środa, 31 lipca 2013

Dzień Daleków



DAY OF THE DALEKS
DOKTOR: Trzeci Doktor
TOWARZYSZE: Jo Grant
WRÓG: Dalekowie, Ogroni, Kontroler

WAKACJE Z DUCHAMI
Opowieść ta zaczyna się, gdy sir Reginald Styles, w którego posiadłości ma się odbyć Druga Światowa Konferencja Pokojowa, zostaje zaatakowany przez przyszłościowo uzbrojonego napastnika, który chwilę potem rozpływa się w powietrzu niczym zjawa. Ponieważ nad bezpieczeństwem zjazdu ma czuwać UNIT, Brygadier wysyła na miejsce Doktora, Jo, i obstawę. Nasi herosi nie wiedzą jednak, że w tym samym czasie w okolice willi teleportuje się kolejny futurystyczny partyzant, którego jednak szybko zabijają masywni, gorylopodobni kosmici pracujący dla tajemniczego Kontrolera...

NO I ZNOWU TO SAMO...
Jak zazwyczaj w „dalekowych” historiach za pomocą tytułu całkowicie pogrążono element zaskoczenia. Wprawdzie tym razem pierwszego Daleka widzimy nie w ramach cliffhangera, a sporo wcześniej, ale niesmak pozostaje. Na szczęście historia ta ma wiele innych zalet. Chociażby postać kolaborującego z Dalekami Kontrolera. Już bliżej końca dowiadujemy się, dlaczego postanowił pomagać puszkom ze Skaro, i, choć może nie wszystkich to wyjaśnienie przekona, mnie trochę tak. Aż szkoda faceta, bo później...dobra, bez spoilerów :) Swoją drogą większość drugoplanowych postaci tej przygody miała o tyle ciekawą ile też dziwną skłonność do wygłaszania swoistych mów. Długich, ale rzeczowych. A wspomnianych już, znikających zabójców-partyzantów cechuje podobny zamiar, co pewną grupę znana nam ze współczesnych serii.

POZERZY
Odnośnie strony technicznej: są drobne wady, typu broń powodująca zwyczajne „wyparowanie” trafionego celu rozbija szybę na kawałki, czy mniej realistyczne niż we wcześniejszych historiach z Dalekami reakcje trafionych przez tych pierwszych. Ale poza tymi drobiazgami nie ma na co narzekać. Ogroni, rasa sług Daleków wyglądają odpowiednio...gorylowato (Nie tylko w sensie podobieństwa do zwierząt) a podróżom w czasie przy użyciu podręcznego manipulatora (Widzicie, już wtedy takie mieli! Choć zupełnie inne, niż w odcinkach współczesnych) towarzyszy ładny efekt wizualny. Wreszcie nieliczne eksplozje są odpowiednio efektowne.

IMPROWIZACJA RAZY DWA
Jeżeli wśród towarzyszy Doktora był ktoś, czyj poziom improwizacji w trudnych warunkach chociaż trochę dorównywał Władcy Czasu, to z pewnością jest to właśnie Jo. Nie wszystko może jej się udało, (Powiedziałbym, że z braku doświadczenia) ale była w tej przygodzie bardzo aktywna. Poniekąd to dzięki niej Doktor przynajmniej do pewnego stopnia zaufał pewnemu niezbyt dobremu jegomościowi, co jednak później uratowało naszemu herosowi życie. On sam natomiast dobrze i szybko rozpracował swoisty paradoks, który stworzyli partyzanci chcąc uwolnić się spod jarzma Daleków, i zapobiegł mu. Niestety, największą wadą tej historii jest fakt, że nie było nam dane zobaczyć, jak ułożyły się losy wspomnianych bojowników o wolność oraz Kontrolera po nadpisaniu czasu. Szkoda, bo byłoby to idealnym finiszem. Humoru może nie ma zbyt dużo, ale „dokarmianie żołnierzy” i kilka innych, krótkich scen pozwala na lekki uśmiech.

WYŻSZE STANY
Podsumowując, jest to jedna z lepszych historii z Dalekami, niemal równie dobra, co niezrównane „Destiny of the Daleks”. Szkoda, że jej trochę nie wydłużono, (Wiele przygód Trzeciego Doktora ma sześć części, ta tylko cztery) chociażby o odcinek, ale i tak warto rzucić okiem. Słowem: polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                               Do bani:
- Skuteczny Doktor                                                           - Psujący suspens tytuł
- Aktywna Jo                                                                     - Przydałby się jeszcze jeden odcinek
- Postać Kontrolera
- Konkretny paradoks czasowy

środa, 24 lipca 2013

Znak Rani


Zamiast wstępniaka ograniczę się do pytania: czemu głównej "złej" tej przygody nie ma w nowych seriach?


