiem w niewyjaśnionych okolicznościach 17% populacji.  I w sumie odnośnie fabuły ciężko powiedzieć coś więcej bez spoilerowania. Tak, warstwa fabularna tej przygody jest cieniutka, ale w tym jednym przypadku nie o nią chodzi...

TO, CZEGO MAMY W NADMIARZE
Wspomniałem o grotesce? Przyznam, że ta jedna historia zawiera jej tak dużo, że wystarczyłoby na hojne obdarzenie kilku innych. Ot, chociażby scena, gdy Doktor poznaje prawdę na temat przeprowadzania egzekucji na Terra Alpha, które to wyroki egzekwuje niejaki Kandyman, robot zbudowany ze...słodyczy. Również skądinąd pomysłowa (I idiotyczna zarazem) metoda uśmiercania ma z nimi dużo wspólnego. A kto wydaje te wyroki? Niejaka Helen A, lokalna dyktatorka.

ZNAJOME TWARZE
Całkiem dużo miejsca poświęcono na postać Helen. Jest szaloną władczynią, niemogącą zrozumieć, że to, co ją uszczęśliwia, innym może nawet utrudniać życia, a co dopiero mówić o zapewnianiu radości. Oczywiście jest to przejaskrawienie, ale istnieje doktryna polityczna (Niestety, aktualna) która do takiej sytuacji doprowadza, a jej zwolennicy uważają, że jeśli zrobią coś, co dla nich samych jest dobre, to reszta powinna się cieszyć, albo jest głupia. Nawet, jeśli tej reszcie to bardzo, bardzo szkodzi. Nie jest to przypadkowe nawiązanie, Helen A. jest bowiem satyrycznym ujęciem tzw. Żelaznej Damy - Margareth Thatcher (Oraz, co sugeruje pewna pojedyncza scena, także królowej Wielkiej Brytanii) Swoją drogą ta satyra jest tak otwarcie postawiona, że aż się dziwię, iż nikt nie miał z tego powodu kłopotów :)

DRUGI PLAN
Postaci drugoplanowych jest w tej przygodzie naprawdę dużo. Ot, chociażby Silas P., wspomniany na początku „tajnus” :) To, w jaki sposób urządził go Doktor było po prostu...niezwykłe. Drugą, nie mniej ciekawą personą jest Earl Sigma, bluesowy muzyk uwięziony na planecie. To dzięki jego pomocy Doktor wyszedł z całej przygody bez szwanku. Ostatnią wartą wspomnienia osóbką jest Susan Q - członkini tytułowego Patrolu Szczęśliwości, uznana szybko za nie dosyć szczęśliwą. I, jak to często bywa, w pewnym sensie to od niej zaczęła się prawdziwa rewolucja...

NA WŁAŚCIWYM MIEJSCU
Przyznać muszę, że w tej przygodzie Ace to stuprocentowo właściwa osoba na właściwym miejscu. W scenie z tunelami-rurami, którymi uciekała przed pupilkiem Helen, żaden inny towarzysz czy towarzyszka by sobie nie poradził, nie ma szans. Natomiast Doktor, choć nie ma jakichś szczególnych okazji do tego, co robi w tym wcieleniu zazwyczaj, tzn. knucia intryg, robi coś innego, w czym jest świetny niezależnie od inkarnacji: improwizuje. I wychodzi mu to doskonale, oraz zabawnie (Jak np. w scenie z pojazdem Patrolu)

ZAKOŃCZONY DZIEŃ PRACY
Dziś będzie bez wymieniania wad i zalet w słupkach. Po prostu wszystko w tej historii zdaje się być jednocześnie i wadami i zaletami, zależnie od spojrzenia. Czy polecam „The Happiness Patrol”? Zasadniczo tak, choć trzeba się liczyć z faktem, iż fabuła ustępuje tu miejsca szyderczym nawiązaniom do brytyjskiej polityki lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, oraz grotesce przywodzącej na myśl koszmarny sen dziecka cukiernika...

środa, 13 marca 2013

Arkada Nieskończoności


Na Gallifrey rozegrało się co najmniej kilka przygód Doktora. „The Deadly Assasin” z rannym, i niezdolnym do regeneracji Mistrzem, czy też „Invasion of Time”, gdzie Doktor przemocą i terrorem obejmował władzę nad planetą. (Nie ściemniam, ani się nie pomyliłem!) Była wszak jeszcze inna, nie mniej ciekawa. I to o niej chciałbym Wam dziś opowiedzieć...

