niedziela, 31 sierpnia 2014

Słuchowisko: Żadnych Więcej Kłamstw

Niniejsze słuchowisko recenzuję na prośbę Preity, która napisała do mnie na Ask.fm.


NO MORE LIES
DOKTOR: Ósmy Doktor
TOWARZYSZE: Lucie Miller
WRÓG: Dr. Nick Zimmerman, Tar-Modowkowie

IN MEDIAS RES
Przygoda ta zaczyna się w trakcie pościgu wewnątrz wiru czasu. Doktor i Lucie usiłują schwytać niejakiego dr. Nicka Zimmermana, czasowego przestępcę i przemytnika, ale nie jest on ich jedynym wrogiem. Tar-Modowkowie, rasa żywiąca się energią podróżników w czasie ma wyraźny apetyt na naszych bohaterów... Zimmermanowi udaje się zbiec, a kiedy nasi bohaterowie ponownie go dopadają, okazuje się, że dla niego minęło trzydzieści lat, zerwał z drogą życia przestępcy i ma kochającą żonę. Jest jednak pewne „ale”: przyjęcie, na którym Doktor dowiaduje się tego wszystkiego (I gdzie przebywa Zimmerman z bliskimi) znajduje się w...pętli czasu!

BEZ ZMIAN
Od kiedy tylko wziąłem się za słuchowiska z Ósmym Doktorem, zacząłem uwielbiać postać Lucie. Fantastyczna z niej towarzyszka, a tu przechodzi wręcz samą siebie. Potrafi dociąć Doktorowi, ale kiedy trzeba, nie zawodzi, ma znakomite poczucie humoru i jest odważna. Prawie ideał. (Prawie, bo ideał jest tylko jeden i nazywa się Jo Grant) Zdradzę Wam jeszcze, że ostatni zwrot akcji, niezwiązany może bezpośrednio z fabułą tego konkretnego słuchowiska a raczej głównego wątku serii dotyczy właśnie jej. Tymczasem jakie są inne postaci? Całkiem niezłe. Zimmerman dla przykładu całkiem przypadł mi do gustu. Usiłuje się zmienić i choć nie jest to łatwe, do pewnego ograniczonego stopnia mu się udaje. Jego szwagier jest wprawdzie nieco naiwny, ale odważny, gotowy bronić bliskich mu osób. A że czasem ktoś mu zełga... Nikt nie jest idealny :) Pozostaje jeszcze żona Nicka, Rachel. Postać z niej także niezgorsza, choć niestety z nią wiąże się największa wada tej opowieści, ale o tym za chwilę.

BŁĄD
Przez znakomitą część tego słuchowiska nie wiemy, kto uwięził Nicka i resztę w pętli czasu. Doktor podejrzewa chociażby Agentów Czasu polujących na Zimmermana, ale prawda okazuje się być inna, mająca związek z Rachel. (Choć to nie ona!) Rozwiązanie niestety zawodzi, jest przedramatyzowane i nie spełnia oczekiwań. Oczywiście nie zdradzę, na czym ono polega, ale... Jeśli miałbym znaleźć jeszcze jakieś uchybienia, to bardzo słabo opisano wygląd Tar-Modowków, przez co niemalże nie da się wyobrazić sobie, jak te potwory wyglądają.

TEN WAŻNY
A co z Doktorem? Jak się spisuje w tej przygodzie? Całkiem dobrze. Robi, co trzeba, ale nie jest okrutny. Stara się, by był wilk syty i owca cała, ale Tar-Modowkowie go zanadto nie obchodzą i dobrze. W końcu to potwory :) Wobec przemiany moralnej Nicka tez zachowuje się bardzo fajnie, powoli zaczynając w nią wierzyć, ale nie bezgranicznie. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń co do jego osoby.

GŁOSY, GŁOSY, GŁOSY
Pod względem udźwiękowienia wszystko jest jak należy. Piosenka śpiewana przez Rachel brzmi znakomicie, aktorzy podkładający głosy jak zawsze dali z siebie wszystko i wczuli się w postaci, i, co najważniejsze, nie udziwniono głosów kosmitów, przez co nie ma problemu ze zrozumieniem ich, co bywa niekiedy plagą słuchowisk. Dobra robota.