MARK OF THE RANI
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Peri Brown
WRÓG: Mistrz, Rani

ŹRÓDŁO ALBO ŹRÓDŁA
Poszukując przyczyn pojawienia się pewnej czasowej anomalii, Doktor i Peri trafiają do górniczej wioski Killingworth w dziewiętnastowiecznej Anglii. Napotykają tam na grupę nienaturalnie agresywnych górników, potraktowanych wcześniej dziwacznym gazem, o czym nasi herosi nie wiedzą. Nie wiedzą też, że na miejscu jest już Mistrz, który to, o dziwo...nie ma ze wspomnianą agresją (Ani czerwonym znakiem na szyjach jej ofiar) nic wspólnego! To nie jego kolejny plan, sam nie wie, co się dzieje, ale uważnie obserwuje sytuację. Zwłaszcza rzucającą się mu (I widzom) w oczy dziwaczną staruszkę. Szybko okazuje się być ona niejaką Rani - znajomą naszych Gallifreyczyków z ich dzieciństwa i wczesnej młodości. Oczywiście nie zdradzę dokładnie jej planu, powiem tylko, że Rani to osoba nastawiona nie na władzę nad Wszechświatem, a coś zupełnie innego, związanego z jej ulubioną dziedziną nauki :)

DZIEŃ SZPONÓW
Tytuł ów to gag z pewnej kreskówkowej produkcji o Jackie Chanie, ale to bez związku. Chciałbym dla odmiany już teraz opowiedzieć o stronie technicznej „Znaku...”. Jeśli miałbym szczególnie wyróżnić jakiś aspekt, to na pewno byłyby to plenery. Zarówno wioska jak i jej okolice wyglądają znakomicie, i aż tchną autentycznością. Dalej Tardis Rani wygląda wewnątrz na tyle podobnie do modelu używanego przez Doktora by było wiadomo, że to urządzenie tego samego rodzaju, a z drugiej strony na tyle się różni, że wiemy iż należy do kogoś zgoła innego, zwłaszcza pod względem moralności. Te wszystkie tuby z rozwijającymi się w nich kreaturami...Dają też radę efekty niezwiązane z choreografią: dziwne scenariuszowo, ale efektowne wizualnie działanie min (Od fauny do flory, że tak powiem) czy przyspieszone „narodziny” Tyranozaurusa Rexa (!)

OSTRA JAZDA
No, ale dosyć o efektach, fabuła też jest niezła. Wprawdzie da się przewidzieć pewne zwroty akcji, ale dzieje się na tyle dużo, że nie ma z tym problemu. Mi szczególnie zapadł w pamięć efektowny cliffhanger z torami kolejowymi, ale równie interesujące jest na przykład obserwowanie niby to sprzymierzonych Rani i Mistrza ale jednocześnie cały czas knujących, jak tu podłożyć drugiej stronie przysłowiową świnię. Doktor natomiast zwyczajnie improwizuje przez cały czas - nie planuje, nie kalkuluje, tylko stara się dopasować do sytuacji. Ewentualnie zastosować sabotaż na wrażym sprzęcie, ot tak na wszelki wypadek. A nuż się przyda? :) Dla Peri ta przygoda stanowi z kolei unikat - jeden, jedyny raz nie jest niczyją zakładniczką (I, może nie po raz pierwszy, ale też jak nieczęsto się zdarza, żaden kosmita nie chce ani na niej eksperymentować, ani się z nią żenić) Momentami trochę zawodzi pokładane w niej nadzieje, ale dostaje od Doktora nieco zbyt trudne zadania (Pilnowanie pewnych bardzo szczególnych jeńców chociażby)

NEVER SAY „DIE”
Wady są dwie, i to relatywnie niewielkie. Pierwszą stanowi brak jakiegokolwiek wyjaśnienia tego, jak Mistrz przeżył spopielenie na planecie Sarn („Planet of Fire”) Tekst, iż „cały Wszechświat wie, że jest niezniszczalny” budzi tylko gorzki śmiech politowania. Druga sprawa to działanie wspomnianych już min zastawionych przez Rani. Wybaczcie, ale owo działanie było tak durne, że słów brakuje.

ZBĘDNOŚĆ DYWAGACJI
Tutaj nie mam żadnych wątpliwości: gorąco polecam tę historię. Dwie czterdziestopięciominutowe części w zasadzie pozbawione niedociągnięć na poważną skalę, powiązane świetnym, zabawnym i trzymającym w napięciu jednocześnie cliffhangerem, zawierające dużo Władców Czasu :) Czegóż oczekiwać więcej?