ARC OF INFINITY
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka
WRÓG: Hedin, Ergon, Omega

UN COUP D’ETAT
Przepraszam za francurzenie :) Tak czy owak, źle się dzieje na Gallifrey. Scena otwierająca odcinek ukazuje nam zgon jednego z Władców Czasu, uśmierconego przez tajemniczego zdrajcę. Rzeczony nie zrobił tego jednak z zemsty, czy innego równie błahego powodu -  został przezeń wykryty z kradzioną próbką czyjegoś kodu genetycznego potrzebnego do przemieszczenia na doktorowego Tardisa stwora z anty-materii. Stwór ów w dziwny sposób atakuje Doktora, który to potem, celem dowiedzenia się co jest grane, decyduje się skierować na Gallifrey. Dociera tam bez problemów, jednak potem coś zaczyna iść straszliwie nie tak...

PRZYPADKI CHODZĄ PO LUDZIACH...A NIE, TO WYPADKI
Tymczasem na Ziemi dwójka dzieciaków biwakuje sobie w opuszczonej posiadłości, i jeden z nich przypadkowo wpada na Ergona - pracującego dla sprawcy wyżej wymienionego zamieszania potwora. Jak wspomniałem, kontakt jest przypadkowy, jednak nasze ptakowate monstrum (No co, tak wygląda!) postanawia zrobić z chłopca swego pomocnika. Drugi młodzieniec daje nogę. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, iż rzeczony to...krewniak Tegan, towarzyszki Doktora. (Która w dziwacznych okolicznościach opuściła pokład Tardisa w „Time-Flight”). Za duży ten zbieg okoliczności, uważam. Za duży.

MORDERSTWA W CYTADELI
To chyba była taka najpoważniejsza wada tej historii. Poza tym jest świetnie. Gallifreyska zagadka kryminalna, gdzie, oczywiście, Doktor początkowo uznany jest za winnego to, może mało oryginalny, ale wciągający koncept. A do tego jeszcze dodajmy, że początkowo nie wiadomo, kto jest zdrajcą, natomiast wszelkie podejrzenia widzów automatycznie kierowane są na komandora Maxila, wrednego oficera prowadzącego „śledztwo” (Tzn. głównie strzelającego do Doktora) w sprawie dziwnych zdarzeń, które miały miejsce w Cytadeli...

KTO TU JEST KIM
Jeśli to kogoś interesuje, w rolę Maxila wcielił się Colin Baker, czyli późniejszy Szósty Doktor. To nie jest tak ważne, przy czym można by zastosować ten chwyt, i na dwunastego Doktora wybrać Rhodriego Meilira, świetnego aktora, który zagrał w jednej ze scen w odcinku „The runway bride” Ale to temat na inną dyskusję :) Odnośnie jeszcze gry aktorskiej, to Peter Davison zasługuje na nielichą pochwałę. Odegrał bowiem nie tylko Doktora, ale...kogoś jeszcze! Tak, scena pościgu po Amsterdamie, gdzie umiejętnie wcielił się w dwie tak różne osobowości to jest coś. Przy czym jeszcze drobna wada scenariuszowa: czemu taki geniusz, jak „ten drugi” nie załapał, że długo się w takiej postaci nie utrzyma?

...I SPÓŁKA
W zasadzie nie ma wiele do powiedzenia o towarzyszkach Doktora, Nyssie, i Tegan. Ta pierwsza nie miała jakiejś strasznie wielkiej roli, a ta druga...cóż, wreszcie dołączyła do „załogi” dlatego, że chciała, a nie ze względu na okoliczności :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                             Do bani:
- Zagadka kryminalna na Gallifrey                     - Przesadny zbieg okoliczności z kuzynem Tegan
- Omega :)                                                       - Omega nie wiedział, co się stanie?
- Dwie role Petera Davisona
- Pościg pierwsza klasa

środa, 6 marca 2013

Robot


Cześć. Dzisiaj mam dla Was coś naprawdę specjalnego. Jedyna w swoim rodzaju recenzja z gościem, znaną i lubianą Astroni. Jak mawia mój dyrektor, herzlich wilkommen!
Danke schön. :-) Szczerze mówiąc, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to głównemu bohaterowi tej bajki dedykujesz ten wstęp, bo dla mnie to właśnie dlatego ten odcinek jest wyjątkowy. No i dzięki za zaproszenie do wspólnego pisania.
Cała przyjemność po mojej stronie. Nie przedłużając, przechodzimy do etykiety:
ROBOT
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Sarah Jane Smith, Harry Sullivan
WRÓG: Hilda Winters, Jeremiah Kettlewell, K1

KAŻDY KONIEC JEST POCZĄTKIEM
Nie ma to jak narobić się przy tłumaczeniu tytułu.
Zaczynamy od  nakreślenia stanu fabularnego, tak? W takim razie, ponieważ ja przy takich osobnikach jak Czwarty i jego szalik nie jestem w stanie myśleć o takich szczegółach jak sensowne ciągi przyczynowo-skutkowe, wstęp zostawiam Tobie, szefie.

