czwartek, 26 marca 2015

Słuchowisko: Pasjans

Niebiański Zabawkarz to taka postać, o której nawet wielu zagorzałych Whowian nie słyszało. Pojawił się w historii z Pierwszym Doktorem i miał wrócić za czasów Szóstego, niemniej nie było mu to dane. Od czego jednak Big Finish? :)

Niniejszej recenzji dokonuję na prośbę Marty, która na Ask.fm poprosiła o zrecenzowanie słuchowiska z Charley Pollard.


SOLITAIRE
WYSTĘPUJE: Charley Pollard
WRÓG: Niebiański Zabawkarz, Gra

DZWONEK DO DRZWI
Młoda dziewczyna pozbawiona pamięci budzi się w sklepie z zabawkami. Jego tajemniczy właściciel pokazuje jej asortyment, w tym także pacynkę, która, po tym, jak dziewczyna wkłada do niej rękę, jej własnym głosem mówi: "Charley, to ja, Doktor! On mnie tu uwięził! Uciekaj albo dopadnie i ciebie!" Łatwo powiedzieć :-) Aby wyjść, Charley musi pokonać tajemniczego Zabawkarza w jego własnej grze.

PÓŁKA
Choć jest to słuchowisko z serii "Kroniki towarzyszy" ma ono formę zwykłego - tzn. Charley nie jest narratorką, a tylko bohaterką historii. I, niestety, to, że akurat ją wybrano, jest moim podstawowym zarzutem. Postać ta bowiem ma bardzo sztampowy charakter, zazwyczaj przykrywany przez bardzo skomplikowane czaso-maso, którego jest elementem, lub ogólną psychodeliczność sytuacji, w której ląduje. Tu nie ma żadnej z tych rzeczy, otoczenie jest, jak na standardy Whoniwersum, umiarkowanie pokręcone, a brak Doktora bardzo uwypukla "zwykłość" panny Pollard. Niestety, nie lepiej jest z Zabawkarzem. O ile początkowo bardzo wyrafinowany i przebiegły z niego wróg, to stopniowo traci nad wszystkim kontrolę...

KONCEPT
Sam pomysł na wciągnięcie kogoś do dziwacznej gry to nic oryginalnego, można go spotkać w wielu filmach czy książkach, ale w tym przypadku to nie razi - koncept przeprowadzono pomysłowo i z wyobraźnią. Choć, niestety, większość zwrotów akcji łatwo przewidzieć, (każdy, naprawdę każdy w trakcie słuchania zgadnie, jak kończy się próba opuszczenia gry) nawet nie będąc zaznajomionym z podobnymi historiami spoza Whoniwersum, ostateczny numer wycięty Zabawkarzowi satysfakcjonuje i dopełnia całości.

NA KOŃCU JĘZYKA
Jak to zwykle w "Kronikach towarzyszy", mamy równiutko trzy głosy. Charley, w którą to wcielająca się aktorka wykonała dobrą, plastyczną robotę doskonale oddając gardziołkiem całą gamę emocji. Odrobinę gorzej wypadł Zabawkarz - podkładający za niego głos aktor czasem zbytnio się wczuwa i brzmi mniej poważnie, niż powinien. Na szczęście to tylko kilka momentów. Trzeci głos należy do samej gry i słyszymy go najrzadziej, ale jakoś mi nie podpasował. Brzmi jak mroczniejszy Zabawkarz, a jednego już mamy :-) Co do poziomu językowego, nie trzeba znać angielskiego jakoś wybitnie, by zrozumieć to słuchowisko...może poza początkową, skomplikowaną szaradą Zabawkarza. Ale ona nie jest zbyt istotna fabularnie.