JAK JEST
Czy warto zapoznać się z tym słuchowiskiem? Myślę, że tak. Nie jest szałowe, ale zgrzytania zębów nie powoduje i trwa dość krótko (Niecałą godzinę) Niezgorsza rzecz.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                             Do bani:
- Doktor i Lucie                                                                           - Słabo rozwiązany wątek główny
- Fajne postaci poboczne
- Strona techniczna

sobota, 30 sierpnia 2014

Książka: Popsute Dobra

Niniejszą książkę recenzuję na prośbę Marty, która napisała do mnie na Ask.fm - będzie to także najtrudniejsza recenzja, jaką napisałem, z czego się cieszę – wyzwania są fajne :)


DAMAGED GOODS
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Roz Forrester, Chris Cwej
WRÓG: N-Forma

MNOGOŚĆ
Dziewczyna, która w dzieciństwie była świadkiem robienia tajemniczych interesów przez matkę-alkoholiczkę i dziwnego osobnika. Jej brat obdarzony parapsychicznymi zdolnościami. Gangster-samobójca, którego coś przywróciło do życia. Ukrywający swój homoseksualizm wdowiec zraniony przez tajemniczą istotę. Wszyscy oni to mieszkańcy patologicznej angielskiej kamienicy zwanej Kwadrantem, starający się radzić sobie jakoś w trudnych czasach rządów Margareth Thatcher. W te same okolice przybywa Doktor w towarzystwie Roz i Chrisa i, ku zaskoczeniu kompanów odkrywa, że w kokainie, którą handlują miejscowi jest coś więcej, niż być powinno. Trop prowadzi go do Kwadrantu, gdzie postanawia czasowo pozostać...

WAGA
Wspomniałem, że będzie to trudna recenzja. Książkę tę bowiem naprawdę niełatwo ocenić, z jednej strony średnio przedstawiono najważniejszy wątek science-fiction, jest niebywale chaotyczny i czasami ciężko pojąć, co i dlaczego się dzieje a z drugiej pod względem realiów mamy do czynienia z perłą, świetnie oddającą klimat ubóstwa i patologii, do których doprowadziły rządy Żelaznej Damy. Również postaci są zarysowane bardzo dobrze, twardo stąpają po ziemi, usiłują dać sobie radę z rzeczywistością, a jednocześnie są wciągane w otchłań szaleństwa przez coś nie z tego świata. Ale o tym za chwilę.

NAJWAŻNIEJSZY
Jak zachowuje się w tej książce Doktor? Na pewno tajemniczo. Niewiele mówi swoim towarzyszom, sam też nie wie wszystkiego i stara się improwizować. Szkoda, że bez intryg w jego ulubionym stylu, ale ma to jakieś wyjaśnienie, Roz i Chris mają ich trochę dosyć, więc nasz heros przystopowuje :) O tej dwójeczce nie dowiadujemy się jakoś szczególnie dużo, pochodzą z przyszłości i ufają sobie oraz Władcy Czasu, choć czasem mają drobne wątpliwości. Troszkę też jest na temat orientacji seksualnej Chrisa, choć uważam to za zapychacz, nic nie wnosi do fabuły. Bardzo ciekawą, choć jedną z najtragiczniejszych postaci jest natomiast niejaka pani Jericho, matka chłopca pogrążonego w śpiączce. Ma ona pewien sekret związany z wspomnianym małym posiadaczem niezwykłych zdolności, Gabrielem, i jego matką, ale bez spoilerów. Odegra ona ogromna rolę w całej historii...

WRÓG
Kim jest główny „zły” tej opowieści? To gallifreyska broń zwana N-Formą, i w zasadzie nie jest zła. Ma po prostu swój program i wypełnia jego założenia bo tak została zaprogramowana, a że przy okazji miesza pogrążonym we własnych ułomnościach ludziom? Jak sugeruje Doktor urządzenie nie tylko jest niebezpieczne, ale i nie działa jak powinno, co prowadzi do niewesołego finału...

OZÓR
Do przeczytania tejże książki niezbędna jest bardzo dobra znajomość angielskiego. Językowo to najwyższa półka, mniej zaawansowanym radzę czytać ze słownikiem. A czy generalnie przeczytać warto? Bardzo ciężko powiedzieć, mamy do czynienia z mieszaniną elementów niemalże genialnych i mocno takich sobie, choć bliżej końca już nawet średniawy do tej pory wątek science-fiction ulega poprawie. (Kilka zdań na temat historii Gallifrey, czy fajnie opisane próby powstrzymania N-Formy przez Doktora.)


POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                           Do bani:
- Realia                                                                         - Ogromnie chaotyczny wątek główny
- Postaci                                                                                        - Brak humoru
- Finał

czwartek, 28 sierpnia 2014

Wydarzenie: Doctor Who Meet 2014 w Krakowie

W miniony weekend miałem przyjemność uczestniczyć w odbywającym się w Krakowie zjeździe fanów DW zwanym „Doctor Who Meet 2014”. Na łamach niniejszego tekstu chciałbym opowiedzieć Wam o tym wydarzeniu.

