środa, 3 kwietnia 2013

Trylogia Czarnego Strażnika, część druga: Terminus


Cześć. Dzisiaj druga część Trylogii Czarnego Strażnika - o śmiertelnej chorobie, i Wielkim Wybuchu :) Zapraszam.

TERMINUS
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Nyssa, Tegan Jovanka, Vislor Turlough
WRÓG: Czarny Strażnik, Eirak

DRZWI DO INNEGO ŚWIATA
Jak wcześniej, Czarny Strażnik nadal żąda by Turlough zabił Doktora. Co prawda nagrodą dla naszego rudzielca miało być uwolnienie z Ziemi, a teraz, dzięki Władcy Czasu, jest od niej daleko, ale powiedzmy, iż Vislor jest na tyle spanikowany, że boi się zwrócić na to uwagę. Dokonuje więc uszkodzeń Tardisa, i ładuje go w dziwaczną anomalię - na pokładzie materializują się tajemnicze drzwi z symbolem czaszki. Jak się okazuje, rzeczone prowadzą na statek należący do korporacji Terminus, zajmującej się leczeniem...trądu! Tak, jak najbardziej autentycznej, realnej choroby. Zdziwko? :) Ja też oglądając po raz pierwszy się tego nie spodziewałem. Wracając jednak do rzeczy, na pokładzie znajdują się chorzy, którzy mają zostać przewiezieni na stacje kosmiczną korporacji, celem wyleczenia. Tyle, że nie są pierwsi, a o poprzednikach po zabraniu nikt już jakoś nie słyszał...W sprawę wplątuje się jeszcze para kosmicznych piratów, no i cóż można powiedzieć więcej? Nieszczęście gotowe :)

EPICENTRUM EKSPLOZJI
Nie przypadł mi do gustu poboczny wątek tej przygody. Kiedy to Doktor odkrywa, że jeden z silników statku korporacji, ze względu na możliwość podróży w czasie, kiedyś, eony lat temu, eksplodował, wywołując pewne, nie spoilerując, potężne zjawisko, które zapoczątkowało mnóstwo innych zjawisk, jeśli wiecie, co mam na myśli. Moim zdaniem można było to rozwiązać inaczej, mniej fantasmagorycznie, na przykład stwierdzić, że wybuch silnika będzie miał podobną moc do tamtego fenomenu. Ale cóż, stało się, jak się stało. Na szczęście poza tym nie jest źle. Akcja jest wartka, a fabuła ustrzegła się jakichś większych baboli.

 CZAS MŁOTA
W sumie bez jakichś konkretnych przyczyn pewne elementy tej historii (Nazewnictwo zwłaszcza) przesycone są kulturą nordycką. Dla przykładu Garm, prześmiesznie wyglądający, psowaty mieszkaniec stacji Terminus nawiązuje wszystkim, co ma do rzeczonej (Garm to w wierzeniach Wikingów pies strzegący wejścia do świata umarłych) A i popatrzcie na te imiona: Olvir, Eirak, Kari...Nordyckość jak w mordę strzelił!

TROJE TO JUŻ TŁOK
Całkiem nieźle ukazano w tej przygodzie charaktery towarzyszy Doktora. Nyssa, nawet wpadając w śmiertelne, zdawałoby się, tarapaty, walczy do końca, i stara się nie poddawać. Dodam jeszcze, że w tej przygodzie żegnamy się z nią. (Szkoda trochę, ale chociaż sensownie, i nie off-screenowo.) Przechodząc dalej: Turlough...No cóż, o nim było na początku. Jak wspominałem tydzień temu, jest bardziej egoistyczny, niż zły. A trzeba mieć tez na uwadze, że Czarny Strażnik umie przestraszyć :) (Swoja drogą mamy z nim piękny cliffhanger na zakończenie, który może nie wnosi nic nowego, ale jest efektowny, a to już dużo) Tegan może nie ma jakiejś powalająco wielkiej roli, ale niezmiernie mi się podobało, jak na początku to właśnie ona zaczęła podejrzewać, że Turlough coś kręci. (Jak się za tydzień okaże, ktoś jeszcze wiedział, ale postanowił to zignorować...)

DWA NA TRZY
Nie ukrywam, pierwsza część trylogii była lepsza, ale tutaj też nie ma zbyt wielu rzeczy, na które można (za bardzo) narzekać. Na szczęście ostatni, finalny segment, który zrecenzujemy za tydzień, nie kontynuuje tendencji spadkowej, i jest na tym samym, przyzwoitym poziomie. No i to tyle. Podsumujmy więc:

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                         Do bani:
- Interesująca fabuła                                                                    - Wątek z eksplozją silnika
- Towarzysze mający aktywną rolę                                              - Samego Doktora ciut za mało
- Nordyckość :)

1 komentarz:

  1. No tak, motyw eksplozji tak potężnej, że "eony lat temu wywołał pewne, potężne zjawisko, które zapoczątkowało mnóstwo innych zjawisk", to faktycznie dobity pomysł. Silnik statku korporacji leczącej trąd spowodował wybuch, od którego (oops, spoiler...) zaczął się świat, rozwinęły gwiazdy, planety, ich mieszkańcy, którzy pewnego dnia zaczęli chorować na trąd. Wibbly-wobbly jak stąd do Barcelony (TAMTEJ Barcelony).

    OdpowiedzUsuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)