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                     Do bani:
- Improwizacje Doktora                                                          - Jak Mistrz przeżył spopielenie?
- Scenografie                                                                           - Działanie podziemnych min
- Cliffhanger
- Rani i Mistrz osobno wymiatają, a razem...
- Końcówka

środa, 17 lipca 2013

Krawędź Zniszczenia


Cześć. Jak wszyscy wiecie, są różne historie w DW. (Niemal) Bez Doktora, bez towarzyszy, lub bez innych niż załoga Tardisa kosmitów... A bez jakichkolwiek wrogów? Nie, nie upadłem na głowę, jest też i taka przygoda.

THE EDGE OF DESTRUCTION
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Susan Foreman, Barbara Wright, Ian Chesterton

NIECH OSTATNI ZGASI ŚWIATŁO
Nieoczekiwany wybuch wewnątrz Tardis/a pozbawia Doktora i jego towarzyszy przytomności. Nasz heros odnosi niewielkie obrażenia głowy, a Ian, Barbara i Susan zaczynają cierpieć na zaniki pamięci. Wszystkich powoli zaczyna ogarniać paranoja, a najsilniej - uzbrojoną w nożyczki Susan. Jakby tego było mało, skanery oraz drzwi w naszej ulubionej budce zaczynają wyprawiać, co same chcą, a Doktor, po części ze względu na wspomnianą paranoję o wszystko obwinia Iana i Barbarę...

MINMALIZM KREATYWNY
Jak już napomknąłem we wstępniaku, wrogów w tej historii nie ma. Ale to nie wszystko. Nie ma też postaci drugoplanowych, czy epizodycznych. W skrócie żadnych, poza Doktorem i towarzyszami. Nie uświadczymy też żadnego innego miejsca poza wnętrzem Tardis/a. Interesujące? Zdania pewnie będą podzielone, i dosyć słusznie, wiecie? Ów minimalizm jest jednocześnie i wadą i zaletą. Wadą, bo siłą rzeczy momentami dzieje się z tego powodu nieco mniej, niż powinno, a zaletą, bo jednak historie o bardzo niewielkiej, nieufającej sobie grupce zamkniętej w relatywnie małym (Wtedy tak było) pomieszczeniu są zazwyczaj udane, i dobrze się sprzedają. Dodam jeszcze, że w zasadzie w tej właśnie przygodzie po raz pierwszy napomknięto o świadomości Tardis/a

SPRYT I OSTRE NARZĘDZIA
Nieźle ukazano w tej historii Doktora jako spryciarza. Wprawdzie bezpodstawnie rzucał oskarżenia na lewo i prawo, ale umiał bezboleśnie spacyfikować podejrzanych. Jak? Może niezbyt oryginalnie, ale liczy się, że skutecznie. No, ale nie spoileruję :) Susan oczywiście robiła to, co jej wychodzi najlepiej: krzyczała. No i próbowała dokonać morderstwa nożyczkami. Barbara i Ian natomiast zwyczajnie próbowali...przeżyć. I udowodnić, że wszystkie nieprzyjemne wydarzenia wcale nie są ich zemstą za porwanie.

NASZ SPONSOR: OCB?
No, niestety, zakończenie nie satysfakcjonuje. Wynika bowiem z niego, iż główny powód zamieszania nie był związany z późniejszym dziwnym zachowaniem naszych bohaterów. Czyli co? Zaczęli tak głupieć, bo poupadali na głowy? Słabo, słabo!  Za to niezłym, a rzadko używanym pomysłem było coś innego: gdy w pewnym momencie Doktor oświadcza, że pozostało dziesięć minut do katastrofy, serialowe dziesięć minut w zasadzie trwa tyleż w rzeczywistości. Ładne też jest końcowe pogodzenie się naszego herosa z Barbarą, dłużej niż Ian niemogącą wybaczyć Władcy Czasu bezpodstawnych oskarżeń. Efektów specjalnych z oczywistych, fabularnych przyczyn w zasadzie nie ma.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA


Na plus:                                                                                           Do bani:
- Totalny minimalizm                                                                      - Totalny minimalizm
- Sprytny Doktor                                                                          - Wyjaśnienie nie satysfakcjonuje
- Ładna końcówka

środa, 10 lipca 2013

Powrót Mistrza, część trzecia: Castrovalva


Cześć. Dziś już bez obsuwy, oto finalny segment „Powrotu Mistrza” zatytułowany...

