sobota, 26 grudnia 2015

"Mężowie River Song" - świąteczna recenzja specjalna

Witajcie świątecznie. Zazwyczaj nie recenzuję bieżących odcinków, ale wczorajszy świąteczny epizod był taaak urokliwy... Grzechem byłoby nie opisać. I nie, pod względem, ekhm, świąteczności "Mężowie River Song" to nie odcinek lepszy od "Opowieści Wigilijnej", pierwszego epizodu świątecznego pióra Stevena Moffata. Owa przygoda bowiem w kategorii świątecznej jest i będzie najlepsza. Tym niemniej "Mężowie..." jako odcinek per se jest więcej, niż miodzio.

Fabuła przedstawia się następująco: myśląc, że Doktor zginął na Trenzalore i nie wiedząc, jak wygląda jego dwunaste wcielenie River ponownie wyszła za mąż... więcej, niż raz. Jej wybrankiem stał się częściowo mechaniczny król Hydroflax. (Ciężko to wyjaśnić: król jest organicznym łbem, a jego robo-pancerz może pochłaniać inne istoty, po których pozostają absorbowane przezeń głowy  - dziwaczne i idiotyczne, ale jednocześnie w 110% pasujące do komediowej strony odcinka.) Monarcha ów potrzebuje medycznej pomocy, gdyż w jego mózgu tkwi uśmiercający go diament, który jest też celem pani Song. Wyszła za króla, by go z pomocą wspólników -  jej drugiego męża i najętego chirurga - zabić i odzyskać błyskotkę. Tak się jednak dzieje, że na skutek pomyłki miejsce tego ostatniego zajmuje Doktor. Zrozumiale zazdrosny o innych mężów River i wkurzony, że ta go nie poznaje. Szybko jednak postanawia grać w tę grę dalej i jednocześnie pomóc swojej lubej.

Wszystko to jest niebywale komiczne, przeplatane tylko czasami nutką smutnej goryczy - Doktor raz po raz otrzymuje dowody rzekomego braku uczuć River do niego - jakichkolwiek i kiedykolwiek. Oczywiście chyba nie zdradzę za wiele, jeśli powiem, że faktycznie są rzekome, a River go naprawdę kocha. Potem akcenty ulegają zmianie - zalążki komedii wplecione zostają w nastrojową i trochę smutną część historii z obowiązkowymi Śpiewającymi Wieżami w tle. No i cóż, wad nie ma właściwie żadnych, ani scenariuszowych ani aktorskich. Wszystko jest perfekcyjnie na swoim miejscu, nawet durne płatki śniegu w czołówce czy iście baśniowy napis na zakończenie. Alex Kingston to aktorska klasa sama w sobie, postaci poboczne zapadają w pamięć, ("odbiorca" diamentu na dłuugo pozostanie w mej świadomości) a geniuszu aktorskiego Petera Capaldiego żadne słowa nie oddadzą. Wszystko razem daje nam cudny i przepiękny epizod.

Na koniec jeszcze słóweczko o moich dwóch ulubionych scenach: pierwsza to podniosły monolog rżnącego przed River głupa Doktora, który to udaje, że wnętrze Tardisa widzi po raz pierwszy. Towarzysze - patrzcie i uczcie się, tak się to robi. Poważnie jednak, ta scena naprawdę mnie kupiła. Choć nie tak, jak druga...
Druga zaczyna się od monologu River na temat Doktora. Czemu nie jest jak zwykłe istoty, czemu nie da się go darzyć uczuciem takim, jakim by się je darzyło, et cetera, et cetera. A potem z małą pomocą naszego herosa pani Song wreszcie doznaje olśnienia.

"Witaj, skarbie"

wtorek, 22 grudnia 2015

Książki ze współczesnymi Doktorami: Kroniki Uroku (Wstęp do recenzji)

Witajcie przedświątecznie. Tak się szczęśliwie dla mnie złożyło, że w moje nikczemne łapska wpadła ostatnio trylogia książek "Kroniki Uroku" z Dwunastym Doktorem. Zanim przejdę do recenzowania poszczególnych tomów, chciałbym opowiedzieć Wam o kilku technicznych aspektach tychże książek. Zapraszam :)


sobota, 7 listopada 2015

"Koalicja Zagłady" - recenzja segmentów nr 3 (Pułapka z Galileuszem) i 4 (Szatański Młyn)

Cześć. Oto przed Wami obiecana część druga recenzji "Koalicji Zagłady". Plus drobna ciekawostka na temat następnej recenzji w napisach końcowych. Zapraszam :)


piątek, 30 października 2015

wtorek, 27 października 2015

Wstęp do recenzji "Koalicji Zagłady"

Witajcie ponownie. Choć średnio lubię Ósmego Doktora, a jego przygody poza nielicznymi wyjątkami jeszcze mniej, postanowiłem zapoznać się z nową ich antologią zatytułowaną "Koalicja zagłady". Jakie są moje odczucia? Sama recka już niedługo, a tymczasem posłuchajcie wstępu :)


czwartek, 10 września 2015

"Szósty Doktor - Ostatnia przygoda" : recenzja segmentów nr 3 (Trema) i 4 (Skraj śmierci)

I tak oto "Ostatnia przygoda" dociera do swego finału. Dobrego czy nie? Wartego poświęcenia mu czasu czy będącego jego marnotrawstwem? Przekonajcie się sami, zapraszam :)


piątek, 4 września 2015

"Szósty Doktor - Ostatnia przygoda" : recenzja segmentów nr 1 (Koniec trasy) i 2 (Czerwony Dom)

Witajcie ponownie. Oto przed Wami pierwsza część recenzji "Ostatniej przygody" naszego ulubionego gburka w oryginalnym przebraniu - Szóstego Doktora. Z poniższego filmu dowiecie się między innymi kim jest jego towarzyszka Constance i co z nią nie tak, oraz jakie ciekawe rzeczy mogą się wydarzyć na wyspie pełnej wilkołaków. Zapraszam :)


środa, 26 sierpnia 2015

Wstęp do recenzji "Ostatniej Przygody" Szóstego Doktora

Cześć, witajcie ponownie. Trochę mnie nie było, odpocząłem od recenzowania i teraz wracam z podwójną siłą i nowymi pomysłami. Oczywiście wojna Daleków i Cybermanów zostanie dokończona, i to niedługo, aczkolwiek w międzyczasie pewna (prawie) nowa gałąź mojej whoviańskiej działalności. Niedawno ukazała się antologia "Szósty Doktor: Ostatnia przygoda", na którą czekałem z zapartym tchem. Nie da się jej jednak zrecenzować ot tak, dlatego zrobię to nieco inaczej. Na razie podziwiajcie więc wstęp do recenzji tejże!

środa, 8 lipca 2015

Wielkiej Wojny Dalekowo-Cybermańskiej Bitwa Pierwsza: Inwazja Daleków kontra Scorpius

Jak brzmi odwieczne pytanie, jakie dręczyło i dręczy Whovian? Nie, nie „Kiedy odejdzie Moffat?” - to tylko wersja dla hejterów ;) Wbrew pozorom nie brzmi ono też „Jaki Doktor”, bo mało kto chce poznać imię naszego bohatera. Pytanie brzmi „Kto jest lepszy – Dalekowie czy Cybermani?”

Oczywiście, że my, Dalekowie! Eksterminować blaszaki z Mondas!
Nieprawda, my, Cybermani, jesteśmy najlepsi! Skasować puszki ze Skaro!

Panowie, panowie, proszę o spokój. Rozwiążemy wasz konflikt w sposób honorowy, zgodnie z Kodeksem Pojedynków tm. Cztery bitwy, między czterema częściami słuchowiskowych serii „Imperium Daleków” oraz „Cyberman”. Oto bitwa pierwsza!