WERDYKT
Łatwo się domyślić werdyktu, prawda? Totalny średniak. Nie zgrzytasz zębami słuchając, ale wyraźnie czujesz, że mogłoby być lepiej. Niemniej także zważywszy na krótkość (dwie, półgodzinne części) nie jest tragicznie.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                         Do bani:
- Pomysł                                                                                      - Sztampowa Charley
- Finał                                                                                          - Przewidywalne zwroty akcji

wtorek, 24 marca 2015

Słuchowisko: Proces Valeyarda


TRIAL OF THE VALEYARD
DOKTOR: Szósty Doktor
WRÓG: Valeyard

Ironia losu. Tylko tak można nazwać to, co mnie spotkało. Ja, Valeyard, który niegdyś doprowadziłem do wytoczenia procesu przeciw Doktorowi sam stoję na sali sądowej jako oskarżony i...

E! Co tu jest grane, internecie ty?! Czemu masz czajnik na bani?

A kim ty jesteś, prymitywna istoto?

Tylko nie prymitywna! Bo z kałacha wyjadę! Jestem Kabanos i byłem na większej ilości procesów, niż możesz se wyobrazić! Mam opowiedzieć internetom o twoim!

Chyba kpisz. O moim procesie mogę opowiadać ja i tylko ja! Choć w swojej wielkoduszności pozwalam, byś mi asystował.

A pizdnął cię ktoś kiedyś?

Nie będę kontynuował tej pyskówki, bezrozumna istoto. Mamy coś do zrobienia! Wszystko zaczyna się od deja vu, którego doświadcza Doktor, zostając wbrew woli przetransportowanym na gallifreyską stację kosmiczną.

Tym razem jednak gallifreyskie łajdusy powiatowe będą sądziły kogoś innego a Doktor ma go...bronić! I to na własną prośbę oskarżonego. Co ci, debilu, przyszło do tego zakutego w czajnik łba?

Jestem po prostu geniuszem. Wiedziałem, że Doktor nie oprze się zagadce: czemu wybrałem akurat jego? A gdybym został skazany, nie poznałby odpowiedzi!

Taak... W procesie bierze udział także Inkwizytorka, ta znana z rozprawy Doktora i nawet w tym samym wcieleniu z tym, że...zachowująca się jakoś inaczej. Mniej spokojnie, mniej sprawiedliwie...

Też to zauważyłem. Poważna usterka. Niemniej historia mojego dzieciństwa to coś świetnego, zgodzisz się, ograniczony bycie?

Zgodzę, czajnikowy łbie. Warto się zapoznać z twoim procesem choćby i dla niej samej. No i te tajemnice Gallifrey z nią związane... Cacunio. A w ogóle to szacun za to, co zrobiłeś potem. Oczywiście nie spoileruję, ale genialne zagranie.

Jestem bardzo dobry w byciu złym. Ale co by nie powiedzieć, Doktor też spisał się dobrze. Zademonstrował najlepsze cechy swojego szóstego wcielenia, zarówno te humorystyczne jak i bardziej merytoryczne.

Szkoda tylko, że zakończenie zawodzi, jeszcze bardziej mącąc zamiast podać rozwiązanie.

Ano szkoda. Taka istota, jak ja zasługuje, by Wszechświat poznał prawdę na jej temat.

Niemniej wszystkim internetom gorąco polecamy. Krótkie, ale dobre słuchowisko.

Zalety:                                                                                            Do chrzanu:
- Valeyard przewspaniały                                                                               - Inkwizytorka jak nie ona
- Niewiele gorszy Doktor                                                                               - Zakończenie
- Retrospekcje  

wtorek, 17 marca 2015

Książka: Matryca


MATRIX
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace
WRÓG: Golemy, Valeyard

ZAGUBIENI W CZASIE
Tardis z Doktorem i Ace na pokładzie ląduje w idyllicznej, nadmorskiej mieścinie. Władca Czasu jest dziwacznie smutny i pogrążony w melancholii, co martwi jego towarzyszkę. Nie ma ona jednak zbyt wiele czasu na zastanowienie - z morza wyłania się bowiem konstrukt mający jeden cel: zabić naszych bohaterów. To jednak nie wszystko - coś zmienia bieg historii, zwiększając ilość ofiar Kuby Rozpruwacza, co ma katastrofalne następstwa dla Wielkiej Brytanii a także byłych towarzyszy Doktora - Iana i Barbary.