Odnośnie tej niemożności to zważywszy na fakt, że większość towarzyszy to piękne kobiety, znam to uczucie :) Ale do rzeczy. Po starciu z Królową Pająków Doktor zmuszony był zregenerować, nie ma jednak zbyt dużo czasu na dojście do (nowego) siebie, gdyż zaczyna dziać się coś złego. Różnorakie laboratoria są napadane przez tajemniczego, potężnego napastnika, a trop wiedzie do pewnego nie mniej tajemniczego instytutu. A to dopiero początek...Jeden z członków rzeczonego bowiem odkrył niezwykły metal, i skonstruował z niego...Zagadka dla was, co? (Podpowiedź: spójrzcie na tytuł odcinka)
ISTNA KOMEDIA
Dobra, nagadałem się, czas by był dać gościowi dojść do słowa :) Prawda, że jedną z zalet tego odcinka były jego walory komediowe?
Raczej jeden walor: Czwarty! Czwarty! Czwarty! (I tak to się dzieje, kiedy prosi się fangirlki do pomocy) Doktor zagarnął bezsprzecznie cały odcinek, jedynie okruszki pozostawiając Sarze, Harry'emu i całej reszcie. Zacznijmy od tego, że miała tu miejsce jego wspomniana regeneracja z Trójki. Co prawda mieć można pretensje co do przebiegu samego procesu  (o czym z pewnością nie omieszkasz nadmienić...)
To w sumie bardziej do wcześniejszego odcinka, scena z regeneracją jest powtórzona, ale odnośnie procesu mam pewien zarzut, który wymienię przy wadach.
No dobrze. Więc Doktor zaprezentował nam pełne spektrum stadiów nowonarodzinowych od majaków i połowicznej amnezji przez popisy swoją chwilową siłą po fascynację własnymi uszami (tu się w sumie niewiele zmieniło do nowych serii włącznie...), a szopka, jaką odstawiał przed Harrym zdobyła sobie wysokie miejsce wśród wielbicieli starych serii. Do tego jeszcze takie kwiatki jak Harry oglądający podejrzliwie swój stetoskop po osłuchaniu Doktora... Tego się po prostu nie da wyrazić.
Zresztą to był dopiero początek! Rozbrajające szalikowo-grymasowe scenki mamy średnio chyba co cztery minuty do samego końca, a połowa z napisów do odcinka to rzeczy, które można cytować, co tylko potwierdza, że taki image został stworzony specjalnie do celów komediowych i tutaj został wykorzystany na całego. Tym bardziej szkoda, że produkcja szybko zrezygnowała z takiego podejścia i drugiego tak cudacznego odcinka w historii tego wcielenia już chyba nie ma.

Powiedziałbym, że trochę tego jeszcze jest w omawianym przeze mnie kiedyś „Destiny of the Daleks”, ale jednak zgoda: tego poziomu pozytywnego szaleństwa już później nie osiągnięto.
No właśnie. Ograniczono się do przewrotnego częstowania żelkami skupiając bardziej na kwestiach straszenia i geniuszu, podczas gdy tutaj obie te cechy zostały przyćmione po całości. Nie żeby nie było czego przyćmiewać! W końcu wielka, pełna rozterek maszyna co rusz chce kogoś zabić, a jako że jednak jest maszyną, to się przydały i... zdolności hakerskie (Tak! Hakerskie! w 1974 roku!). Nie mówiąc już o ostatnich scenach, kiedy Doktor jak rasowy naukowiec drobiazgowo przelewa substancje przez probówki do ostatecznego starcia. Szczerze mówiąc najbardziej lubię go właśnie takiego, niż jak w Daleks on Manhattan albo New New York, kiedy rozlewał chemikalia na wszystkie strony, że już o motywie komputerowym z „Eleventh hour” nie wspomnę.
A poza tym... Podobało mi się, jak wtedy wiązał szalik. I... no... był wtedy... tego... na swój sposób był taki jakby przystojny...