THE DALEK EMPIRE I: INVASION OF THE DALEKS
GŁÓWNE POSTACI: Susan Mendes, Alby Brook

VS

CYBERMAN I: SCORPIUS
GŁÓWNA POSTAĆ: Karen Brett

FABUŁA
Inwazja Daleków” zaczyna się od sceny, gdy nasze ulubione konserwy atakują statek Ziemskiego Przymierza wysłany celem zbadania kosmicznej anomalii. Konflikt wkrótce dociera na planetę Vega 6, gdzie mieszkają ukrywający swoją przeszłość kierowca wodnego taxi Alby Brook i młoda minerolożka, Susan Mendes. Mężczyzna każe młódce uciekać, ona jednak, nie wiedząc, do czego Dalekowie są zdolni postanawia zostać i ratować chociażby swoich rodziców. Po tym, jak pomaga ocaleć starszemu człowiekowi, po raz pierwszy staje oko w oko z potworem ze Skaro, ale ten z jakiegoś powodu...nie chce jej ektserminować!
Scorpiusa” otwiera scena z niejakim Paulem Huntem, którego o trzeciej nad ranem budzi telefon. Jego rozmówca wypowiada tylko jedno słowo: Scorpius. Tymczasem ludzkość prowadzi wojnę z androidami. Konflikt nie idzie najlepiej, tym niemniej w jego trakcie poznajemy naszą protagonistkę, panią admirał Karen Brett. Jej hardość i ambicja wydają się jedyną możliwością zwycięstwa, a jednak prezydent Duncan Levinson nie jest tego taki pewien...

GWIAZDY
Zacznijmy od tego, jacy są i jak postępują tytułowi bohaterowie obu opowieści. W „Inwaazji...” Dalekowie prezentują się nieźle. Są okrutni i posłuszni jedynie swym starszym stopniem odpowiednikom, a jeżeli robią coś, hm, niedalekowego, to ma to fabularne uzasadnienie. Świetny jest też Dalek Naczelny, który to jest na tyle sprytny, że potrafi wciągnąć bohaterkę, Susan Mendes, w, nazwijmy to, psychologiczna grę. Dwa i pół punktu na trzy. Nie pełne trzy, bo jednak chciałoby się Daleków kapkę więcej, skoro to ich opowieść.
A co z Cybermanami w „Scorpiusie”? Ano jest ich tyle, co kot napłakał. Dwie sztuki, które pojawiają się na jedną, lub dwie sceny co jakiś czas. Fabularnie ma to sens i słucha się tego z zaciekawieniem, zaryzykowałbym, że z większym, niż historii o Dalekach, no ale...Dwóch Cybermanów? Dwóch Cybermanów? DWÓCH CYBERMANÓW? ;) Półtora punktu na trzy, niemal wyłącznie za jakość działań blaszaków, bo ilościowo...

CO I JAK
Od strony fabularnej „Inwazja Daleków” prezentuje się nieźle, choć nie wybitnie. Ot, Dalekowie wszczynają wojnę z ludzkim imperium (znowu...) i biorą wielu ludzi w niewole, coby ci wydobywali dla nich pewien minerał, którego promieniowanie uszkadza obwody w pancerzach puszek. (Dlatego nie wydobywają sami.) Tym niemniej dodatkowe atuty to chociażby wspomniane psychologiczne pogrywanie Daleka Naczelnego z ludzką bohaterką czy choćby tajemnice związane z wieloma postaciami z drugiego planu. Dwa punkty na trzy, bo jednak „szkielet” opowieści jest mało oryginalny.
Scorpius” to w zasadzie opowieść wojenno-polityczna, i to dobra. Cybermani mieszają się w wojnę ludzi i androidów, choć nie wiadomo, po czyjej są stronie. (That would be telling ;) )Zwroty akcji się mnożą i nie są naiwne, a w tle mamy jeszcze tytułowy, tajemniczy projekt Scorpius, ewidentnie związany tak z ludźmi jak i Cybermanami. Trzy punkty na trzy.

POSTACI LUDZKIE
Ludzkie postaci to zdecydowanie mocna strona obu dziełek. W Dalekowej opowieści mamy Susan (czy, jak woli, by się ją nazywano, Sus), która to jest osóbką bardzo odważną i ofiarną, a kiedy myśli, że nie ma już nic do stracenia umie nawet postawić się Dalekom dla dobra innych niewolników. Równie fajny jest Alby, który oprócz tajemniczej przeszłości, ma też sumienie, które mocno go gryzie w związku z tym, że nie uratował Sus. A poza tym jest też całkiem zabawny. Trzy na trzy punkty.
W „Scorpiusie” wszystko koncentruje się na postaci Karen Brett, i dobrze. To fantastyczna osoba, świetnie też ją wprowadzono – sceną, która nie ma znaczenia dla całości, ale doskonale ukazuje jej charakter. Odważna, groźna, bezkompromisowa...A jednak jest tylko człowiekiem i da się ją złamać. W tle jest też kolaborujący z Cybermanami Paul Hunt – nie dowiadujemy się o nim niemalże nic, ale te kilka scen z nim nie gorzej pokazują, jaka z niego gnida. Brawo, także trzy na trzy.

TECHNIKALIA
Inwazja Daleków” jest technicznie poprawna i tylko poprawna. Temat muzyczny nie wpada jakoś za bardzo w ucho a i Dalek Naczelny mógłby brzmieć mniej zwyczajnie – zbyt przypomina głosem swych niższych rangą kolegów. Niemniej źle nie jest, to tylko detale. Dwa punkty na trzy.
Cybermańska historia ma jedno z tych drobnych uchybień – Cyber-Kontroler, jeden z wspomnianych dwóch Cybermanów brzmi jak jego kolega-szeregowiec, za to czołówka brzmi naprawdę fajnie – i kończy się pewnym lekko upiornym akcentem :) Poza tym nie ma żadnych problemów, nawet gdy postaci, mówią przez radio czy coś, brzmią zrozumiale. Dwa i pół punktu.

WYNIK PIERWSZEJ BITWY
Miło mi ogłosić, iż w pierwszej bitwie naszej wojny Dalekowo-Cybermanowej wygrywają Cybermani! Pokonali Daleków o pół punktu, dziesięć na dwanaście do dziewięciu i pół na dwanaście. Tak właśnie jest – słuchowisko cybermańskie jest kapeczkę lepsze, od dalekowego. Dosłownie o włos. Oba bowiem są świetne i oba każdemu polecam. A już wkrótce Dalekowie otrzymają szansę na rewanż, w drugiej bitwie. Zapraszam :)

wtorek, 30 czerwca 2015

Bardzo ważne pytanie!

Ludziska kochane, jutro zaczyna się lipiec. W związku z tym zaordynować chciałem nowy miesiąc tematyczny, niestety pomysły są dwa i nie wiem, który wybrać.


 
Pomysł I : Wielka wojna Dalekowo-Cybermańska

Istnieją sobie dwa cykle słuchowisk skupione wokół najbardziej ikonicznych wrogów Doktora, Daleków i Cybermanów. "The Dalek Empire" oraz "Cyberman". Mają po cztery części, toteż można by je parami zestawić, co dałoby cztery recenzje-pojedynki. A potem zobaczymy, która frakcja wygra więcej starć :)

Pomysł II: Epoki

Jeśli wybierzecie tę opcję, czekać Was będzie podróż po różnych epokach w historii Matki Ziemi - obiecać mogę m.in pojedynek piracki, w stylu dzikiego zachodu oraz spotkanie z Tudorami. To oczywiście nie wszystko, ale jedno miejsce pozwolę sobie zostawić w ramach niespodzianki :)


Ankiety nie ma po co robić, i tak się zlisi, jak zawsze, toteż piszcie w komentarzach co wolicie :)

wtorek, 23 czerwca 2015

Książka/Fanfiction: To dziwne uczucie

Witajcie. Na dziś, wraz z Kabanosem...
Strzałeczka, Internety!
...przygotowaliśmy recenzję wyjątkową, bowiem tyczącą się produktu nielicencjonowanego. Pierwszy i najpewniej ostatni raz.
Ano. Aczkolwiek ze względu na chociażby objętość owego nie ma powodu, by nie traktować bo poważnie. Oto więc...