Odbywało się ono w barze „Zielony Kontrabas”, gdzie początkowo, w oczekiwaniu na pozostałych uczestników ci z nas, którzy przyszli nieco wcześniej prowadzili filozoficzne dyskusje na tematy różnorakie – od telewizji po edukację narodową. Wreszcie jednak nastąpiło przejście do doktorowego meritum i zjazd rozpoczął się oficjalnie projekcją znakomitego „The Five(ish) Doctors Reboot”. Wszyscy pękaliśmy ze śmiechu, bez względu na to, czy oglądaliśmy już kiedyś to dzieło, czy nie. Następnie przyszedł czas na dwa quizy – obrazkowy, stworzony przez Astroni, oraz złożony z pytań, które przygotowała Saruś. Panie mają nosa do szczegółów, muszę to przyznać – na całkiem sporo pytań nie znałem odpowiedzi. Kolejny punkt programu stanowiła gra w kalambury z użyciem Painta – przednia zabawa, nie tylko ze względu na fakt, iż za każdym razem wystarczyło narysować jedną choćby kreskę, by usłyszeć okrzyki „Blink!” albo „Moffat!”. O , właśnie, Moffat. Wadę całej imprezy stanowiło to, iż poza piszącym te słowa nikt Stefcia nie doceniał a wręcz był on hejtowany. Czemu, kochani, czemu? :)

Po zakończeniu wyżej wymienionych atrakcji nastąpiła spowodowana późną porą zmiana lokalizacji – przed godziną dwudziestą pierwszą, po długiej drodze uroczyście zameldowaliśmy się w schronisku i jęliśmy oglądać „Deep Breath” - premierowy, pierwszy odcinek ósmej serii DW. Przy zgaszonym świetle, w ciemności tworzącej klimat...Dobra, już się nie wczuwam, dodam tylko, że oglądałem ów odcinek w fezie, który ktoś mi nagle założył na głowę :) Pierwsza przygoda Dwunastego Doktora wzbudziła w uczestnikach zjazdu mieszane uczucia, ale za to Sontaranin Strax zgodnie został uznany za postać znakomitą. Tym akcentem właściwie zakończono dzień pierwszy, nienocujący w schronisku się rozeszli, panie Saruś i Wolf uderzyły w kimono, a Astroni i ja obejrzeliśmy jeszcze „Time and the Rani” z Siódmym Doktorem, niedoceniany, znakomity klasyk.

Dzień drugi, wieńczący nasz zjazd, w ramach śniadania zaoferował chętnym doktorową przekąskę – paluszki rybne z budyniem – choć nie było nań wielu amatorów, z różnych przyczyn. Również wtedy a także potem, w trakcie deszczowej drogi do baru, zrobione zostało kilka fajnych zdjęć. (Można je zobaczyć na DW forum) Ponownie w barze rozpoczęliśmy zabawę od obejrzenia dwóch nie za długich filmów: skeczu z Catherine Tate oraz Davidem Tennantem oraz „Curse of the Fatal Death” - napisanej lata temu przez nie kogo innego, jak Moffa parodii DW a potem...Oooooh boy, jak mawiają Brytole. Prosta gra, przyklejamy sobie na czole kartkę, na której ktoś inny napisał nazwę czegoś lub kogoś z DW, a potem zadajemy innym pytania, coby zgadnąć, co/kto to jest. Czemu zwracam na to szczególną uwagę? Gdyż wyszła z tego druga najzabawniejsza rzecz zjazdu. (O pierwszej ex aequo z „The Five(ish) Doctors Reboot” potem) Oto bowiem jeden z uczestników musiał odgadnąć, uwaga...”Brwi Capaldiego”. Za każdym razem, gdy przychodziła jego kolej na zadanie pytania, zanosiliśmy się dzikim śmiechem. A dla kolegi szacun, że w końcu zgadł. Runda druga może nie powalała aż tak, ale „Czapka Willferda” to tez niełatwa do odgadnięcia rzecz. No i wydawałoby się prosty „Moment” na którym ja poległem :(

Teraz pora na słówko o owej najzabawniejszej części, równie śmiesznej, co „Five(ish)...”, czyli kabarecie, który przygotowała Astroni. Kop w dalekanium, związana z wyciekiem z BBC odcinków tajemnica Poliszynela, który powinien już dawno wylecieć ze stacji czy uczczenie odejścia Jedenastego Doktora minutą Ciszy to tylko kilka z dowcipów, jakimi nas uraczyła. (Ten ostatni załapaliśmy z opóźnieniem, ale grunt, że w ogóle). Następnie ja wygłosiłem pogadankę o kanonie, zabarwioną również szczyptą humoru, z której wynikła krótka, acz fajna dyskusja. Ostatnim punktem programu była doktorowa Familiada, panowie sztuk dwa kontra panie sztuk trzy. Dostaliśmy się z kolegą do finału, ale tam zaskoczono nas jego niedoktorowatością, (Trzeba było odpowiadać na pytania rzeczami niezwiązanymi z DW) nie mieliśmy więc zbytnich szans :)

Czy coś w zjeździe nie dopisało? Raczej nie. Pogoda chociażby była w miarę – jak już pisałem, trochę padało, ale lepsze to, niż skwar. Bar także fajny oraz dobrze wyposażony – projektor i głośniki działały bez zarzutu i nie sprawiały problemów po podłączeniu do laptopa, a to już dużo. Ilościowo natomiast może nie było nas wiele (Pierwszego dnia dziewięć, drugiego siedem osób) ale wszyscy znakomicie się bawiliśmy.