PROBLEMY
Zawsze to powtarzam - średniaki to najtrudniejszy materiał do recenzji. Ponownie okazuje się to prawdą, książka ta to mieszanina elementów świetnych oraz diablo wtórnych, "wrzuconych" do opowieści na siłę, coby zwiększyć objętość. Ace walczy z wewnętrznym, dzikim ja o swoje człowieczeństwo? Było w "Survival" i to lepiej. Doktor świadomie pozbywający się swojej tożsamości? "Human Nature" się kłania, z tym, że tam miało to ręce i nogi. Makabryczny cyrk? Jak w "The Greatest Show in the Galaxy", tam jednak był on osią fabuły, nie dorzuconym przypadkowo elementem. Poza tym... wiecie, Ace jest bardzo fajna, ale traci tę fajność, gdy skupi się na jej postaci trzy czwarte książki w maksymalnie rozwleczony sposób i ograniczy "fantastyczność" fragmentów do minimum.

WSZYSTKIE ŻALE WYLANE...
...można więc przejść do przyjemniejszej części. Plan Valeyarda to coś genialnego. Może kapkę zatrąca deus ex machiną ale jest naprawdę przedni. Oczywiście nie spoileruję, ale powiem tak: w wielu sytuacjach Doktor musiał wybierać między nieoczywistym dobrem czy złem. Zawsze wybierał właściwie...prawda? Kolejna zaleta to język powieści: barwny i bogaty w opisy, które czasami pokazują, jak wielką wyobraźnią dysponowali autorzy. (Np. opis wnętrza Tardisa Valeyarda.)

POSTACI
Jak już wspomniałem, Doktora jest mało. Za mało. Podobnie zresztą rzecz się ma z Valeyardem, który to z ukrycia wychodzi bardzo późno. Co do reszty:Ace w zasadzie zachowywała się jak powinna, z tym, że ze względu na "mroczność" książki sporo z rzeczy, które napotkała nie mogłyby być ukazane w serialu takim, jak DW. Niemniej gdyby było inaczej, zapewne ujrzelibyśmy taką Ace, jak w tej opowieści. Pobocznych postaci jest cała chmara i są dosyć schematyczne (Nikczemny właściciel cyrku, jego upośledzony sługa itp.) choć niektóre przypominają trochę osobistości z pereł literatury - np. lokalny ksiądz podobny jest do Frolla z "Dzwonnika z Notre Dame". Pojawia się też pewna niezwykle tajemnicza postać, która pomaga Doktorowi, ale kim jest musicie już dojść sami :)

SPRAWA JĘZYKA
Książka ta wymaga dobrej znajomości angielskiego - sporo tam skomplikowanych zwrotów oraz mniej lub bardziej udanych stylizacji wypowiedzi na osiemnasty wiek, bo tam dzieje się akcja dużej części książki. Z racji jej poziomu, jeśli bardzo biegli w narzeczu Szekspira nie jesteście, nie męczcie się - są lepsze książki :) Aczkolwiek czując się w nim mocnymi, bez przeszkód możecie spróbować, nie nastawiając się na fajerwerki.

I TO BY BYŁO NA TYLE
Nie ma już zbyt wiele do dodania. Kolejna trudna recenzja koncertowo wykonana :) Cytując film "Siedmiu Samurajów": Znów się udało przeżyć. A w przyszłym tygodniu ostatnia recenzja naszego miesiąca Valeyarda: udamy się na proces, który złej części Doktora wytoczyli Władcy Czasu!

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                               Do bani:
- Plan Valeyarda                                                                               - Dłużyzny fabularne
- Postaci                                                                                         - Za mało Doktora i Valeyarda
- Język powieści                                                                               - Wtórność

poniedziałek, 9 marca 2015

Słuchowisko: Szydzi z blizn...

Po wielu trudach i kłopotach wreszcie się udało. Oto jest pierwsza recenzja miesiąca Valeyarda!