TO DZIWNE UCZUCIE
DOKTOR: Ósmy Doktor
WRÓG: Płaczące Anioły, Dalekowie

Zanim jednak recenzja zacznie się na dobre: zdajemy sobie z Kabanosem sprawę, iż możemy zostać oskarżeni o brak obiektywizmu, wszak autorka omawianego dzieła nieraz wspomogła naszego bloga chociażby poprzez stworzenie cudnego loga, które zobaczyć możecie na górze strony, czy też kilku innych bajerów, toteż recenzję poprowadzi ktoś inny.
Tak jest! Serdecznie, w mordę jeża, witamy...
...profesora Charlesa Francisa Phenomenusa!





Cześć, chłopcy! Witam czytelników bloga, to dla mnie zaszczyt!
Cała przyjemność po naszej stronie, panie profesorze. Gotowy?
Jak nigdy! Do dzieła!

NA POCZĄTKU BYŁY POSĄGI
Historia ta zaczyna się jak rasowy horror, brrrrr! Mamy zwyczajną niańkę, jej podopiecznych oraz...dziwacznego anioła z, jak się kobitce wydaje, marmuru. Czy w takim razie już po sympatycznych Ziemianach? Czy opowieść otworzy efektowny zgon? Skądże, Doktor czuwa! Czuwa i ratuje towarzycho, a jak! Tylko, że coś jest kapeczkę nie w porządku. Znam to, tak samo miałem wtedy, gdy pokazałem moim protegowanym kosmiczny kokon a oni stwierdzili, że to zwyczajny arbuz jest. Ale wracając do tematu, to, co martwi naszego sympatycznego ufoka to pytanie: czemu Anioły zaatakowały akurat tych ludzi w tym miejscu i o tym czasie?


KTO I CO?
Postaci, chłopcy i dziewczęta, postaci! Ósmy Doktor, więc z najmniej spójną osobowością ze wszystkich z racji tego, że głównie pojawiał się w mediach pobocznego nurtu tu wyszedł dobrze. Ma swoją pulę zachowań, brak mu jakichś przeczących sobie postępowań czy odstępstw od charakteru, a więc najoczywistszych uchybień brak. Dalej mamy postaci Ziemian wplątanych w całą intrygę: dzieci to po prostu dzieci, o ile coś kosmicznego się z nimi nie dzieje zachowują się jak każde. Teraz dorośli: jak ojciec szkrabów, niejaki Mariusz, nie oszalał od wszystkiego, co go spotkało pozostanie chyba na zawsze tajemnicą autorki, ale dobrze, że nie oszalał. Miłe z niego chłopię, ofiarne, odważne i z dużą dozą samozaparcia. Dla kontrastu opiekunka dzieci, Zofia, to wredne, irytujące babsko chcące, żeby wszystko było prostsze. Kochana, pomyśl o nas! Gdyby nie przydarzyło ci się tyle skomplikowanych rzeczy, to nam dużo nudniej by się czytało! Kończąc akapit, napisałbym coś jeszcze o wrogach, ale przez większość czasu są to szeregowe i/lub bezmyślne jednostki, a gdy to się zmienia i zastępuje ich ktoś wyższej rangi, to...noooo powiedzmy, że trzeba by tu ujawnić tożsamość tego ktosia, a tego nie chcecie! Zwrot akcji roku!

PO CO I JAK?
Kto mi powie, co jest najważniejsze w dobrej historii? Fabuła, rzecz jasna! W omawianej powieści jest. Powiem więcej – jest dobra! Mamy tu, prawda, wspomnianą już wcześniej zagadkę, która z czasem coraz bardziej się komplikuje ze względu na popularnie zwane czaso-maso oraz dużo skomplikowanych kwestii technicznych. Tylko, że...w pewnym momencie zbytni nacisk kładzie się na to ostatnie – czytelnik chciałby już dostać wskazówkę odnośnie tego, co się wyprawia, a dostaje długie strony środka stylistycznego, który niewtajemniczeni nazywają technobełkotem. Jeśli jednak mogę coś czytelnikom doradzić, to nie poddawajcie się: po jakimś czasie akcja rusza z kopyta aż miło popatrzeć! Aż do stuprocentowo metafizycznego finału. No, może prawie stuprocentowo: ostatnie wersy z siłą młota pneumatycznego przypominają nam: to jest jednak fanfiction!

TECHNIKA UCHYBIENIA
Z góry przepraszam, serce mi krwawi, ale, jak mawiał Wasz były prezydent: nie chcem, ale muszem. Chodzi tu o drobnostki, ale jest ich dużo. Niepotrzebnie udziwniony spis treści. Trochę literówek z nagminnie powtarzanym Scaro (Skaro, autorko, Skaro!) i drobne błędy językowe. (Gallifrey → gallifreyski, nie gallifreyański! Dlaczego? Ponieważ analogicznie byłoby Ziemia → ziemski, a nie ziemiański. ) Fatalne tłumaczenie skrótu Tardis. Drobne błędy typu brak zasady „Wizerunek Anioła staje się Aniołem” (Pod koniec jest próba zrobienia z tym czegoś, jednak z jakiegoś powodu najwyraźniej porzucona) czy pomyłka odnośnie tożsamości Prezydenta Gallifrey, który wyrzucił z planety niejaką Rani – nie był to Rassilon. Tyle przynajmniej, że żadne z powyższych niedociągnięć nie generuje żadnego rodzaju fabularnych kłopotów. Natomiast na plus oceniam styl – w mało którym fanfictionie mamy na tyle bogate i zgrabne opisy chociażby.

CZAS
Z mojej strony to już chyba tyle. Będę się żegnał.
Dziękujemy bardzo, panie profesorze.
I ja dziękuję! Do usłyszenia!
Do usłyszenia. Zanim na dobre zakończymy: Kabanos, chcesz coś może dodać?
Jasne! Siadać i czytać tę historię, Internety! Nie wszystko może gra i buczy, ale warto poświęcić na nią chwiluńkę, bo w porównaniu z wieloma licencjonowanymi nie wypada tragicznie, a przeciwnie!
Dokładnie tak. Polecamy.

poniedziałek, 18 maja 2015

Cyberkobieta

Witajcie w kolejnej recenzji miesiąca spin-offów. Dziś wraz z Kabanosem...
Strzałeczka, Internety!
...zajmiemy się serialem "Torchwood". Konkretniej odcinkiem z pierwszej jego serii zatytułowanym "Cyberkobieta".
Będzie grubo, w mordę jeża, będzie!

SERIAL: Torchwood
ODCINEK: Cyberkobieta

ZARYS
Na początek przedstawisz nam zarys całego serialu? Zapewne nie wszyscy go znają.
Jasne. Torchwood to taka organizacja zajmująca się robieniem PAC (Pacyfikowanie Agresywnych Czubów) kosmitom. W jej skład wchodzą:
- Jack Harkness, trochę stonowany w stosunku do DW, rzadziej rzucający żartami czerstwymi jak bułki na śniadanie we Wronkach
- Gwen Cooper, dziunia, która nie posiada ani odrobiny osobowości, ale za to ma narzeczonego przed którym stara się ukrywać istnienie kosmitów i Torchwood
- Ianto Jones, także bez osobowości, ale za to z dziewczyną zmienioną trochę w Cybermana - sami zobaczycie
- Toshiko Sato, nieśmiała, zahukana hakerka, której przeszłość ni ch...oroby nie pasuje do obecnego zachowania
- Owen Harper, który przez kosmitę przeżył tragedię i teraz reaguje pianą, jeśli mu się współczuje. A jeszcze większą pianą, jeśli się tego nie robi.
Dziękujemy Ci za ten wstęp. Już chyba widzicie, z jakim produktem będziemy mieć do czynienia, prawda? Do recenzji!

