środa, 30 października 2013

Koszmar Edenu



NIGHTMARE OF EDEN
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Mandrele

KOCIOŁ
W kosmosie dochodzi do zderzenia dwóch statków: wielkiej, pasażerskiej Cesarzowej, oraz prywatnego Hekate. Pojazdy zakleszczają się, i żaden nie może kontynuować lotu. Na pokładzie pierwszego z nich, jak zwykle, przypadkowo, materializuje się Tardis z Doktorem, Romaną i K9 na pokładzie. Nasz heros wie, jak można pomóc w rozdzieleniu zakleszczonych maszyn, aczkolwiek utrudnia mu to dziwaczne zachowanie nawigatora. Szybko okazuje się, że jest on uzależniony od nieprawdopodobnie groźnego narkotyku - Vraxionu. Tymczasem Romana poznaje pasażerów wchodzących w skład ekspedycji zoologicznej - prof. Trysta i jego asystentkę Dellę. Mężczyzna skonstruował specjalne urządzenie zdolne pobierać próbki fauny i flory, zmieniać w elektromagnetyczne impulsy i wyświetlać potem. Naszej Władczyni Czasu się to nie podoba: gadżet wygląda na niestabilny i prymitywny w swojej klasie, a jego twórca - na dalekiego od kompetencji w sprawach takiej technologii. Tym bardziej, że w projekcji planety o nazwie Eden jest coś naprawdę dziwnego. Tymczasem wspomniany już uzależniony nawigator zostaje brutalnie zamordowany...

DUŻO I MAŁO
Mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju (nieco zbyt powolnego momentami) kosmicznego kryminału. Jest przemyt, morderstwa, wrabianie (Doktora oczywiście, bo kogo innego? :) ) i tym podobne. Troszkę kłopotów może stanowić koncept maszyny Trysta - ma za dużo funkcji i w pewnym momencie można uznać, że twórcy się pogubili - niesłusznie jednak, bo wszystko okazuje się mieć w końcu sens, przynajmniej do pewnego stopnia. No, ale skoro to kryminał, powinno być niełatwo odgadnąć, kto jest winny przemytu i zabójstw. (Choć tego drugiego nie całkiem bezpośrednio) Bardzo dobrze, że to jedna z, przynajmniej pozornie, najmniej podejrzanych postaci drugoplanowych.

DO AKCJI
Bardzo mi się podobało, że i Doktor i Romana w zasadzie mieli równy udział w akcji. (Dlatego Władcy Czasu jak najczęściej powinien towarzyszyć inny Władca, (czy Władczyni) Czasu) Romana nawet nie wpadła w jakieś szczególne tarapaty, choć głównie dzięki szczęściu. Nasz heros tymczasem był oczywiście źródłem kilku humorystycznych scen, oraz okazał się być mistrzem ciętej riposty :) Równie dobrze spisał się K9, szczególnie w walce z agresywnymi Mandrelami. Z tymi ostatnimi związany jest pewien kiks fabularno-logiczny: ich ciała po śmierci zmieniają się we Vraxion. Trochę to bez sensu. Wśród postaci drugoplanowych nikt jakoś szczególnie nie błyszczał, ale wszyscy trzymali się pewnego, względnie dobrego poziomu.

KONSTRUKCJA CEPA
Sprawy techniczne: to, co udało się najlepiej, to efekty anomalii czasowych. Naprawdę dobry pomysł i wykonanie. Niestety, dla odmiany, Mandrele wyglądają dość kiepsko. Cała reszta jednak, choć nie tak dobra, jak pierwszy wymieniony efekt, jest przyzwoita. Chociażby ładniutkie korytarze Cesarzowej, czy dżungla są miłe dla oka.

SĄD IDZIE
Ogólne wrażenia: jest dobrze. Mała skala wydarzeń zamiast zagrożenia planety czy Wszechświata sprawdza się, jak również intryga i kooperacja naszych herosów. Akcja mogłaby być tylko trochę szybsza, na pewno by to nie zaszkodziło.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                                Do bani:
- Kooperacja Doktora i Romany                                                            - Słaby wygląd Mandreli
- Iście kryminalna intryga                                                                        - Wolne tempo
- Ładne tła i otoczenie

środa, 23 października 2013

Komiks: Zimny Dzień w Piekle

Cześć. Mam nadzieje, że nie pogniewacie się, że dzisiaj znowu Siódmy Doktor, znowu Lodowi Wojownicy i znowu coś innego, niż telewizyjna historia, ale...ilość odcinków do zrecenzowania topnieje. Mam ich jeszcze sporo w zapasie, aczkolwiek skoro istnieją inne media, to czemu za ich pomocą nie przedłużyć istnienia bloga? :)