I to już wszystko. Niniejszy tekst mogę zakończyć tylko w jeden sposób, cytatem z Brygadiera adresowanym do pozostałych uczestników zjazdu: Splendid fellows, all of You :)


POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                                                         Do bani:
- W zasadzie wszystko                                                                                        - Hejt na Moffa :)

niedziela, 17 sierpnia 2014

Galaktyka 4



Niniejszą historię recenzuję na prośbę Astroni. Ponieważ rzecz dotyczy opowieści w dużej mierze zaginionej, wspomagałem się nowelizacją.

GALAXY 4
DOKTOR: Pierwszy Doktor
TOWARZYSZE: Vicki, Steven Taylor
WRÓG: Maaga

PRZYBYCIE
Doktor, Vicki i Steven przybywają na nienazwaną planetę, z którą według Władcy Czasu coś jest poważnie nie tak: warunki do życia są na jej powierzchni sprzyjające, ale na oko żadne się na niej nie rozwinęło! Nasi bohaterowie napotykają natomiast małe roboty, które Vicki nazywa Chumbleyami oraz wrogo nastawione do machin kobiety przedstawiające się jako mieszkanki planety Drahva z Galaktyki Czwartej. Twierdzą one, że planeta wkrótce ulegnie zniszczeniu, a uciec można jedynie statkiem podstępnej i agresywnej rasy Rillów!

SPOTKANIA
Co można powiedzieć o tej historii? Nie jest zła, ale, jak tu u Pierwszego Doktora, sporo w niej dłużyzn. Szczególnie przeciąga się akcję przez liczne „ekspedycje” naszych bohaterów. A to z powrotem na Tardisa celem przeprowadzenia niezbędnych analiz, a to na wraży statek, a potem na powrót w miejsce, z którego przyszli...Niemniej gdy się coś dzieje, to na dobre: zwroty akcji są ciekawe, strzelaniny wartkie i, choć raczej można się domyślić, że Drahvianki łżą, do pewnego momentu nie ma co do tego pewności.

POSTACI
Co do naszych bohaterów nie mam zastrzeżeń. Doktor prezentuje nam spryt, charyzmę i wiedzę, a także ciekawość świata i charakterek - potrafi ofuknąć towarzyszy, kiedy trzeba! Vicki i Steven to z kolei swoje przeciwieństwa - ona wesoła, optymistyczna i pełna ufności, (Choć czasami oceniająca po pozorach) a on jest pesymistą, ostrożnym z obdarzaniu zaufaniem i trochę lekkomyślnym. Łączy ich natomiast odwaga i to, że dla dobra reszty nie boją się zaryzykować i zostać więźniem Drahvianek. Są jeszcze Rillowie, potworzaste nieco stwory, których jednak nie należy oceniać pochopnie. Dodam jeszcze, że książkowa wersja tej historii trochę rozbudowuje informacje o ich gatunku.

TA ZŁA LUB TE ZŁE
Główną złą jest oczywiście Maaga, przywódczyni Drahvianek, kosmicznych amazonek. Jej podwładne to stworzone przy pomocy inżynierii genetycznej, ślepo posłuszne wojowniczki, natomiast ona sama jest...dzika. To najlepsze określenie, kocha ona przemoc i walkę, dla zwycięstwa zrobi wszystko a innych ma za nic. Sztampa? Może trochę, ale ja osobiście takich wrogów lubię. Choć mogłaby być ona trochę inteligentniejsza, zamiast tego jednak potrafi walczyć absolutnie do samego końca i nie poddawać się. Dobre i to.

WRAŻENIE
Technicznie jest, jak na czasy produkcji tej historii, średnio. Maaga od Ziemian czy Doktora różni się tylko czarnymi punkcikami tuż nad oczami. Chumbleye w mojej opinii wypadają blado, małe, jeżdżące czajniki-wieżyczki. Za to Rille...Tu już twórcy się popisali, wielkie, masywne potworzyska. Szacun. Inne efekty, jak strzały czy wybuchy nie prezentują się natomiast najgorzej i chyba nie da się tu nic więcej powiedzieć.

W PRAKTYCE
Nie mogę powiedzieć, aby historia ta była czymś bardzo słabym. Można zapoznać się z nią bez zgrzytania zębami, choć swoje wady ma i nie jest jakoś wybitna. Ot, odrobinę powyżej średniaka.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA
Na plus:                                                                                                       Do bani:
- Postaci                                                                                                   - Dłużyzny fabularne
- Fajnie wyglądająca rasa Rillów                                                            - Część efektów słabsza
- Trochę akcji

piątek, 15 sierpnia 2014

Opowiadania: Włócznia Przeznaczenia



Opowiadanie to recenzuję na prośbę Marty, która napisała do mnie na Ask.fm.