TAJEMNICA
Ianto skrywa przed kolegami pewien sekret - w jednym z pomieszczeń bazy Torchwood ukrywa on swoją dziewczynę, która w trakcie wydarzeń z finału drugiej serii DW została częściowo skonwertowana przez Cybermanów i...
Stój. Prrr! Jak częściowo? Przeca to były blaszaki z równoległej Ziemi, oni wycinali mózgownice, tego nie da się zrobić częściowo! To ci z planety Mendas...
Mondas.
Wsio-ryba, i nie przerywaj, bo kopnę w szyję i zabiję! To ci z planety Mondas zamykali całych delikwentów w puszkach!
Ja to wiem. Niestety, RTD i spółka najwyraźniej nie. Tak czy siak Jones sprowadza nawet naukowca, który ma pomóc jego lubej.
Biedny osiołek nie wie, co go czeka...

JEDEN
Strona techniczna to mocna strona "Cyberkobiety". Jedyna.
No, zbroja skonwertowanej trochę dziuni wygląda gracko, podobnie jak prehistoryczny pieszczoch Jacka, pterodaktyl.
Obrażenia też wypadają nieźle - nie spoilerujemy, ale wygląd ofiar naszej robocicy powoduje, że można dostać gęsiej skórki.

PSYCHOZA
Teraz czas na ocenę charakterów postaci. Toshiko i Jack mają jakiś tam udział w akcji, ale charakterów w zasadzie nie prezentują.
Jak dla mnie to nie wada!
W sumie jak się patrzy na całość serialu... No ale nieważne. Gwen i Owen zaczynają z kolei, przepraszam za wyrażenie, lecieć na siebie, oczywiście bez jakiegokolwiek uzasadnienia...
Uzasadnienie jest: w tym serialu każdy leci na każdego!
Trafna uwaga. Poza tym pannę Cooper trzeba jeszcze uratować przed zabiciem. Standard tego typu historii. Oczywiście najwięcej czasu antenowego ma Ianto, ale ze względu na to, iż, jak wspomnieliśmy, czegoś takiego jak osobowość nie posiada...
Durnota ziomka ma przez jakiś czas uzasadnienie – chce pomóc swojej skonwertowanej-ale-nie-do-końca dziuni, no ale jak już na oko widać, że nic się zrobić nie da, mógłby użyć mózgownicy.
Nie da się ukryć – tej postaci przez połowę odcinka się współczuje i ją rozumie, ale za długo się to ciągnie – z czasem widz ma narastającej głupoty Ianto zwyczajnie dość.

PODSUMOWANIE
W dużym skrócie jest tak: da się dobrze bawić przy tej historii, o ile jesteśmy nastawieni tylko na efektowną akcję i nic poza tym.
Bo poza tym „Cyberkobieta” zawiera takie, w mordę jeża, wspaniałości, jak błędy rzeczowe typu tego z rodzajem przerabiania na Cybermana, postacie dzielące się na głupsze, niż ustawa przewiduje oraz totalnie nijakie i trochę krwi i flaków.
Dokładnie. Taki odpowiednik filmów sensacyjnych klasy C w świecie DW. Polecamy tylko fanom takich klimatów.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                              Do bani:
- Akcja                                                                                              - Postaci
- Efekty                                                                                            - Miałka fabuła
                                                                                                         - Błędy rzeczowe

sobota, 9 maja 2015

Pojedynek spin-offowy: "Szczęki Orthrusa" kontra "Śmierć Doktora"

Witajcie w pierwszej recenzji miesiąca spin-offów. Zmęczyłem się chwilowo Ósmym Doktorem i Ciemnooką, postanowiłem więc zrecenzować kilka produktów z pobocznej gałęzi Whoniwersum. Na pierwszy ogień od razu dwa w śmiertelnym pojedynku!

SERIAL: K9
ODCINEK: Szczęki Orthrusa

VS

SERIAL: Przygody Sary Jane
ODCINEK: Śmierć Doktora, cz. 1 i 2

WSTĘP
Dla nieznających obu produkcji: K9 opowiada o grupce dzieciaków - Starkym, Dariusie i Jorje - którzy żyją w futurystycznej Wielkiej Brytanii rządzonej przez organizację zwaną Departamentem, dowodzonej przez tajemniczego Lomaxa i mającej poważne ciągoty totalitarne. Podwładni Lomaxa to tzw. Inspektorzy - m.in mama Jorje czy Drake, o którym więcej później. Starkey i Jorje przypadkiem trafiając do laboratorium naukowca nazwiskiem Gryffen są świadkami, jak z maszyny, nad którą nasz jajogłowy pracuje na polecenie Departamentu wychodzą agresywni kosmici zwani Jixenami a za nimi nie kto inny, jak K9. Który załatwia stwory używając samodestrukcji, a następnie...regeneruje! Dobrze czytacie, K9 umie się tu regenerować. Ja też w pierwszej chwili zacząłem się zastanawiać, czy ktoś nie podmienił mi tic-taców na jakieś halucynogeny, ale jednak nie. Tak czy owak tyle musicie wiedzieć o tym spin-offie przed lekturą samego pojedynku.
Jeśli chodzi o "Przygody Sary Jane" to tu jest dużo prościej, schemat mamy podobny, jak w DW: zwyczajni, przeciętni ludzie (tyle, że małoletni) trafiają na jakiegoś rodzaju kosmiczne zagrożenie oraz kogoś dobrego, kto już niejedno takie cudo widział i kto jest to w stanie bez start w żywych organizmach powstrzymać. W tym przypadku to oczywiście Sarah Jane. Wspomniane już małolaty mają na imię Rani (niezwiązana ze złą Władczynią Czasu zwyczajna nastoletnia Ziemianka) oraz Clyde* i zostają towarzyszami naszej frajer...chciałem powiedzieć bohaterki.
No i cacunio, skoro już z grubsza wiecie, o czym oba seriale są, przechodzimy do starcia!

FABUŁA
Podczas obywatelskiego protestu przeciwko wszczepianiu ludziom namierzających chipów K9 atakuje swoim laserem inspektora Drake'a. Mężczyzna, który od dawna chce poddać naszego robo-burka utylizacji, wreszcie ma ku temu prawną podstawę. Starkey rzecz jasna nie wierzy, by K9 był skłonny do takiego ataku, co jednak, gdy ukochany wóz Dariusa zostanie zdewastowany i "ozdobiony" napisem "K9 był tutaj"?
Cóż mogę powiedzieć? Dziur logicznych się nie dopatrzyłem, wszystko jest spójne ale dziesiątki seriali czy kreskówek dla dzieciaków miało identyczny wątek - oczywiście nie spoileruję, co i jak, ale wtórność bardzo bije po oczach. Półtora punktu.
W "Śmierci Doktora" Sarah otrzymuje od UNITu wiadomość o zgonie Władcy Czasu i wraz z dzieciakami wyrusza na jego pogrzeb. Zaproszono też inną towarzyszkę naszego herosa, Jo Grant. Nietrudno chyba zgadnąć, iż wszystko jest jedną wielką ściemą?
No właśnie, istotnie nietrudno. Ponieważ z góry bardzo wiele wiadomo, przyznaję dwa punkty na trzy.