A COLD DAY IN HELL
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Frobisher
WRÓG: Lodowi Wojownicy

URLOP
Doktor i Frobisher udają się na planetę A-Lux - rodzaj galaktycznego kurortu, miejsce pełne gorących źródeł, jezior, itp. Tak przynajmniej głosi reklama, którą czyta nasz heros. Reklama jednak, jak to reklama, słabo oddaje rzeczywistość: planeta okazuje się być pogrążona w zimnie, a śnieg pada tam cały czas. Władca Czasu postanawia dowiedzieć się, o co chodzi - nawet, gdyby satelity pogodowe wysiadły, temperatura nie powinna opaść aż tak nisko. Szukając odpowiedzi w jednym z budynków, nasi bohaterowie wpadają na Dreilynkę - rodzaj wampira żywiącego się ciepłem. Po krótkim, nazwijmy to, starciu okazuje się jednak, że za pogodowy kiks odpowiadają zupełnie inne stworzenia...

CZARNE I BIAŁE
Słówko o Frobisherze: jest to towarzysz w postaci mówiącego pingwina. Nie wygląda tak od zawsze, ale w tej historii akurat nie jest to wyjaśnione, więc odnośnie jego przeszłości na tym poprzestaniemy. Przez tę swoją zwierzęcą formę w mojej opinii nieszczególnie fajny z niego kompan, ale ma jedną, niezaprzeczalną zaletę: świetne, ironiczne poczucie humoru. (Tekst, którym wciągnął Lodowego Wojownika w zasadzkę, cierpki komentarz na temat płaszcza Doktora, czy jeszcze kilka innych) Ma też nieco zaniżone poczucie własnej wartości - zrobił naprawdę sporo w tej historii, a i tak uznał, że jest nieprzydatny. A jak wypadają inni? Jako tako. Wojownicy mają w zasadzie tylko taki pół-plan, z którego niewiele wynika, mieszkańcy A-Lux, którzy przeżyli najazd mają trochę zbyt mało czasu, coby się wykazać, choć i tak swoje robią, a Doktor w zasadzie nawet nie musi wysilać szarych komórek, aby zwyciężyć. Aczkolwiek demonstruje pewną specjalną umiejętność Władców Czasu.

MASZYNA DO PISANIA
Wielki problem stanowi fakt, iż partacz scenarzysta najwyraźniej tylko słyszał o Procesie Władcy Czasu i nigdy nie oglądał żadnej z jego części - a szkoda, bo może by się dowiedział, że w rzeczonym brał udział Szósty, a nie Siódmy Doktor, jak tu usiłuje sugerować. Spowodowało to powstanie mnóstwa pomniejszych kanonicznych „dziur”, i nie będę Was zanudzał wymienianiem ich wszystkich. Związaną natomiast już tylko z tą opowieścią wadą jest to, co ma miejsce w pewnym momencie, gdy rozdzieleni kilka godzin wcześniej Doktor i Frobisher odnajdują siebie nawzajem. I zaczynają się zachowywać jakby cały ten czas przebywali w swoim towarzystwie. Czysty nonsens. Jeśli jednak zacisnąć zęby, pod warstwą nieznajomości tematu odkrywamy interesującą opowieść pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji. Historia ta ma bowiem cztery niewielkie części zamykane eleganckimi cliffhangerami. Wprawdzie w przypadku co najmniej jednego nietrudno zgadnąć, że mamy do czynienia z gallifreyską ściemą, ale i tak jest fajny :)

JAK CIĘ WIDZĄ
Poznęcałem się trochę nad partaczem scenarzystą, aczkolwiek jego koledzy - rysownicy spisali się dużo lepiej. Jest to zdecydowanie jeden z najlepiej narysowanych komiksów o Doktorze, jakie miałem przyjemność czytać. Zarówno czarno-biały oryginał, jak i współczesna, pokolorowana wersja robią wrażenie szczegółowością, bodaj chyba tylko na jednym obrazku pewien detal był niewyraźny. Świetna robota.