HE JESTS AT SCARS...
WYSTĘPUJE: Valeyard
TOWARZYSZE: Ellie Martin
WRÓG: Melanie Bush

NIESPODZIANKA
Gdzieś w kosmosie, w więzieniu pełnym niezliczonych ras, śmiertelnie groźna kobieta czeka na dogodny moment, by wypełnić swoją misję. Od tego, czy jej się uda, zależy los wszystkich światów, a zadanie do łatwych nie należy. Kobieta musi bowiem zakończyć życie okrutnego tyrana znanego niegdyś jako... Doktor! I tylko ona, lady Melanie Jane Bush może tego dokonać! Jej tułaczka zaczęła się dziesięć lat wcześniej, tuż po tym, jak Doktor i jego złe alter-ego, Valeyard, spotkali się na pamiętnym procesie...

ALTERNATYWA
Historia ta pochodzi z cyklu słuchowisk "Doktor Who bez granic" i przedstawia nam alternatywną wersję wydarzeń, w której Valeyard zdobył pozostałe regeneracje Doktora i stał się nieśmiertelnym bytem będącym hybrydą jego i pochłoniętych wcieleń. Obserwujemy, jak Valeyard zmienia wszechświat wedle swojego widzimisię, coś jest z nim jednak nie w porządku...Ma też towarzyszkę, ale o niej za chwilę. Na razie skupmy się na naszym "złym": jego pomysły na zmiany w czasie nie są jakoś wybitnie oryginalne, ale wypełnia je z dużym rozmachem, no i w gruncie rzeczy bardzo fajnie je przedstawiono: coś z ery Pierwszego Doktora, jakaś broń z czasów Trzeciego, czy lokalizacja, którą odwiedził Czwarty... Bomba. Choć w gruncie rzeczy nasuwa się jedna myśl: "nowy" Valeyard nie jest oczywiście ani trochę dobry, jak Doktor, ale siebie z czasów "Procesu Władcy Czasu" też średnio przypomina. Co nie jest jednak wcale nie na miejscu, jak się okaże.

ZAGADKA
Wspomniałem o towarzyszce? Nazywa się Ellie Martin i, jak sądzę, ma jakiś stopień upośledzenia umysłowego. Jak inaczej wyjaśnić, że przez większość czasu w zasadzie nie dostrzega konsekwencji działań Valeyarda? A on bynajmniej się z nimi nie kryje. Poza tym tyle razy jej groził w trakcie tych osiemdziesięciu minut... (Tyle trwa słuchowisko) Owszem, dziewuszka ma swoje momenty, gdzie błyszczy (choćby przemowa na temat pewnego poważnego błędu, jaki poczynił Valuś) ale to zdecydowanie niezbyt dobrze napisana postać. Z Melanie jest lepiej, choć niestety w zasadzie pominięto etap, w którym jej charakter ewoluował w to, co widzimy podczas ostatecznego starcia. Niemniej to wciąż ta sama dziewuszka, którą znamy z serialu, tylko postawiona w okropnej sytuacji.

POSTACI POBOCZNE
Na drugim planie nie ma zbyt wielu postaci. Współwięźniarka Melanie, która w zasadzie służy temu, by panna Bush miała do kogo gadać, oraz Prezydent Gallifrey i jego asystent. Ci dwaj pojawiają się na krótko, ale są fenomenalni. Niby grzeczni i kulturalni, ale jednocześnie niezbyt rozgarnięci, zepsuci i zakochani w biurokracji. Dopiero, gdy dochodzi do kataklizmu, który dotknie ich osobiście, zaczynają używać mózgów. Brzmi to może, jak materiał na śmieszne postaci, ale oni nie bawią. Raczej martwią słuchacza, bo z takimi przedstawicielami władzy często można się zetknąć w realnym świecie.