TYTUŁOWI BOHATEROWIE
Jaki jest w tej historii K9? Bardzo fajny. Z oczywistych przyczyn ma nieco więcej osobowości, niż w oryginalnym DW, ale to nadal bardzo oddany swoim organicznym przyjaciołom piesek. Dla ich dobra jest nawet gotowy oddać się w ręce Departamentu. Może niezbyt mądrze, ale szlachetnie. Trzy punkty.
Sarah nieszczególnie się zmieniła pod względem charakteru od czasu DW – nadal jest dosyć naiwna, niby nie wierzy, że Doktor mógłby sobie nie poradzić i zaliczyć zgon, ale w tym, że na pogrzeb zaproszono łącznie z nią zaledwie dwie towarzyszki nie widzi już nic dziwnego. Potem natomiast stara się radzić sobie jak może z całą odwagą i doświadczeniem, jakie ma. Nieźle jej to nawet wychodzi, dwa i pół punktu.

POZOSTAŁE POSTACI
Jakby to ładnie ująć...Dzieciaki w "Szczękach Orthrusa" są maksymalnie sztampowe. Starkey to idealistyczny buntownik, a Darius - przeciwnie, jest tchórzem i oportunistą. Obaj oczywiście się nie lubią - ale Jorje już owszem. Ona z kolei to...taki żeński Starkey i nic poza tym. Weźcie, proszę was Na trzy postaci dwie są identyczne? Jak tak można? Dla kontrastu dorośli są fantastyczni: Gryffen to nie typowy jajogłowy naukowiec, ale ktoś, kogo złamała życiowa tragedia, mama Jorje jest służbistką, która jednak jest równie wymagająca dla jej równych jak i dla tych będących niżej w hierarchii, a Drake...Drake to genialny czarny charakter. Wredne spojrzenie, nikczemny uśmiech, metalowa dłoń dzierżąca okutą stalą laseczkę... Nie mówię, że powala oryginalnością, ale to zdecydowanie najlepsza postać w K9. Za wszystkich przyznaję po półtora punktu.
Rani i Clyde wypadają lepiej od kolegów z serialu o mechanicznym psie. Ona to odważna, zadziorna dziewuszka, a on to nie mniej dzielny, ale bardziej chłodno myślący i zachowawczy dzieciak. Wrogowie, niejacy Shansheethowie mają dosyć sztampową motywację, ale są też nawet dosyć skuteczni...jak na postaci, którym przeznaczone jest ponieść porażkę. Mają też ziemskiego sojusznika, jako nawet takiego, ale jego tożsamości nie zdradzę. Spoilers, sweeties :)
Pozostaje jeszcze nieszczęsna Jo. Russel T. Davies nie miał pojęcia na temat w zasadzie jakiejkolwiek postaci, której sam nie wymyślił, co pokazało chociażby „School Reunion” i Sarah twierdząca, że durzyła się w Doktorze za czasów wspólnych podróży, ale trzeba przyznać, że po pewnym czasie w tu omawianym spin-offie panna Smith zaczęła z grubsza siebie przypominać. Niestety, Jo miała tylko ten jeden występ. I z kobitki gadatliwej, ale nie chorobliwie, zrobiono nieumiejącą stulić pysia nawet na moment wariatkę. Tego puścić płazem nie mogę, również półtora punktu – choć inne postaci nie są złe, za taką zbrodnię nie mógłbym z czystym sumieniem dać „Śmierci...” większej ilości punktów niż „Szczękom...”. Nawet mimo tego, że pojawia się ktoś jeszcze z oryginalnego DW i jest napisany poprawnie.

STRONA TECHNICZNA
Nie mam zastrzeżeń do „Szczęk Orthrusa”, poza pewną ubogością efektów. Jest ich po prostu mało. Są dobre, ale ich mało. Ot, jakieś promienie lasera czy departamentowe drony, fajnie wykonane, ale chciałoby się więcej. Dwa punkty na trzy.
Śmierć Doktora” ma równie efektowne efekty, typu na przykład sprytną teleportację czy proces tworzenia pewnego artefaktu. Natomiast Shansheethowie... Boziu kochana, nie. Po prostu nie. Nie jest tak, że wyglądają jakoś archaicznie, przeciwnie, ale... Ten, kto zaprojektował te stwory powinien spieprzyć na Skaro. Sami zresztą zobaczcie

 Również dwa punkty na trzy.

WYNIK
Do zdobycia było dwanaście punkciaków. Z wielką przyjemnością ogłaszam, że...jest remis! Obie historie zdobyły po osiem punktów i nie powiem, że mnie to dziwi. Każda z nich ma sporo za przysłowiowymi uszami i nie zawsze ogląda się je bez zażenowania, ale jak na spin-offy nie jest tragicznie. Zwłaszcza w porównaniu do jeszcze innego, ostatniego spin-offa spod znaku Whoniwersum, o którym porozmawiamy sobie kiedy indziej.


* Skład towarzyszy Sary trochę się zmieniał w trakcie trwania serii, ale tu oceniam konkretny odcinek, więc i postaci w nim wystepujące.

poniedziałek, 4 maja 2015

Antologia słuchowisk: Ciemnooka II

DARK EYES II



1: Zdrada*
2: Biały pokój
3: Widnokrąg Czasu
4: Oczy Mistrza

FABUŁA W PIGULE
Pierwszy segment sequelu "Ciemnookiej" opowiada o Liv Chence - lekarce nazywanej przez rodaków Zdrajczynią. Jest ona bowiem gotowa nawet na kolaborację, byleby ocalić jak najwięcej ludzi schwytanych przez Daleków, którym potrzebni są niewolnicy. Na ten sam glob, na którym przebywa kobieta, dostaje się Doktor. Ma do wykonania tajemniczą misję...
"Biały pokój" to historia ponownego spotkania naszego herosa z Molly O' Sullivan. Władca Czasu wraz z nią zajmuje się sprawą zaginięć młodych dezerterów, która, jak się okaże, ma związek z pewnymi jego wrogami, którzy upodobali sobie broń biologiczną...
W "Widnokręgu Czasu" Tardis zabiera Doktora i Molly na sam koniec wszechświata. Tymczasem Liv budzi się z hibernacji na wielkim statku kosmicznym. Dzieją się na nim dziwne rzeczy, a i pozostali członkowie załogi mają trochę do ukrycia. Sytuacja zaognia się, gdy Doktor i Liv stają twarzą w twarz...
"Oczy Mistrza" są z kolei historią starcia Doktora, Molly i Liv z, rzecz jasna, Mistrzem, który ma nie tylko nowy, diaboliczny plan, ale i własną towarzyszkę - niegdyś pracującą dla jego wroga, ale na skutek czaso-maso stojącą po jego stronie...