Nie znam się na tym, ale szaliki istotnie mają coś w sobie :)
Dyplomatyczne podejście :)
PLANY KONSTRUKCJI
Sprawy bardziej techniczne: osobiście nie mam zarzutów, tytułowy robot prezentuje się niezgorzej.
Owszem, bardzo ładnie wykonany, błyszczący, groźny, majestatycznie powolny, dźwięczny i jakiś taki duży, nawet w porównaniu z samym Bakerem. A jego łepetyna! (Znaczy: teraz mówię o robocie.) Szybko zaczął robić na mnie wrażenie silnego i niezniszczalnego. Nie do przemilczenia jest też to, jak ów postać została wprowadzona do akcji - pomimo iż należy ona do zaszczytnego grona doktorowych wrogów, których wita się już w tytule odcinka, to z powodu niezwykłej zmiany perspektywy nasze zaciekawienie wzrasta i wzrasta, aż wreszcie staje się cliffhangerem do następnego odcinka! Hmm, zaraz, zaraz, czy to czasem nie w ten sam sposób ponad dziesięć lat wcześniej do serii wkroczyli sami Dalekowie?
Podobnie, podobnie, dosłownie przypierając jedną z ówczesnych towarzyszek do muru. Ale to bez związku :) Coś jeszcze?
Tak, nieco więcej wątpliwości mam co do tego, co działo się w finale, a dokładniej finale finału. Trochę tak... No nie wiem, jak by to dokładnie określić. Na przykład kolor rdzy.
Czepiasz się szczegółów, wiesz? :)(Tak, jakbym ja tego często nie robił...)
Czołg wyszedł im pod tym względem znacznie lepiej. (Przy czym czołg to nie jest spoiler - to bardzo łatwo przewidzieć, że jak jest nieujarzmiona maszyna, to będzie i broń, i wybuchy, i śrubokręt dźwiękowy,  tylko piechoty konnej bodajże brakowało.)
„Koniarzy” istotnie nie było, ale za to dla poczciwej, starej Bessie (Autko Doktora, gdyby ktoś nie wiedział) znalazło się miejsce. Chciałbym mieć taką furę, a Ty?

NIE WSZYSTKO ZŁOTO
No dobra, jak powiedział klasyk, „Nie chcem, ale muszem”, przejdźmy więc do wad. Po pierwsze zachowanie Doktora po regeneracji: znakomita większość innych wcieleń na krótko po przemianie zachowuje się jak poprzednia „wersja” (Trzeci szalejący, i strojący miny jak Drugi, Jedenasty robiący „What? What? What?” Dziesiątego, itp.) Tutaj tego nie było. Czwarty zdawał się od razu być inną, nową osobą.
Faktycznie... Coś jakby nagle, od samego początku chcieli wystawić na pierwszy plan tę jedną, konkretną regenerację...
Nic w tym złego, no ale skoro w poprzednich przypadkach bywało inaczej...Jeszcze jedna rzecz: jak, bądź co bądź, zwykły Ziemianin dał radę skonstruować bez jakiejś kosmicznej pomocy takiego robota, jak K1?
Oj tam, oj tam. Może jakiś Tesla im się napatoczył. Jestem w stanie to kupić (a właściwie już kupiłam).
Tesla?
Nic, zapomnij. Ja bym jeszcze dodała, że kiedy Doktor się przebierał, w pewnym momencie po prostu wychodzi "w sam raz" i tak już zostaje. Otóż nie pogniewałabym się, gdyby poświęcił nieco więcej uwagi kwestii, co wybrać (zwłaszcza na szyję), gdyby trochę się tym pobawił. Taksujące spojrzenia Ósmego, Dziesiątego i Szóstego szukające własnej ciuchowej duszy to było coś, szkoda, że tu nie znalazło się na to miejsce.
A ja bym się nie pogniewał, gdyby Sarah Jane miała jakąkolwiek osobowość, bo jakoś taka ona niemrawa :) No, ale po Jo Grant wspaniałej (Uwaga, teraz ja fanbojuję...) ciężko o kogoś równie dobrego...
A mnie się podobało.  To jak gadała z robotem, jak wpychała się wszędzie gdzie nie trzeba... No, ale dobrze - tym razem ja odpowiem dyplomatycznym ‘Nie znam się’ :)
TYTUŁEM PODSUMOWANIA
Kończąc już: mimo wad jest to ogółem godna polecenia przygoda Doktora. Świetnie rozpoczyna nową erę serialu, i może być dobrym początkiem dla zaczynających swoją przygodę z rzeczonym widzów.