THE SPEAR OF DESTINY
DOKTOR: Trzeci Doktor
TOWARZYSZE: Jo Grant
WRÓG: Fray

NIETYPOWE ZADANIE
Opowiadanie to zaczyna się w chwili, gdy Doktor i Jo udają się do pewnego prywatnego muzeum. Władca Czasu dopiero po pewnym czasie zdradza towarzyszce cel swojej wyprawy: mają...ukraść jeden z eksponatów, włócznię Odyna. Jak się okaże, jest to potężny artefakt, którego obawiają się nawet Władcy Czasu i dlatego chcą, aby nasz heros go przechwycił. Ponieważ jednak zadanie okazuje się nie być takie łatwe, Doktora i Jo czeka podróż do czasów Wikingów!

KTO I CO
Akcja dzieje się już po „The Three Doctors”, co oznacza, że nasz heros nie jest już uwięziony na Ziemi, co pozytywnie wpływa na jego zachowanie. Jest po prostu miły, choć nadal bardzo pewny swoich racji i teorii. Prezentuje też oczywiście umiejętności bojowe i zdolności do obrabiania kieszeni...czy co tam się miało dziewiętnaście wieków temu :) Podoba mi się także sposób, w jaki zaakcentowano, jak ważna jest dla niego Jo. Inaczej mówiąc, mamy tu wszystkie aspekty trzeciego wcielenia naszego ulubionego Władcy Czasu. Z panną Grant jest odrobinkę gorzej, ale niewiele. Jest tu trochę damą w opałach, ale nie siedzi bezczynnie, z pomocą lub bez robi co może, by się ratować. Postaci poboczne właściwie nie są zbytnio zarysowane, ale to tylko opowiadanie na około trzydzieści stron. Dość powiedzieć, że Wikingowie są tacy, jak być powinni: barbarzyńscy, groźni i nieszczególnie lojalni.

CZARNY CHARAKTER
Zastanawiacie się zapewne, kim jest opisany jako wróg Fray? To postać z zupełnie innego, niż Wikingowie czasu i miejsca, planuje on za jednym razem zdobyć potężny artefakt i, za przeproszeniem, załatwić na cacy swego przeciwnika. Nie przewiduje jednak, że nawet dzikusy potrafią czasem myśleć. A kim on naprawdę jest? Nie zdradzę :)

NA JĘZYKU
Opowiadanie to czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Słownictwo jest proste, zauważyć też można, iż postaci znane z serialu (zwłaszcza Doktor, ale nie tylko) używają typowych dla siebie określeń. Dobra robota. Czy są w tym, króciutkim opowiadaniu jakieś wady? Jedna. Otóż jak pamiętacie m.in. z odcinka „Let’s kill Hitler” zabezpieczenie niepozwalające używać broni w Tardisie to pic na wodę, fotomontaż. A w tej przygodzie, napisanej już sporo czasu po wyżej wymienionym odcinku...działa! Jest w dodatku bardzo ważnym elementem fabuły! Tak to się nie robi, panie autorze!

WSZYSTKO RAZEM
Polecam to króciutkie opowiadanie nie tylko fanom Trzeciego Doktora. Jest naprawdę fajne i zapewni Wam chwilę dobrej zabawy.  A nawet, jeśli za tym wcieleniem nie przepadacie, to spróbujcie przeczytać. Nie pożałujecie.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus                                                        Do bani:
- Doktor i Jo jak w serialu                          - Zabezpieczenie przed bronią nie powinno działać!
- Wróg
- Język opowiadania

środa, 13 sierpnia 2014

Książki ze współczesnymi Doktorami: Kamienna Rose



Niniejszą historię recenzuję na prośbę Adrianny, która napisała do mnie na ask.fm.



THE STONE ROSE
DOKTOR: Dziesiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose Tyler
WRÓG: Ursus

EKSPONAT
Podczas wizyty w muzeum Doktor i Rose za pośrednictwem Mickeya odkrywają pewną niezwykłą rzecz: jeden z eksponatów z czasów starożytnego Rzymu to rzeźba przedstawiająca nie kogo innego, jak...pannę Tyler! Dla Doktora oczywiście stanowi to doskonały powód do wyprawy w tamte czasy, co dla dziewczyny też jest dobrym pomysłem. Już na miejscu nasi bohaterowie ratują pewnego bogatego Rzymianina przed pobiciem i dowiadują się, iż zaginął mu syn. Postanawiają zająć się tą sprawą...nie mając pojęcia, w jakie tarapaty się wpakują!