POSTACI
"Zdradzie" nie mam niczego do zarzucenia pod względem postaci. Doktor ewidentnie wie coś, czego nie wiedzą słuchacze i działa pod presją. Liv jest także świetna z jej ofiarnością i przemożną chęcią wybrania mniejszego zła a całość uzupełniają drugoplanowe postaci antydalekowego ruchu oporu oraz Dalek Kontroler Czasu - ciekawy łącznik z poprzednią częścią.
W "Białym pokoju" powraca Molly O'Sullivan, odpowiednio ,,ułagodzona" życiem we względnym pokoju czasów dwudziestolecia międzywojennego. Postaci poboczne mają to do siebie, że kilka razy z sojuszników Doktora stają się jego, może nie wrogami, ale stają po przeciwnej stronie barykady, co jest na plus, aczkolwiek momentami wychodzi z nich pewna sztampowość. Nie jest źle, ale do ideału nieco brakuje tym bardziej, że jeśli zna się słuchowiska wprowadzające obecnych i tu wrogów Doktora, łatwo wpaść na to, kim oni są.
Trzeci segment, ,,Widnokrąg Czasu" wypada pod tym względem kapkę lepiej. Załoga statku to mniej szablonowe postaci, z własnymi charakterami i tajemnicami. Jak się okaże, oprócz wspomnianych w wydarzenia tego segmentu wmieszany jest ktoś jeszcze, ale bez spoilerów. No i skomplikowane relacje Doktora i Liv zdecydowanie na plus.
Finał ,,Ciemnookiej II", „Oczy Mistrza” ma nieco mniej postaci, niż poprzednie segmenty, niemniej nie jest to wada. Ślepy staruszek znany dobrze Molly jest bardzo wiarygodnie napisany, wspomniane relacje dwóch towarzyszek Doktora dalej ewoluują, a Liv nadal nie jest oszczędzana przez los, że tak powiem. Idealny jest Mistrz z jego powagą przeplataną ciętym humorem, natomiast jego towarzyszka...Cóż, wydaje się mieć charakter zbyt dalece inny, niż gdy ją poznaliśmy i trochę się to gryzie z powodem, dla którego pracuje ona dla złego Władcy Czasu. Hipnoza? Owszem, też, ale zazwyczaj nie zmieniała na tyle osobowości ofiary.

FABUŁA
,,Zdrada" ma niezgorszą fabułę. Niby nic niezwykłego - ot misja infiltracyjna na statku Daleków w wykonaniu Doktora - ale ma coś w sobie. Przede wszystkim ze względu na trudne decyzje bohaterów i zaskakujący finał. Choć poważną wadą jest fakt, iż w jednej ze scen puszki ze Skaro...nie poznają Doktora! Gdybyż to jeszcze miało jakieś uzasadnienie...
,,Biały pokój" koncentruje się na tajemniczej zarazie oraz zniknięciach dezerterów, ale w końcu przechodzi w nieco zawiłe, metafizyczne czaso-maso. Wszystko to nie jest złe, ale też i nie powala. Ot średnia, może nie nudna, ale daleka od wciągającej jak odkurzacz historia.
W ,,Widnokręgu Czasu" z pozoru otrzymujemy prostą historię o kilkorgu ludzi uwięzionych na statku będącym areną dziwacznych wydarzeń. Gdy jednak do akcji wchodzi pewna potężna siła oraz wielki biznes (!) wszystko się zagęszcza. Chyba nawet trochę za bardzo, bo wątki zdają się być pozamykane z trudem.
No i wreszcie czas na ,,Oczy Mistrza". Fabuła kręci się wokół jednego z najlepszych planów złego Władcy Czasu, jakie kiedykolwiek wymyślił. Coś genialnego. Także konkluzja tejże historii nie pozostawia wiele do życzenia – za pomocą nieskomplikowanego czaso-maso elegancko zazębia się z pierwszym segmentem. Jeszcze rada: gdy na końcu usłyszycie temat muzyczny DW, poczekajcie jeszcze chwilę – jest bonusowa scena po nim!

STRONA TECHNICZNA
Podobnie, jak w pierwszej części, nie mam zastrzeżeń. Sporo kosmitów ma w jakiś sposób zmodyfikowane głosy, ale pozostają one w pełni zrozumiałe. U wszystkich aktorów podkładających głosy postaciom czuć świetnie oddane emocje, a już najlepiej pod tym względem wypada Mistrz i wcielający się w niego A. Macqeen. Swoim głosem nadał złemu Władcy Czasu nieuchwytne coś, co mieli zarówno panowie Delgado (UNITowy Mistrz) jak i Ainley (Mistrz-Tremas)

ZAKRĘCENIE
Pierwszy segment jest zakręcony umiarkowanie. Nabiera trochę czaso-maso rumieńców z perspektywy całości, ale sam w sobie nie przesadza z zagmatwaniem. Choć w żadnym razie nie można go nazwać prostackim. Raczej...przeciętnym
W „Białym pokoju” jest już inaczej – wrogowie Doktora jakoby gonią własny ogon starając się powstrzymać coś, do czego doprowadziła ich chęć powstrzymania tego. Moim zdaniem jest to trochę bardziej pogmatwana kwestia, niż w poprzedniej historii.
Jeśli chodzi o „Widnokrąg Czasu”, to całość czasowych zawirowań wynika z faktu, iż Liv jest już po wydarzeniach ze „Zdrady”, a Doktor jeszcze nie. Może nie jest to wiele, ale ciekawie gmatwa sytuację.
Oczy Mistrza” prezentują podobny poziom zakręcenia. Głównym aspektem jest fakt wspomnianej już towarzyszki Mistrza i tego, w jaki sposób znalazła się po jego stronie – niewielki element, przyznacie. No i oczywiście to, że Doktor nadal jest przed wydarzeniami z pierwszego segmentu.

PODSUMOWANIE
W porównaniu z pierwszą częścią „Ciemnookiej” jest lepiej. Nadal wprawdzie mamy tylko jedną świetną historię, ale innym nie brakuje aż tak wiele do miana dobrych. Wobec czego cała antologia po pierwszej, wybitnie średniej części za drugą otrzymuje ode mnie ocenę „Niezła”. A jakie będą kolejne części? Przekonamy się niedługo.





* Zdrada” bo „The Traitor” po angielsku nie określa jasno, czy chodzi o „zdrajcę” czy „zdrajczynię”. Zdrajczynią nazywa się Liv, ale potem to ktoś płci męskiej dokonuje aktu zdrady.

piątek, 17 kwietnia 2015

Antologia słuchowisk: Ciemnooka

Witajcie. W najbliższych tygodniach mam zamiar zrecenzować wszystkie antologie słuchowisk z cyklu "Ciemnooka" z Ósmym Doktorem. Nie jest to łatwe zadanie, wcześniej nie pisałem o produkcjach będących swoistymi zbiorami opowiadań. Świadomy jestem, że wymagać one będą innego, niż dotychczas recenzowane dzieła podejścia, dlatego każdy z segmentów porównam w następujących kwestiach: postaci, fabuła, strona techniczna oraz...zakręcenie. Taak, to ostatnie może się wydać dziwne, ale zapewniam: do tych antologii pasuje jak ulał. Zanim przejdziemy do recenzji per se: wyżej wymienione kwestie mierzone będą w specjalnej skali od jednego do pięciu Moffatów, gdzie jeden oznacza, że daną kwestię twórcy kompletnie olali. Trzy to przeciętność a pięć świadczyć będzie, iż w tej sprawie "wyciśnięto" z historii absolutne maksimum. No, starczy wstępu - do recenzji!

 DARK EYES



1: Wielka wojna
2: Uciekinierzy
3: Splątana sieć
4: X i Dalekowie



TREŚĆ W PIGULE
W pierwszej z historii zrozpaczonego śmiercią Lucie Miller Doktora odwiedza Gallifreyczyk imieniem Straxus. Oferuje naszemu herosowi nową misję a wraz z nią powód, by dalej żyć. Doktor trafia do czasów pierwszej wojny światowej i poznaje tam Molly O' Sullivan, młodą sanitariuszkę - ochotniczkę. Wraz z dziewczyną musi stawić czoła pozaziemskiej broni biologicznej...
Kolejny segment, "Uciekinierzy", zaczyna się od tajemniczej sceny, w której Molly stwierdza, iż kiedyś już była na pokładzie Tardisa choć nie pamięta, kiedy. Jakby tego było mało, budka nie jest w stanie umożliwić dziewczynie zrozumienia innych ras, czego Doktor już kompletnie nie pojmuje. Nie ma jednak czasu na zastanowienie - musi wraz z Ziemianką uciec przed Dalekami, a ci są wszędzie, gdzie nasi bohaterowie. Czy to na planecie-kurorcie, czy w ziemskim domu Doktora, gdzie czekają naukowcy budujący coś na zlecenie naszego herosa z przyszłości...
"Splątana sieć" przedstawia nam pewne wydarzenie z dzieciństwa Molly. Doktor uznaje, iż to ono jest przyczyną dziwacznej więzi dziewczyny z Tardisem, która to pozwala jej perfekcyjnie kontrolować pojazd. Tymczasem Dalekowie nie zaprzestają pościgu, a wprost przeciwnie. Zapędzają Doktora i Molly w kozi róg w jaskini, przy czym nagle stwierdzają, iż chcą naszego herosa...uratować!
Finalny segment to "X i Dalekowie". Straxus ginie ratując Doktora i Molly, tymczasem oni sami lądują na planecie, której radiacja uniemożliwia Gallifreyczykom regenerację. Nasz heros próbuje obejść współrzędne, które na początku "Wielkiej wojny" ustawili w Tardisie Władcy Czasu, ale nie wie, iż ci ostatni są o krok przed nim...