GŁOSY
Jeśli chodzi o stronę techniczną, jest mało efektownie, ale poprawnie. Aktorzy dobrze wczuwają sie w swoje postaci, słychać u nich emocje, i w ogóle... Poza tym raz czy dwa mamy do czynienia z...hm, dźwiękowym przedstawieniem czasowych anomalii. Niezgorsze, choć za pierwszym razem można to łatwo pomylić z problemami technicznymi :)

FINAŁY
Zakończenie jest fajne, ale nie powala. Średnio sensownie dorzucono gmatwający wszystko wątek z...nazwijmy to czymś w stylu filmu "Matrix", w zasadzie nie wiadomo, po co. Bez tego też by się obyło, nie trzeba by było w zasadzie zmieniać aż tak wiele. Ale sam ostatni zwrot akcji jest bardzo poruszający i dobrze wieńczy całą opowieść.  A czy generalnie polecam tę historię? Owszem, bo choć nie jest arcydziełem, słucha się jej z przyjemnością. A fanom lekkiego czaso-maso pomieszanego z "co by było, gdyby..." spodoba się nawet bardziej.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                                  Do bani:
- Pomysł                                                                           - Bezmózga towarzyszka Valeyarda
- Strona techniczna                                                            - Finał mógłby być jednak lepszy
- Większość postaci

wtorek, 3 marca 2015

Pojedynek wielodoktorowy

Cześć. Miałem dziś rozpocząć na blogu miesiąc Valeyarda, niestety jednak zacznie się on w przyszłym tygodniu – Tardis Wiki zrobiła mnie w trąbę podając, że Valuś jest jednym z bohaterów książki „The Tomorrow Windows” a w rzeczywistości w jednej ze scen Doktor widzi swoje wcielenia z przyszłości, a jedną z nich przy dużej dozie wyobraźni można wziąć za naszego czarnego charaktera. Tak czy inaczej osoba odpowiedzialna za podanie błędnej informacji na doktorowej wikipedii niedługo spotka się osobiście z Kabanosem, który to postara się dociec przyczyn tegoż haniebnego czynu. A ja tymczasem, ponieważ potrzebuję czasu na zapoznanie się z innym medium zawierającym Valeyarda na dziś proponuję Wam wielodoktorowy pojedynek.

THE LIGHT AT THE END
DOKTOR: Czwarty Doktor, Piąty Doktor, Szósty Doktor, Siódmy Doktor, Ósmy Doktor
TOWARZYSZE: Leela, Nyssa, Peri Brown, Ace, Charley Pollard
WRÓG: Mistrz, Veesowie

VS

THE DAY OF THE DOCTOR
DOKTOR: Wojenny Doktor, Dziesiąty Doktor, Jedenasty Doktor
TOWARZYSZE: Clara Oswald
WRÓG: Zygoni

FABUŁA
Słuchowisko „The Light...” zaczyna się od idyllicznej sceny w brytyjskiej mieścinie. Bawiące się wesoło dzieci, ich szczęśliwy i dumny tata... Bajka. Aż nagle, z nicości wyłania się niebieska budka... Tymczasem gdzieś indziej zły Władca Czasu zawiera z równie amoralnymi stworami umowę, na mocy której dostarczą mu oni potrzebne wyposażenie za pomocą którego ma on zamiar zrobić poważną krzywdę swojemu wrogowi... Tymczasem z nieznanych przyczyn Tardis z Ósmym Doktorem oraz Charley na pokładzie wchodzi w tryb samozniszczenia!
W odcinku „The Day...” Jedenasty Doktor i Clara spotykają się po raz pierwszy od czasu makabrycznego starcia z Wielką Inteligencją na Trenzalore. Okazuje się także, że UNIT potrzebuje pomocy naszego herosa i wykazuje się nadgorliwością przenosząc naszą ulubioną budkę helikopterem. Tymczasem w przeszłości Dziesiąty Doktor flirtuje z królową Elżbietą I, a w znacznie mniej ziemskich realiach, konkretniej na Gallifrey, Wojenny Doktor robi Dalekom kuku przy okazji wypalając na okolicznych ściankach napis „Nigdy więcej” by potem skraść ze skarbca Władców Czasu najpotężniejszą broń masowej zagłady zwaną Moment. Nie wie, że posiada ona swoją świadomość i doprowadzi do spotkania trzech wcieleń...