KLAMKA ZAPADŁA
Jak się chyba domyślacie, mamy do czynienia z całkowitym średniakiem. Dynamiczna i pełna akcji, pięknie narysowana historia z rażącymi błędami. Trudno coś tu dodać.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                           Do bani:
- Dużo szybkiej akcji!                                  - Partaczu, na Procesie był Szósty!
- Cięty język Frobishera                               - Reakcja Doktora i Frobishera na odnalezienie się
- Świetna strona graficzna                            - Pół-plan Lodowych Wojowników

środa, 16 października 2013

Nasiona Śmierci



THE SEEDS OF DEATH
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Zoe Herriot, Jamie McCrimmon
WRÓG: Lodowi Wojownicy

UŁATWIENIA
Koniec dwudziestego pierwszego wieku. Transport na Ziemi zmonopolizował system teleportacji zwany T-Mat, z bazą na Księżycu. Wszystko idzie dobrze do momentu, w którym rzeczona zostaje niespodziewanie najechana przez tajemniczych najeźdźców. Tymczasem Doktor, Jamie i Zoe trafiają do małego muzeum, którego właścicielem okazuje się niejaki prof. Eldred. Jest to człowiek nieszczęśliwy - rozwój technologii teleportacyjnej spowodował zarzucenie badań nad jego życiową pasją, rakietami. Jednak gdy tajemnicza awaria Księżycowej Bazy (Związana oczywiście z agresorami) uniemożliwia dostanie się tam T-Matem, nadzorcy zwracają się o pomoc właśnie do niego. A ponieważ jego rakieta mieści dokładnie trzy osoby...Nie trzeba chyba mówić, kto ma zamiar nią polecieć? :)

ZIMNO, ZIMNO, JESZCZE ZIMNIEJ
Całość przygody ogląda się znakomicie. Akcja ma należyte, nie za szybkie i nie za wolne tempo, a fakt, iż na początku kamera znajduje się nad ramieniem jednego z Lodowych Wojowników (Toteż wtedy nie widzimy, kto to) potęguje tajemniczość. A i sam ich plan jest przedni - dość powiedzieć, że powstrzymanie go wymagało od Doktora i ferajny maksymalnego użycia wszystkich ich talentów. Trochę mi szkoda, że niejaki Fewsham, jeden z pracowników bazy kolaborujący z Wojownikami w zamian za swe życie, w końcu się „nawrócił”. Ale to było nieuniknione.

WIĘCEJ
Pozwolę sobie rozwinąć pewną myśl z poprzedniego akapitu: to, jak dużo różnych rzeczy musieli zrobić Doktor, Jamie i Zoe. Sporo, przepraszam za zwrot, babrania się w kablach to standard, ale wcale nie mniej było skradania się, czy zwyczajnego prania po łbach. (Tutaj to raczej wrogowie przodowali, ale...) A Lodowi Wojownicy byli tu sprytniejsi, niż kiedykolwiek - postanowili wykorzystać teleportację do...nie, nie do transportu armii, przynajmniej nie od razu. Do czegoś bardziej kreatywnego. Przewidzieli wszystko - oprócz niespodziewanego pojawienia się pewnego diablo sprytnego Władcy Czasu :)

PO DOBROCI
Techniczna strona tej historii to bodaj jedyna, do której mam poważniejsze zastrzeżenia. Po pierwsze: skoro wspomina się o niezbędnych kombinezonach astronautycznych, to czemu nasi bohaterowie w rakiecie ich nie mają i dostają się do wnętrza Księżycowej Bazy bez nich? No i trzeba niestety przyznać, że im wyższy stopień w hierarchii Wojowników Lodu, tym słabiej wyglądają. Na szczęście przynajmniej pewna część efektów, chociażby wszystko, co związane z rakietą, jest dobrym przykładem na powiedzenie „Geniusz tkwi w prostocie” - proste, ale naprawdę fajnie wykonane. Dobrze też, że Wojownicy syczą już tylko między zdaniami, a nie w środku - w ich poprzednim występie nie dało się przez to zrozumieć, co mówią.

LICZY SIĘ WNĘTRZE
Jako by to zgrabnie podsumować... Technicznie jest (jak na czasy produkcji) średniawo, aczkolwiek fabularnie - świetnie. Moim skromnym zdaniem to drugie jest jednak sporo ważniejsze, i dlatego polecam Wam tę historię. Dzieje się odpowiednio dużo, a i można mieć niezłą zabawę z próbą wcześniejszego odgadnięcia planu Lodowych Wojowników. Dobra rzecz.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                  Do bani:
- Doktor i ferajna doprowadzeni do granic          - Gdzie są kosmiczne kombinezony?
- Skomplikowany plan Wojowników Lodu        - Marszałek wygląda gorzej od podwładnych
- Poprawione ssssyczenie Wojowników
- Chociaż efekty rakiety dobre