POSTACI
Postaci w "Wielkiej wojnie", nawet te drugoplanowe, to istne majstersztyki. Molly chociażby ma, podobnie jak serialowa Clara, poważną obsesję kontroli, niemniej doskonale uzasadnioną: w jej otoczeniu to daje większą szansę na przeżycie. Równie fajne i z krwi i kości są postaci innych pielegniarek: jedna młodsza, rozkojarzona, optymistyczna i ciapowata, czy starsza, także rangą: nieprzyjemna i oschła. (Molly też ma takie momenty, ale nie jest taka zawsze.) Tajemniczy czarny charakter chcący zabić Doktora jest fajny, choć w kluczowym momencie zawodzi go inteligencja i popełnia idiotyczny błąd. U Doktora natomiast fajne jest to, iż próbuje z całych sił walczyć z marazmem i zwątpieniem, jakie go ogarnęło po stracie Lucie, i robić swoje.
W "Uciekinierach" już tak dobrze nie jest: Doktor i Molly wprawdzie nadal mają wyżej wymienione zalety, natomiast osoby z drugiego planu, których trochę się przewija, to sztampa. A jeśli już pojawia się ktoś ciekawszy to tylko po to, by szybko wyzionąć ducha. O czarnych charakterach nie można powiedzieć wiele, na tym etapie mają podsycać ciekawość słuchacza i to robią.
"Splątana sieć" postaci drugoplanowych w zasadzie nie ma. Szkoda, bo obserwujemy w tym segmencie działanie innych, niż dotychczas wrogów. Szkoda tylko, że zabrakło wyjaśnienia, kim są. No i Doktor w jednym momencie jednak poddający się zwątpieniu...Słabo.
W finale też nie występuje zbyt wiele postaci pobocznych, skupiono się bardziej na wrogach, choć jedna, niezła osobistość (pełen pozytywnych cech mężczyzna, któremu Dalekowie wybili rodzinę) też jest. Natomiast co do Doktora i Molly...Nie jest to wada charakterologiczna, ale mają oni wyraźnie mniej pola do popisu niż w pozostałych segmentach. Oczywiście, swoje robią, toż to główni bohaterowie, ale nie poświęcono im aż tyle miejsca. Co jednak nie dziwi, gdy poznajemy tożsamość osobnika współpracującego z Dalekiem Kontrolerem Czasu – głównym złym.

FABUŁA
Do pierwszego segmentu mam jeden zarzut: jest to fabularna kontynuacja słuchowiskowej serii „Przygody Ósmego Doktora”, aczkolwiek jakoś zapomniano o tym wspomnieć w opisach i tym podobnych. Da się załapać, co i jak bez znajomości wyżej wymienionych, ale parę drobnych problemów to nastręcza. Poza jednak tym detalem fabuła „Wielkiej wojny” jest przednia, pełna świetnych zwrotów akcji i napięcia. Najlepsza spośród wszystkich segmentów.
Z „Uciekinierami” jest taki problem, że, choć ucieczka naszych bohaterów po różnych miejscach i światach przed Dalekami jest zajmująca, to trwa trochę zbyt długo i zaczyna nużyć. Oczywiście twórcy starali się zrównoważyć to fabularnymi zagadkami czy delikatnym czaso-maso, i trochę pomogło. Nie na tyle, by fabularnie segment ten stał się jakimś ósmym cudem świata, niemniej tragiczny nie jest.
Splątana sieć” do pewnego momentu zdaje się iść w tym samym kierunku, by potem niespodziewanie cisnąć Doktora w dość groteskowe środowisko i rzucić kilka cwanych aluzji na temat przyszłości jego, Daleków i Gallifrey. Okazuje się to być sprytnym spiskiem, ostatecznie jednak niemalże niewyjaśnionym. Zważywszy na jego nikłą ważność fabularną można się zastanawiać, po co to w ogóle było. Dobrze chociaż, że retrospekcje z dzieciństwa Molly uratowały nieco całą opowieść.
Co do segmentu „X i Dalekowie”, to, jak zobaczycie w akapicie poświęconym zakręceniu, ilość czaso-maso na minutę przekroczyła wszelkie unijne normy, ale udało się w miarę przyzwoicie zamknąć najważniejsze wątki całości. Są oczywiście wady typu parokrotne użycie deus-ex machiny, ale w sumie wychodzi jako tako. Przynajmniej się nie pogubiono.

STRONA TECHNICZNA
O stronie technicznej nie ma co mówić zbyt wiele, wszak stoi na niemal jednakowym poziomie we wszystkich segmentach. Niemal. Otóż bowiem ważnym elementem kampanii reklamowej „Ciemnookiej” był fakt, iż na okładce Ósmy Doktor pojawić się miał w nowym stroju i z nowym fryzem. Tak też się stało. Czemu więc pierwszy segment tak uparcie zwraca uwagę, iż nasz heros nosi stare wdzianko i ogólnie wygląda po staremu? Ktoś za to powinien spieprzyć na Skaro i to szybko. Niemniej poza tym jest dobrze. Postaci w każdej z czterech historii brzmią doskonale, czuć w ich głosach stosowne emocje, nie ma też żadnych kiksów w stylu udziwnionych głosów kosmitów utrudniających zrozumienie. Modelowo.

ZAKRĘCENIE
Zanim zacznę ten akapit, uwaga techniczna: w przypadku zakręcenia nie jest, jak w innych kategoriach. Wyższa ocena w tym aspekcie nie musi koniecznie oznaczać czegoś pozytywnego, jest to taka kategoria, gdzie przekroczenie pewnej granicy jest zagłaskaniem pieska na śmierć :)

Wielka wojna” jest zakręcona umiarkowanie. (Jak na DW oczywiście.) Nie ma jakichś szczególnie zawiłych zabaw z czasem, wszystko jest dosyć proste i sensowne.
Czaso-maso zaczyna się w drugim segmencie, choć w bardzo łagodnej postaci. Ot, ktoś wykonuje zadanie na zlecenie Doktora a potem się okazuje, że z perspektywy naszego herosa ów dopiero wyda takie polecenie w przyszłości. Ładne i proste.
Splątana sieć” oferuje nam równie proste zagmatwanie, acz polegające na czymś innym, niż zabawy z czasem. Na czym? Oczywiście nie spoileruję, ale przypomina to pewną popularną trylogię filmów science-fiction. Po prostu wyższa szkoła robienia ofiar w trąbę :)
Nooo i wreszcie creme de la creme zakręcenia, „X i Dalekowie”. Nigdy, ani w DW, ani w innych produkcjach nie widziałem czegoś równie pokręconego. Ktoś jednoznacznie zły okazuje się być nową wersją innej postaci, już tak niekoniecznie złej, (Ale ta poprzednia nadal istnieje!) jest mnóstwo zabijania samego siebie z przyszłości i przeszłości, przepisywanie czasu... Jak zobaczycie w poniższej tabelce, segment ten otrzymał za zakręcenie ocenę 6 (słownie sześć) Moffatów na 5. O czymś to chyba świadczy, prawda? :)

WERDYKTY
Poniżej skromne zestawienie każdej z historii składających się na „Ciemnooką” w czterech kategoriach. Tytułem podsumowania: jaka była ta antologia? Dosyć nierówna i średnia. Fanom Ósmego Doktora mogę polecić, (bądźcie jednak świadomi wad) natomiast dla reszty będzie to coś bardzo przeciętnego.


czwartek, 26 marca 2015

Słuchowisko: Pasjans

Niebiański Zabawkarz to taka postać, o której nawet wielu zagorzałych Whowian nie słyszało. Pojawił się w historii z Pierwszym Doktorem i miał wrócić za czasów Szóstego, niemniej nie było mu to dane. Od czego jednak Big Finish? :)

Niniejszej recenzji dokonuję na prośbę Marty, która na Ask.fm poprosiła o zrecenzowanie słuchowiska z Charley Pollard.