DOKTORZY
Obie te historie powstały celem uczczenia rocznicy pięćdziesięciu lat serialu. Logiczne więc, że powinno w nich być tylu Doktorów, ile wlezie. Jak jednak wyszło naprawdę?
„The Light...” skupia się na Doktorach 4-8, których odgrywają ci sami aktorzy, co w serialu. Jako, że Big Finish nie posiada praw do współczesnych Doktorów, nie mam pretensji, że postawiono na klasycznych. Maluśki problem leży w czymś innym. Pojawiają się bowiem także Doktorzy 1-3, z racji tego że odtwórcy ich ról już niestety nie żyją, zastąpiono ich – i to nie byle kim! Pierwszemu głosu użycza odtwórca roli Iana Chestertona a Drugiemu – odtwórca roli Jamiego. Trzeciego gra już niezwiązany z serialem (ale ze słuchowiskami – i owszem) aktor. Wszyscy trzej sprawdzili się dobrze, boli więc, że role ich Doktorów ogromnie ograniczono. Jest ich po prostu za mało. Dobrze chociaż, że główniejsze dla opowieści wcielenia dają czadu, a nacisk kładziony jest na ich najbardziej charakterystyczne cechy. Dwa punkty na trzy.
„The Day...” niestety mocno zawodzi. Jedenasty jest świetny, jak zawsze, Dziesiąty dzięki geniuszowi Moffata zachowuje się całkiem doktorowo, natomiast Wojenny Doktor jest kapkę za mało poważny, a na takiego go przecież kreowano. Innych Doktorów nie ma. Wróć, mamy trwające ze dwie sekundy archiwalne sceny oraz nieruchomą makietę na końcu. Rozumiem, żyjący aktorzy grający klasycznych Doktorów się postarzeli, nie wyglądają już jak kiedyś. Ale czy problemem byłoby umieścić naszych tuzów sceny w jakichś drugoplanowych rolach? Nauczyciel rozmawiający z Clarą na początku, królewski żołnierz, ksiądz udzielający ślubu Dziesiątemu i Elżbiecie. Role w sam raz dla Davisona, McCoya i C. Bakera. Na samo zakończenie dostajemy jeszcze w zasadzie niefabularną scenę z Tomem Bakerem, która jest spoko, ale ponownie: czemu tylko on? Jeden punkt na trzy.

TOWARZYSZE
Słuchowisko zawiera bardzo dużo towarzyszy, (dobra, towarzyszek raczej, panowie mają po zdanie-dwa) jak możecie zobaczyć we wstępniaku. Samo w sobie jest to dobre, ale na przykład taka Leela jest dziksza, niż ustawa przewiduje. No sorry, w serialu była agresywna, ale nie aż tak. Słabo wyeksponowano także postać Charley, u której brak charakterystycznych dla niej cech. Na szczęście Ace, Peri i Nyssa zostały napisane lepiej. Dwa punkciaki.
Odcinek w charakterze towarzyszki ma tylko Clarę. Jest fajna, to czasy jeszcze przed rozkwitem jej obsesji kontroli, ale przez większość czasu jest albo zbędna, albo przeciwnie – kreuje się ją na lepszą, niż Doktorzy (scena, gdy nasi herosi są uwięzieni) Można by to było trochę wypośrodkować – tak, aby cały czas była bardzo przydatna, ale nie niezastąpiona. Niemniej mogło być gorzej, a jej charakter jest spójny z poprzednimi występami. Również dwa punkty.

WROGOWIE
Wrogowie w „The Light...” to Mistrz oraz rasa robotycznych sprzedawców broni, Veesowie. Nasz czarny charakter znajduje się we wcieleniu UNIT-owym, zniekształconym po ciężkim zranieniu i jest świetny. Sprytny, okrutny, trochę szalony i z bardzo dobrym planem. Veesowie to może sztampowe, ale pasujące do roli jego wspólników kreatury dbające w zasadzie tylko o kasiorkę. Nie mam zarzutów, pełne trzy punkty.
„The Day...” ma kilka ujęć z Dalekami, natomiast w roli głównych złych występują potrzebni jak rybie ręcznik Zygoni. Okej, są fajni, wszystkie ich umiejętności zgadzają się z tymi sprzed lat, ale to rocznica, odcinek poświęcony końcowi Wojny Czasu i ma zaledwie kilka marnych scen, w których występują Dalekowie? Nie godzi się tak. Tym bardziej, że nawet motywacja Zygonów to śmiech na sali. Pół punktu.