środa, 9 października 2013

Przetrwanie



SURVIVAL
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Ludzie-gepardy, Mistrz

CZAS POWROTU
Ta oto, ostatnia w klasycznych seriach zresztą, przygoda zaczyna się, gdy Doktor zabiera Ace do jej rodzinnego miasteczka Perivale. Krąży po nim tajemnicze, wyglądające jak kot, stworzenie o żółtych oczach. Nasz heros nie do końca wie, czym ono jest, ale szybko pojmuje, że coś nie gra. Podobnie uważa Ace, zauważając brak znanych jej mieszkańców.  A wszystko to dopiero początek - wkrótce przed dziewczyną materializuje się jeździec pod postacią człowieka-geparda. Równie niespodziewanie przeniesiony do świata o czerwonym niebie Doktor spotyka tam pewnego swego znajomego, który jednak wydaje się być dziwnie odmieniony...

SIŁY Z ZEWNĄTRZ
Słówko o jednym z ważniejszych aspektów tej przygody, Gepardzim Wirusie. Nie spoileruję, na czym on dokładnie polega, ale to wyjątkowo dobry pomysł. Tym fajniej, że nawet Władcy Czasu nie są nań odporni, i musi się z nim mierzyć także Doktor. Nie tylko z nim, żądny władzy Mistrz też jest obecny, i bruździ, mimowolnie doprowadzając nawet planetę ludzi-gepardów na skraj katastrofy. Wspomniany glob natomiast  został pomyślany niezgorzej - znajduje się w symbiozie z mieszkańcami, daje im ciekawe moce, oraz uzdrawiającą wodę. Choć nie za darmo - trochę ich to kosztuje, (Nie dosłownie, oczywiście) ale, ponownie, bez spoilerów.

SPOJRZENIE
Technicznie jest bardzo dobrze. Wirus początkowo widoczny jest w jednej tylko cesze nosiciela, i wygląda świetnie. Również kolejne stadia to małe charakteryzatorskie dziełka. Ludzie-gepardy wyglądają odpowiednio groźnie, a jedyną drobną wadą jest fakt, że ich planeta wygląda momentami mniej „obco”, niż różne światy w poprzednich przygodach. Całkiem efektownie wyglądało natomiast ostateczne starcie Doktora i Mistrza. W więcej, niż jednym miejscu. Oj, ktoś się tam musiał napracować nad plenerami...

KTO DA WIĘCEJ
Trochę szkoda, że Doktor nie utkał jakiejś szczególnie skomplikowanej intrygi w tej historii, ale znalazło to swoje uzasadnienie - opowieść ma bowiem bardziej...zwierzęcy charakter, i to raczej ze zezwierzęceniem przyszło się mierzyć naszym bohaterom. Tak, przemocy było tu sporo, a pod koniec ilość nieboszczyków zamknęła się w dużej liczbie. Jeszcze odnośnie tej, na ogół wewnętrznej, (Ale nie zawsze!) walki bardzo podobały mi się związane z tym „wzloty i upadki” Ace. Gdyby tak od razu dała sobie radę z tym, co spotykało obcych w świecie ludzi-gepardów, Doktor straciłby na epickości :) A propos - w swoim ostatnim występie w tym wcieleniu Mistrz-Tremas był genialniejszy nawet, niż zazwyczaj.

NO I JAK?
Klasyczne serie nie mogły zakończyć się lepszą historią. (Dobra, mogły, ale i tak było świetnie) Mamy tu wszystko, co najlepsze: tajemnicę, akcję, trochę rozwoju postaci, świetnego wroga...No i ta wieńcząca dzieło mowa Doktora. Rewelacja. Nic, tylko siadać i oglądać :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                   Do bani:
- Doktor i Ace                                                       - Planeta gepardów mogłaby wyglądać lepiej
- Mistrz z nowymi mocami (powiedzmy)
- Epicki pojedynek Władców Czasu
- Pomysł z Gepardzim Wirusem




środa, 2 października 2013

Animacja: Wrzask Shalki


Cześć. Wiecie, co Wam powiem? Trudno uwierzyć, że minął cały, długi rok, odkąd zacząłem prowadzić tego bloga. Tak czy owak, odpowiedzieliście na moją prośbę sprzed kilku tygodni, i, za pomocą ankiety, przemówiliście. Wy przemówiliście, ja, jak co tydzień, usiadłem do pisania recenzji, a ktoś zaczął wrzeszczeć...