SOLITAIRE
WYSTĘPUJE: Charley Pollard
WRÓG: Niebiański Zabawkarz, Gra

DZWONEK DO DRZWI
Młoda dziewczyna pozbawiona pamięci budzi się w sklepie z zabawkami. Jego tajemniczy właściciel pokazuje jej asortyment, w tym także pacynkę, która, po tym, jak dziewczyna wkłada do niej rękę, jej własnym głosem mówi: "Charley, to ja, Doktor! On mnie tu uwięził! Uciekaj albo dopadnie i ciebie!" Łatwo powiedzieć :-) Aby wyjść, Charley musi pokonać tajemniczego Zabawkarza w jego własnej grze.

PÓŁKA
Choć jest to słuchowisko z serii "Kroniki towarzyszy" ma ono formę zwykłego - tzn. Charley nie jest narratorką, a tylko bohaterką historii. I, niestety, to, że akurat ją wybrano, jest moim podstawowym zarzutem. Postać ta bowiem ma bardzo sztampowy charakter, zazwyczaj przykrywany przez bardzo skomplikowane czaso-maso, którego jest elementem, lub ogólną psychodeliczność sytuacji, w której ląduje. Tu nie ma żadnej z tych rzeczy, otoczenie jest, jak na standardy Whoniwersum, umiarkowanie pokręcone, a brak Doktora bardzo uwypukla "zwykłość" panny Pollard. Niestety, nie lepiej jest z Zabawkarzem. O ile początkowo bardzo wyrafinowany i przebiegły z niego wróg, to stopniowo traci nad wszystkim kontrolę...

KONCEPT
Sam pomysł na wciągnięcie kogoś do dziwacznej gry to nic oryginalnego, można go spotkać w wielu filmach czy książkach, ale w tym przypadku to nie razi - koncept przeprowadzono pomysłowo i z wyobraźnią. Choć, niestety, większość zwrotów akcji łatwo przewidzieć, (każdy, naprawdę każdy w trakcie słuchania zgadnie, jak kończy się próba opuszczenia gry) nawet nie będąc zaznajomionym z podobnymi historiami spoza Whoniwersum, ostateczny numer wycięty Zabawkarzowi satysfakcjonuje i dopełnia całości.

NA KOŃCU JĘZYKA
Jak to zwykle w "Kronikach towarzyszy", mamy równiutko trzy głosy. Charley, w którą to wcielająca się aktorka wykonała dobrą, plastyczną robotę doskonale oddając gardziołkiem całą gamę emocji. Odrobinę gorzej wypadł Zabawkarz - podkładający za niego głos aktor czasem zbytnio się wczuwa i brzmi mniej poważnie, niż powinien. Na szczęście to tylko kilka momentów. Trzeci głos należy do samej gry i słyszymy go najrzadziej, ale jakoś mi nie podpasował. Brzmi jak mroczniejszy Zabawkarz, a jednego już mamy :-) Co do poziomu językowego, nie trzeba znać angielskiego jakoś wybitnie, by zrozumieć to słuchowisko...może poza początkową, skomplikowaną szaradą Zabawkarza. Ale ona nie jest zbyt istotna fabularnie.

WERDYKT
Łatwo się domyślić werdyktu, prawda? Totalny średniak. Nie zgrzytasz zębami słuchając, ale wyraźnie czujesz, że mogłoby być lepiej. Niemniej także zważywszy na krótkość (dwie, półgodzinne części) nie jest tragicznie.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                         Do bani:
- Pomysł                                                                                      - Sztampowa Charley
- Finał                                                                                          - Przewidywalne zwroty akcji

wtorek, 24 marca 2015

Słuchowisko: Proces Valeyarda


TRIAL OF THE VALEYARD
DOKTOR: Szósty Doktor
WRÓG: Valeyard

Ironia losu. Tylko tak można nazwać to, co mnie spotkało. Ja, Valeyard, który niegdyś doprowadziłem do wytoczenia procesu przeciw Doktorowi sam stoję na sali sądowej jako oskarżony i...

E! Co tu jest grane, internecie ty?! Czemu masz czajnik na bani?

A kim ty jesteś, prymitywna istoto?

Tylko nie prymitywna! Bo z kałacha wyjadę! Jestem Kabanos i byłem na większej ilości procesów, niż możesz se wyobrazić! Mam opowiedzieć internetom o twoim!

Chyba kpisz. O moim procesie mogę opowiadać ja i tylko ja! Choć w swojej wielkoduszności pozwalam, byś mi asystował.

A pizdnął cię ktoś kiedyś?

Nie będę kontynuował tej pyskówki, bezrozumna istoto. Mamy coś do zrobienia! Wszystko zaczyna się od deja vu, którego doświadcza Doktor, zostając wbrew woli przetransportowanym na gallifreyską stację kosmiczną.

Tym razem jednak gallifreyskie łajdusy powiatowe będą sądziły kogoś innego a Doktor ma go...bronić! I to na własną prośbę oskarżonego. Co ci, debilu, przyszło do tego zakutego w czajnik łba?

Jestem po prostu geniuszem. Wiedziałem, że Doktor nie oprze się zagadce: czemu wybrałem akurat jego? A gdybym został skazany, nie poznałby odpowiedzi!

Taak... W procesie bierze udział także Inkwizytorka, ta znana z rozprawy Doktora i nawet w tym samym wcieleniu z tym, że...zachowująca się jakoś inaczej. Mniej spokojnie, mniej sprawiedliwie...

Też to zauważyłem. Poważna usterka. Niemniej historia mojego dzieciństwa to coś świetnego, zgodzisz się, ograniczony bycie?

Zgodzę, czajnikowy łbie. Warto się zapoznać z twoim procesem choćby i dla niej samej. No i te tajemnice Gallifrey z nią związane... Cacunio. A w ogóle to szacun za to, co zrobiłeś potem. Oczywiście nie spoileruję, ale genialne zagranie.

Jestem bardzo dobry w byciu złym. Ale co by nie powiedzieć, Doktor też spisał się dobrze. Zademonstrował najlepsze cechy swojego szóstego wcielenia, zarówno te humorystyczne jak i bardziej merytoryczne.

Szkoda tylko, że zakończenie zawodzi, jeszcze bardziej mącąc zamiast podać rozwiązanie.

Ano szkoda. Taka istota, jak ja zasługuje, by Wszechświat poznał prawdę na jej temat.

Niemniej wszystkim internetom gorąco polecamy. Krótkie, ale dobre słuchowisko.

Zalety:                                                                                            Do chrzanu:
- Valeyard przewspaniały                                                                               - Inkwizytorka jak nie ona
- Niewiele gorszy Doktor                                                                               - Zakończenie
- Retrospekcje