CHARAKTER
Zacznijmy może od postaci. Doktor jest w zasadzie taki jak w drugiej serii, jeszcze zanim stał się bardziej postacią z jakiegoś „Zmierzchu” niż Władcą Czasu, więc sobie nieźle radzi. A napotyka na naprawdę różnorakie przeszkody, w tej liczbie chociażby takie mające ostre kły i pazury. Rose też jest taka, jak w serialu: pogodna, czasami strzelająca jakieś gafy, momentami kapkę mocno skupiona na sobie...Niemniej w pierwszej połowie opowieści jest jej zaskakująco niewiele, choć główny nurt akcji ma związek z jej osobą. Za to potem przejmuje ona pierwsze skrzypce. Z postaci pobocznych ważna jest Vanessa, szesnastolatka rzekomo potrafiąca przepowiadać przyszłość, która...dobra, bez spoilerów :) Dosc powiedzieć, że w sumie to bez swojej winy wpakowała się w nieprzyjemną sytuację, ale stara się jakoś sobie radzić. Jak jej to idzie? Średnio, ale plus za same próby :) Za to prawdziwą gwiazdą jest inteligentne urządzenie zwane G.E.N.I.E. o potężniej mocy, mimowolna przyczyna wielu kłopotów naszych bohaterów. Czarny charakter w osobie niespełnionego artysty to w sumie bardzo schematyczny gość, ale gdzieś za połowa książki staje się nieledwie elementem dodatkowym, traci wpływ na cokolwiek i wraz z końcem jego działalności jako szwarccharaktera następuje lżejszy i zabawniejszy etap historii.

TECHNIKA
Książkę napisano dosyć prostym językiem. Nawet, jeśli nie zna się jakichś gier słownych (których i tak jest malutko) nie ma problemu ze zrozumieniem, co się dzieje. Autorka nieźle też sobie poradziła chociażby z postaciami pobocznymi, jak Mickey, rzucając ustami narratora cięte acz trafne uwagi na ich temat. Może czasem przydałoby się stylizowanie mowy starożytnych Rzymian tak, by mówili odrobinę mniej współczesną angielszczyzną, ale powiedzmy, że to można sobie darować.

ŹLE
Co jest nie tak z książką? Cóż, fragmenty szalenie wciągające przeplatają się z takimi powodującymi zwyczajne ziewanie. Na początku jest mało ciekawie, potem dostajemy świetny kawałek z areną gladiatorów, potem znowu nuda a potem do akcji wkracza G.E.N.I.E. i zaczyna się jazda bez trzymanki. Jest za to w tej opowieści jeden fragment, za który autorka powinna w podskokach na miarę nosiciela siedmiomilowych butów spieprzyć  na Skaro! Oto Doktor ratuje ofiary „złego”, przy czym gdy przychodzi do udzielenia pomocy ostatniej, najważniejszej, dodam...zaczyna się zastanawiać, czy powinien to robić! Tak przynajmniej przedstawia sytuację osobie bliskiej tamtej ofierze. Brak mi na to słów.

A WIĘC...
Książka ta nie jest zła. Momentami przynudza, a powyżej opisana sytuacja powoduje straszny niesmak, ale uważam, że można się w miarę dobrze bawić przy lekturze. Ot, fajne, bardzo lekkie czytadełko dla whovian. Watro zawiesić oko nawet dla samego wątku z G.E.N.I.E. - nie jest on przesadnie oryginalny, ale bardzo fajny.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                            Do bani:
- Postaci jak z serialu                                                         - Chwilami przynudza
- G.E.N.I.E. :)                                                                    - Doktor „zastanawia się” czy pomóc
- Wciągający fragment na arenie

niedziela, 10 sierpnia 2014

Słuchowisko: Czwarta Ściana



Niniejsze słuchowisko recenzuję na prośbę Ani, która napisała do mnie na Ask.fm.



THE FOURTH WALL
DOKTOR: Szósty Doktor
TOWARZYSZE: Philippa “Flip” Jakcson
WRÓG: Lord Krarn, Podżegacze

UJĘCIE PIERWSZE
Kosmiczna stacja telewizyjna Trans-Gal należąca do niejakiego Augustusa Scullopa jest na krawędzi bankructwa. Prezes ma ostatni pomysł na jej uratowanie, serial telewizyjny uatrakcyjniony wynalazkiem genialnej naukowiec, Helen Shepherd. Tymczasem do planety, na której znajduje się studio niespiesznie zbliża się Tardis z Doktorem i Flip na pokładzie. Nasz heros relaksuje się oglądając mecz krykieta w czasoprzestrzennym wizualizerze, ale dziewczyna jest zła - miał pokazać jej niezwykłości kosmosu. Niestety, nagłe, dziwaczne zakłócenie przerzuca ją z pokładu niebieskiej budki na dziwną, opuszczoną planetę. Jak się potem okaże, nie jest to realny świat, bowiem wynalazek Helen tworzy wymiarową bańkę w której nakręcony materiał i cały świat przedstawiony stają się...rzeczywistością!