CASTROVALVA
DOKTOR: Piąty Doktor
TOWARZYSZE: Tegan Jovanka, Nyssa, Adric
WRÓG: Mistrz

ŁAPAJ, TRZYMAJ
Znajdujący się na skraju przytomności po regeneracji Doktor oraz Tegan, Nyssa i Adric zostają schwytani przez strażników Projektu Faros (Rzecz związana z poprzednim segmentem) Dzięki dywersji przeprowadzonej przez tego ostatniego, dziewczynom udaje się uciec, i zabrać Władcę Czasu z powrotem na Tardisa. Samego Adrica natomiast, jak i wspomnianych strażników paraliżuje Tardis Mistrza. Paraliżuje, i...znika, jak gdyby nigdy nic. Od razu widać, że coś nie gra, choć postaci zdają się tego nie zauważać. Tak czy owak trudności z dojściem do siebie zmuszają Doktora do udania się na odpoczynek w tardisowym Pokoju Zero - pomieszczeniu wspomagającym dochodzenie do zdrowia. Jest tylko maluśki problem: nasz heros aktualnie nie pamięta, gdzie ów pokój jest!

ALE O CO CHODZI?
Zastanawiacie się zapewne, kim/czym jest tytułowa Castrovalva skoro nie wspomniałem o niej choćby słóweczkiem nakreślając fabułę tej historii. W dużym skrócie z pewnych przyczyn, których nie podaję, coby nie spoilerować, Pokój Zero zostaje zredukowany do tak zwanej Gabloty Zero o identycznych, ale mniej intensywnych właściwościach. By Doktor w pełni wrócił do formy, musi poleżeć w owej Gablocie znajdującej się dodatkowo w miejscu o szczególnych właściwościach. Baza danych Tardisa określa jako takowe miasto Castrovalva znajdujące się na porośniętej dżunglą planecie. Niestety, trochę trwa, zanim akcja przenosi się właśnie tam, przygoda ta aż do połowy jest straasznie rozwleczona. Tak czy siak pomysłowo ukryte miasto zamieszkuje cywilizacja żyjąca bardzo pokojowo, i bezproblemowo, ale nie na tyle, by nazwać to utopią. Od pierwszej chwili ma się ochotę samemu tam znaleźć, choć oczywiście nie wszystko jest takie, na jakie wygląda :) Dlatego też mnie osobiście końcówka lekko zasmuciła, ale ponownie bez spoilerów.

JAK PAN TO ROBI?
W telewizji był kiedyś program prestidigitatorski pod tym właśnie tytułem, ale to bez związku. Oprócz wspomnianego, zbędnego rozciągania historii wadą jest pewna niekonsekwencja w planie Mistrza. Do realizacji swego celu używa on jeńca, przy czym raz wygląda to tak, że wysyła gdzieniegdzie sobowtóra tej osoby, po chwili mamy przeczące temu wrażenie, że rzeczony jeniec jest pod wpływem hipnozy, by w końcu zasugerować, że to tylko holograficzny obraz. Oczywiście każda z tych opcji kłóci się z innymi. Bądź tu mądry, i pisz wiersze...

I KTO TU RZĄDZI?
Równie wielką, co Doktor rolę odegrały Nyssa i Tegan (Szczególnie ta druga świetnie się sprawiła, na czas, nazwijmy to, kryzysu, ignorując własne problemy) próbując jakoś, przepraszam za wyrażenie, ogarnąć całą sytuację. Nasz heros z oczywistych przyczyn zdziałał mniej, niż zazwyczaj, choć oczywiście finisz należał do niego. Ach, no i to z Castrovalvy wziął się seler w jego klapie :) O kwestiach natury technicznej właściwie nie ma co rozprawiać, poza fajnym efektem lewitacji i „siecią” Mistrza efektów nie było, i w sumie nie były potrzebne.

KONIEC WIEŃCZY DZIEŁO
W kwestii tego, czy warto obejrzeć "Castrovalvę", powiem tak: jeśli podobały się Wam dwa poprzednie segmenty „Powrotu...” to owszem, poziom jest w miarę porównywalny. Może nie ma tu jakichś powalających kawałków, jak w „Logopolis”, ale i wad jest troszkę mniej. Lekko przegadana, ale przyzwoita historia.


POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Zabawna, poregeneracyjna trauma Doktora                       - Rozwleczona pierwsza połowa
- Radzące sobie nieźle Tegan i Nyssa                                   - „Użycie” jeńca przez Mistrza
- Klimat społeczeństwa Castrovalvy

środa, 3 lipca 2013

Powrót Mistrza, część druga: Logopolis


Opóźniona, ale jest. Przed Wami recenzja drugiej części Powrotu Mistrza

LOGOPOLIS
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Adric, Nyssa
WRÓG: Mistrz

ŹLE SIĘ DZIEJE
Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że dobry film powinien się zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma wzrosnąć. Tu zaczynamy zgodnie z tą zasadą: policjant mylący Tardisa ze zwyczajną budką ginie okrutną śmiercią. Nie, Doktor nie oszalał. To nie on zabija. W tym czasie on i Adric mają zamiar udać się bowiem na planetę Logopolis celem naprawienia Obwodu Kameleona odpowiadającego za kamuflaż gallifreyskiego wehikułu. Nasz heros chce być gotowy na każdą ewentualność, gdyż właśnie usłyszał dźwięk tardisowego dzwonu, a to zwiastuje duże kłopoty. Tymczasem młoda stewardessa Tegan Jovanka wraz z ciotką potrzebują pomocy drogowej. Postanawiają wezwać ją korzystając ze stojącej przy drodze niebieskiej budki, co okazuje się być poważnym błędem. No i kim jest dziwaczna, przypominająca zjawę biała postać majacząca w oddali?

ZAWIŁOŚCI
Bardzo poważną logiczną wadą tej historii jest powód, dla którego jeszcze przed wizytą na Logopolis Doktor musi zmaterializować Tardisa wokół prawdziwej budki. Próbuje się zamaskować to techno-gadką o dwudziestu siedmiu wymiarach obiektu, koniecznych do naprawy, ale nie da się ukryć, że potrzebne było wyjaśnienie, czemu nasz heros ma wrócić na Ziemię. A że nie wymyślono lepszego...Nie na wszystkie pytania otrzymujemy też odpowiedź (Na temat Obserwatora - wspomnianej białej postaci - niewiele się dowiadujemy. Kim jest - owszem. Ale to stawia przed nami jeszcze więcej pytań) Także plan Mistrza - totalna anihilacja - sprawia dziwne wrażenie. Po cholerę chce on unicestwiać Wszechświat? Zawsze pragnął władzy. No, ale dobrze, nagadałem się o wadach, a zalety też są. Ale to już w następnym akapicie :)

CI, KTÓRZY RATUJĄ WSZYSTKO
Wspomniane mankamenty nie rzucają się tak bardzo w oczy, gdy skupimy się bardziej na postaciach. Dla przykładu Nyssa, sprowadzona na pomoc Doktorowi przez Obserwatora zostaje pięknie wplątana w knowania Mistrza z przekonującego powodu. Jakiego? Nie zdradzę, ma to związek z końcówką poprzedniej przygody. Miło też widzieć Adrica błyskawicznie wymyślającego dywersję, gdy podczas pobytu na Ziemi policja „doczepia się” do naszych herosów. No i wreszcie finał: to, co się dzieje na końcu rekompensuje wszystkie wady. Ciężko o tym pisać, by nie wypaplać czegoś istotnego, ale powiem tak: Mistrz jak zawsze wychodzi z całej afery obronną ręką (A wcześniej na znak sojuszu podaje ją Doktorowi...) za to nasz heros ma już trochę mniej szczęścia. Ostatnią nieomówioną tu postacią jest debiutująca Tegan. Wypadła przeciętnie, ale przekonująco ze swym zrozumiałym strachem przed nieznanym.

TŁO TŁA
W kwestiach technicznych jest dobrze. Mieszkańcy Logopolis wyglądają jak mędrcy, co bardzo do nich pasuje. Plenery są proste, ale ładne, a Obserwator to nawet z wyglądu chodząca, leciutko upiorna zagadka. Nie ma się do czego przyczepić.

TAK CZY NIE?
No i co ja mam Wam powiedzieć? Warto obejrzeć, czy nie? Dziur logicznych jest sporo, niewiele się wyjaśnia, ale jak dla mnie powinno się w tym wypadku przymknąć na nie oko. Cieszyć się bądź co bądź ciekawie wymyśloną ogólnie (A kiepską tylko w szczegółach) intrygą, czy świetnymi towarzyszami. A potem, w finałowej części tej przygody i tak będzie na tyle rewelacyjnie, że o tamtym zapomnicie, i będziecie oglądać z otwartymi ustami. Co też piszący te słowa uczynił :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                           Do bani:
- Świetni towarzysze                                                      - Bezsensowny powód lotu na Ziemię
- Mistrz sprytnie manipulujący Nyssą                              - Mistrz zamiast rządzić chce niszczyć?
- Bombastyczny finał                                                     - Sporo pytań bez odpowiedzi