SCREAM OF THE SHALKA
DOKTOR: Dziewiąty Doktor (Alternatywny)
TOWARZYSZE: Mistrz
WRÓG: Shalka

BEZWOLNY
Tardis materializuje się w małej miejscowości Lannet, z czego Doktor wcale nie jest zadowolony - nie miał zamiaru robić tam postoju. Na miejscu jednak dzieje się coś dziwnego - mieszkańcy boją się czegoś, i jak ognia unikają wszystkiego, co może powodować hałas. Jedyną, która wydaje się nie odczuwać lęku, jest barmanka imieniem Alison, aczkolwiek ani ona ani nikt inny nie zdradza Doktorowi, o co chodzi, a zaraz potem pewna bezdomna kobieta zostaje zamordowana przez tajemniczą moc, natomiast Tardis spada do wnętrza Ziemi...

NOWOŚĆ ALBO NIE
Na wstępie wypadałoby chyba powiedzieć, jaki jest występujący w tej przygodzie (alternatywny) Doktor. Przede wszystkim niezbyt chętny do niesienia pomocy, i dość agresywny. Z tego, co możemy wywnioskować, coś złego stało się z jakimiś jego towarzyszami, i boi się on powtórki z rozrywki. Dość, powiedziałbym, oryginalnym pomysłem było natomiast uczynienie jego początkowo jedynym kompanem mechanicznej wersji Mistrza. Na całe szczęście robot zachował jednak wszystkie najważniejsze cechy oryginalnego wroga Doktora. (Choć tu oczywiście wrogami nie są) Potrafi być sprytny, jak pokazuje scena z Shalkami wewnątrz niebieskiej budki, a także momentami jest źródłem uśmiechu na twarzy widza. Wracając jeszcze do Doktora, co najbardziej mnie w jego charakterze zaskoczyło to to, że najwyraźniej bardzo lubi...śpiewać :) Natomiast Alison, wspomniana barmanka, choć ma ważną role w całej opowieści, jest dość...pozbawiona charakteru. To odważna, ale znudzona dziewczyna, i to, niestety, wszystko na jej temat.

SÓL TEJ ZIEMI
Jak jest ze stroną fabularną? Nieźle. Intryga głównych ”złych” do przesadnie skomplikowanych nie należy, ale jest dość pomysłowa. (I zawiera proekologiczny wątek) Mamy ze dwa niezłe zwroty akcji, i fajne cliffhangery. Oraz finalny pojedynek, również bardzo nietuzinkowy. Drobną rysę da się natomiast zauważyć trochę wcześniej, gdy Doktor i Alison zostają schwytani - ponoć nie są już potrzebni Shalkom, czemu więc zostawia się ich przy życiu nie próbując nawet zabić? Wielka też szkoda, że brutalnie ograniczono rolę Mistrza w jego mechanicznej formie, czyniąc go niezdolnym do opuszczenia Tardis/a.

KRESKOWATOŚĆ
Jako, że to animacja, zamiast o efektach mówić można o kresce i głosach. Strona graficzna jest na ogół niezła, może poza pewnym mankamentem - wprawdzie Doktor jest podobny do Richarda E. Granta, który użycza mu głosu, ale zapomniano dać naszemu herosowi kilku wyrazów twarzy. Np. gdy używając jednego z wrogich mu stworów zjeżdża do wnętrza ziemi, krzyczy z ekscytacji szybkością, ale na jego twarzy nadal widać tylko neutralny grymas. Mistrz natomiast jest podobny zarówno do Rogera Delgado, jak i Anthony’ego Ainleya - jako, że obaj panowie stworzyli rewelacyjne wersje złego Gallifreyczyka, zaliczam to na plus. (Przemawia on natomiast głosem Dereka Jacobi) Shalki, a zwłaszcza ich głównodowodząca, wyglądają nieco upiornie, i dobrze. A drą się głośniej, niż Melanie Bush :)

WSZYSTKO W CENTRUM
Co wyjdzie ze wszystkich wyżej wymienionych zalet i wad? Powiedziałbym, że produkcja trochę powyżej średniaka. Z pewnymi wadami, interesująca, ale nie przyciągająca niczym odkurzacz. Dla zaciekawionych: istnieje też króciutkie, literackie opowiadanko z tymi samymi bohaterami, a można je przeczytać tutaj: http://www.bbc.co.uk/cult/vampires/newstory/scottwright.shtml

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                     Do bani:
- Ciekawy Doktor i mechaniczny Mistrz                                    - Bezbarwna Alison
- Ogólna pomysłowość                                                             - Trochę uchybień animacyjnych
- Przedni aktorzy podkładający głosy                                        - Ograniczenie roli Mistrza