CZASY I OBYCZAJE
Słuchowisko to trwa dwie godziny i jest to o tyle ważne, że po upłynięciu pierwszej nastrój diametralnie się zmienia. Początkowa połowa bowiem w dużej mierze poświęcona jest szydzeniu nie tylko z seriali, ale też z procesu tworzenia ich i ich scenariusza. Absolutnie niezniszczalne potwory, które jednak bez problemu pokonuje kosmiczny macho żywo przypominający zachowaniem Rambo i Chucka Norrisa w jednym? Są.Głupiutka, próżna kobietka mająca za zadanie tylko być przezeń ratowaną? Jest. Muzyka włączająca się w określonych, dramatycznych scenach? Jest.  Dziury scenariuszowe? Są. Wreszcie czarny charakter-tyran o tragicznej przeszłości? Jest. To wszystko napotyka Flip „wpadając” do świata najnowszego serialu Scullopa. Druga połowa tej historii również kontynuuje szydzenie z tego wszystkiego, ale w sposób dużo bardziej gorzki, gdyż...dobra, bez spoilerów :)

POSTACI DUŻE I MAŁE
Pewien zwrot akcji powoduje, że Flip praktycznie nie ma w drugiej połowie słuchowiska. Szkoda, bo to fajna postać, z ciętym języczkiem. Niestety, akurat rozwiązania jej wątku można się z łatwością domyślić już na jego początku, choć jest naprawdę fajny i przejmujący. Doktor nie ma może jakichś szczególnie typowych dla tego wcielenia akcji poza brakiem cierpliwości momentami, ale świetnie sobie radzi. Na końcu potrafi nawet przygotować się na to, że wróg zastosuje jego własną strategię i przeciwdziałać temu. O Helen nie ma co zbytnio wspominać, poza tym, że gdy zdaje sobie sprawę, co narobiła jej (Tak naprawdę nie do końca jej...) maszyna dwoi się i troi by pomóc naszemu herosowi. Fajnie, choć dość pobieżnie ukazano nam Scullopa gotowego absolutnie na wszystko byleby nie splajtować. Za to prawdziwymi gwiazdami są przedstawiciele świniowatej rasy Porcian. Tak, wiem, że to trochę sztampa, bo Dalekowie mieli w nowych seriach podobne sługi, ale wyobraźcie sobie rasę, która chce podbijać kosmos, tylko, że im to...nie wychodzi! Tak, tak - Doktor wspomina, że kiedyś władowali się całą armią w czarną dziurę, chcieli podbić planetę, której do eksplozji zostało zaledwie kilka godzin...Juz łapiecie ten klimat? :)

ZŁO WCIELONE
Główny zły, lord Krarn to początkowo parodia postaci tyrana skrzywdzonego przez los z winy bohatera, ale ulega to zmianie, gdy ów Krarn dowiaduje się, że... jest postacią z serialu, więc cała jego zemsta nie ma sensu - żona, która opłakuje nigdy nie istniała. Wtedy dopiero postanawia zrobić coś prawdziwie złego w prawdziwym świecie.  Z takim rozmachem, że niech się schowają Dalekowie!

GŁOSY, GŁOSY, GŁOSY
Mowa o słuchowisku, więc poza głosami nie ma o czym mówić w aspekcie technicznym. Jest dobrze. Powiedziałbym, że spośród słyszanych w dziełach Big Finish głosów Doktora to właśnie głos Szóstego, Colina Bakera, zmienił się najbardziej, ale rekompensuje on to werwą, którą słychać w każdym zdaniu. Dobra robota. Fajnie brzmią też świniowaci Porcianie czy postaci z serialu Scullopa -celowo tak przerysowane, jak to tylko możliwe.


KŁOPOTY
Czy są wady? Są. Czasami jakaś drobnostka typu postać bez przyczyny „skacze” między światami, czy część zwrotów akcji jest za łatwa do przewidzenia. Powiedziałbym też, że wątek maszyny czyniącej fikcję rzeczywistością mógłby być lepiej dopracowany, no bo czym to się ma różnić dla widzów tamtego serialu? Czym ma zapewnić większą oglądalność? Te drobnostki jednak nie przesłaniają faktu, że jest to bezapelacyjnie jedno z najlepszych słuchowisk, z jakimi miałem przyjemność się zapoznać. Warto poświęcić na nie swój czas.


POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                        Do bani:
- Postaci                                                                       - Pewne rzeczy są łatwe do przewidzenia
- Niesamowity klimat
- Wyśmiewanie schematów
- Głosy

sobota, 9 sierpnia 2014

Słuchowisko: Nieśmiertelni Ukochani



Recenzji niniejszego słuchowiska dokonuję na prośbę Preity





IMMORTAL BELOVED
DOKTOR: Ósmy Doktor
TOWARZYSZE: Lucie Miller
WRÓG: Zeus

DRAMATU ODSŁONA PIERWSZA
Historia ta rozpoczyna się od ukazania nam pary nieszczęśliwie zakochanych młodych ludzi - Kalkina i Sararti. Na drodze ich szczęściu stoi przeszkoda tak potężna, iż oboje wolą popełnić samobójstwo poprzez skok w przepaść, w czym jednak przypadkowo przeszkadza im lądowanie Tardisa z Doktorem i Lucie na pokładzie. Nasz heros stara się wytłumaczyć krewkim młodzikom, że nie warto ze sobą kończyć z tak błahego powodu, jak nastoletnia miłość, ale zanim ten fakt do nich dociera, pojawiają się żołnierze lokalnego władcy uzurpującego sobie tytuł boga, Zeusa. Kalkin zabija jednego z żołdaków, ale nie zmienia to sytuacji - cała wesoła ferajna zostaje zabrana do pałacu monarchy...

KURTYNA
Początkowe kilka minut jest tak ckliwe, że zniesmaczyć może każdego mężczyznę, w tej liczbie i mnie, ale prośba, koledzy whovianie - nie wyłączajcie słuchowiska podczas ich trwania. Potem będzie wszak lepiej...przynajmniej trochę. Problem z tą przygodą jest wszak taki, iż jest przesadnie dramatyczna i smutna. Dramatyczna nie oznacza w tym przypadku przepełnionej tragediami, ale jednak odrobinę luzu by się przydało. Żeby nie spoilerować - chodzi w niej głównie o pewien specyficzny rodzaj nieśmiertelności m.in. monarchy i jego małżonki, który...no powiedzmy, że wymaga czyjegoś poświęcenia. Ciekawe? Ciekawe, ale nie, jeśli będzie podane w zbyt smutno-patetycznej formie.

POD MASKĄ
No ale dobrze, zalety też są, na przykład w kwestii postaci. Doktor dla przykładu, choć aż tak wiele nie robi, elegancko i szybko dopasowuje się do sytuacji. Lucie jak to Lucie, jest trochę w gorącej wodzie kąpana i momentami nieszczególnie wierzy, że nasz heros zrobi to, co trzeba. Na szczęście jednak nie jest to katalizatorem żadnych przykrych wydarzeń, choć mało brakuje. Postaci poboczne w osobach Kalkina i Sararti przechodzą niewielką metamorfozę charakterów i stają się odrobinę bardziej dojrzali, a główny „zły”, Zeus...Cóż, to typowy tyran, który wykorzystał niegdyś okazję do sięgnięcia po władzę i od tamtej pory trzyma się jej kurczowo. Jej oraz, jak już wspomniałem, życia. Nic nie jest w stanie go zmienić.

PROSTOTA
Bardzo mi się podobały pewne proste sztuczki, które zastosowano w tym słuchowisku. Wynikają one z motywu zamiany ciał - dzięki niemu można było wpleść do całości pewną króciutką intrygę i dać słuchaczom kilka chwil na rozkminienie, czy aby na pewno jest tak, jak na to wygląda przed potwierdzeniem tego. Również dzięki temu motywowi można było pozwolić jednemu aktorowi na podłożenie głosu dwóm postaciom - bardziej i mniej dobrej. Efekty są przyjemne dla ucha.

KONKLUDUJĄC
Czy warto poświęcić pięćdziesiąt minut dla tegoż słuchowiska? Ciężko powiedzieć, ma sporo dobrych elementów ale kuleje z powodu przesadnej powagi i dramatyzmu. Może powiem tak: nie nastawiając się na coś ekstra można, nawet bez zgrzytu zębów. Ot, coś kapeczkę powyżej średniaka. O tym, że poza początkowymi żarcikami Lucie nie ma żadnych powodów do uśmiechu, mówić chyba nie trzeba? Jak też i o tym, że za brak humoru ktoś powinien spieprzyć na Skaro!

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                           Do bani:
- Postaci                                                                                          - Przesadna dramatyczność
- Sztuczki z zamianą ciał

niedziela, 3 sierpnia 2014

Here we go again

Witam wszystkich ponownie. Krótka (W założeni nie miała być krótka, ale zdecydowałem inaczej) przerwa od publikowania recek pozwoliła mi podjąć pewną decyzję. Blog może dalej funkcjonować, ale będzie to zależało od Was, od tego, czy będziecie chcieli, aby coś tu jeszcze pisać. W końcu ideą tego bloga było pisanie dla Was.

Do meritum: sam z siebie nie będę już recenzował, jeśli jednak zapragniecie, bym przyjrzał się jakiemuś medium ze świata DW, dajcie mi znać tutaj: 

Na pewno zrobię wszystko co w mojej mocy, by zrecenzować to, o co mnie poprosicie. Z góry dzięki.