POSTACI POBOCZNE
Słuchowisko ma tak wielu bohaterów, że na pobocznych właściwie nie mam miejsca, niemniej wciśnięto tam jedną sztukę – Ziemianina, który to wraz z rodziną stał się ofiarą Mistrza. Ot, zwykły gość, którego z każdą chwilą jest nam coraz bardziej żal. To jednak, że budzi emocje to bardzo duża zaleta. Świetne jest tez zakończenie z jego udziałem, dwa i pół punktu na trzy.
Odcinek to nie tylko powrót Kate Steward, córki Brygadiera, ale też i debiut Osgood, UNIT-owej pani naukowiec będącej nerdką i fanką Doktora. Ładna, fajna, sympatyczna... To ostatnie w przeciwieństwie do swojej szefowej :) Jest jeszcze królowa Elżbieta, trochę zbyt cwana, jak na mój gust, oraz Moment, który to przybrał wygląd pewnej ważnej w życiu Doktora postaci i ma świetne teksty. Również dwa i pół punktu.

STRONA TECHNICZNA
Słuchowisko trochę kuleje, jeśli chodzi o technikalia. Nie są to jakieś wielkie wady, ale dodanie ciężkiej, metalowej nuty do czołówki to przestępstwo. Czasami też głosy są kapkę zbyt ciche, niby ma to uzasadnienie (ktoś jest w dziurze w ziemi, itp.) ale utrudnia to rozumienie wypowiedzi. O głosach trochę już było w kategorii „Doktorzy”, więc tylko powtórzę: są świetne. Trzy punkty.
Nie mam w zasadzie nic do efektów w odcinku. Wszystko jest efektowne i ładne, choć Zygoni mogliby być kapkę mniej...różowi :) Po prostu wyglądaliby wtedy bardziej groźnie, a mniej dziwacznie, niemniej to najmniejszy problem z nimi związany. Dwa i pół punktu na trzy

ROZWIĄZANIA/ZAKOŃCZENIA
Pokonanie Mistrza w słuchowisku wymagało skomplikowanego czaso-maso z dodatkiem, jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, prostoty. Tak, jest jednocześnie proste i zawiłe, w równych proporcjach. Co mi osobiście przypadło do gustu. A kiedy już nasz czarny charakter dostaje łupnia, całość zostaje zamknięta elegancką klamrą wpasowania do kanonu oraz... sporą dawką humoru. Taak, ostatnia scena pozwala na solidną dawkę śmiechu. Pełne trzy punkty.
Jeżeli obiektywnie słaby „Dzień Doktora” w jakiejś dziedzinie błyszczy to jest to zdecydowanie rozwiązanie wątków. Sprytne wymanewrowanie Zygonów, decyzja Doktorów odnośnie Momentu... Oraz ostateczne zakończenie Wojny Czasu raz a dobrze. Mamy też wspomnianą namiastkę tego, co być powinno, z Tomem Bakerem, Lepszy rydz, niż nic, niemniej jest to zarzut odnośnie całego odcinka, a nie tej kategorii, gdyż w niej „The day...” jest perfekcyjne. Trzy punkty.

WERDYKT
Do zdobycia było osiemnaście punkciaków. Nie będzie chyba zaskoczeniem, gdy powiem, że zwyciężyło... „The Light at the End”! Uzyskało piętnaście i pół punktu, co jest dobrym wynikiem. Ma ono swoje wady, ale godnie uczciło pięćdziesiąt lat serialu.
„The Day of the Doctor” uzyskało zdecydowanie gorszy wynik, jedenaście i pół punktu. Nie jest to historia fatalna, tylko ze wszech miar średnia, owoc podjęcia przez Stevena Moffata kilku niezbyt trafionych decyzji odnośnie rocznicy. Były oczywiście i trafione, ale że raz było ich mało, a dwa ich efekty znalazły się na końcu epizodu...

Dziękuję za uwagę, zapraszam Was w poniedziałek na, już tym razem na pewno, pierwszą recenzję w miesiącu Valeyarda!