sobota, 26 grudnia 2015

"Mężowie River Song" - świąteczna recenzja specjalna

Witajcie świątecznie. Zazwyczaj nie recenzuję bieżących odcinków, ale wczorajszy świąteczny epizod był taaak urokliwy... Grzechem byłoby nie opisać. I nie, pod względem, ekhm, świąteczności "Mężowie River Song" to nie odcinek lepszy od "Opowieści Wigilijnej", pierwszego epizodu świątecznego pióra Stevena Moffata. Owa przygoda bowiem w kategorii świątecznej jest i będzie najlepsza. Tym niemniej "Mężowie..." jako odcinek per se jest więcej, niż miodzio.

Fabuła przedstawia się następująco: myśląc, że Doktor zginął na Trenzalore i nie wiedząc, jak wygląda jego dwunaste wcielenie River ponownie wyszła za mąż... więcej, niż raz. Jej wybrankiem stał się częściowo mechaniczny król Hydroflax. (Ciężko to wyjaśnić: król jest organicznym łbem, a jego robo-pancerz może pochłaniać inne istoty, po których pozostają absorbowane przezeń głowy  - dziwaczne i idiotyczne, ale jednocześnie w 110% pasujące do komediowej strony odcinka.) Monarcha ów potrzebuje medycznej pomocy, gdyż w jego mózgu tkwi uśmiercający go diament, który jest też celem pani Song. Wyszła za króla, by go z pomocą wspólników -  jej drugiego męża i najętego chirurga - zabić i odzyskać błyskotkę. Tak się jednak dzieje, że na skutek pomyłki miejsce tego ostatniego zajmuje Doktor. Zrozumiale zazdrosny o innych mężów River i wkurzony, że ta go nie poznaje. Szybko jednak postanawia grać w tę grę dalej i jednocześnie pomóc swojej lubej.

Wszystko to jest niebywale komiczne, przeplatane tylko czasami nutką smutnej goryczy - Doktor raz po raz otrzymuje dowody rzekomego braku uczuć River do niego - jakichkolwiek i kiedykolwiek. Oczywiście chyba nie zdradzę za wiele, jeśli powiem, że faktycznie są rzekome, a River go naprawdę kocha. Potem akcenty ulegają zmianie - zalążki komedii wplecione zostają w nastrojową i trochę smutną część historii z obowiązkowymi Śpiewającymi Wieżami w tle. No i cóż, wad nie ma właściwie żadnych, ani scenariuszowych ani aktorskich. Wszystko jest perfekcyjnie na swoim miejscu, nawet durne płatki śniegu w czołówce czy iście baśniowy napis na zakończenie. Alex Kingston to aktorska klasa sama w sobie, postaci poboczne zapadają w pamięć, ("odbiorca" diamentu na dłuugo pozostanie w mej świadomości) a geniuszu aktorskiego Petera Capaldiego żadne słowa nie oddadzą. Wszystko razem daje nam cudny i przepiękny epizod.

Na koniec jeszcze słóweczko o moich dwóch ulubionych scenach: pierwsza to podniosły monolog rżnącego przed River głupa Doktora, który to udaje, że wnętrze Tardisa widzi po raz pierwszy. Towarzysze - patrzcie i uczcie się, tak się to robi. Poważnie jednak, ta scena naprawdę mnie kupiła. Choć nie tak, jak druga...
Druga zaczyna się od monologu River na temat Doktora. Czemu nie jest jak zwykłe istoty, czemu nie da się go darzyć uczuciem takim, jakim by się je darzyło, et cetera, et cetera. A potem z małą pomocą naszego herosa pani Song wreszcie doznaje olśnienia.

"Witaj, skarbie"

wtorek, 22 grudnia 2015

Książki ze współczesnymi Doktorami: Kroniki Uroku (Wstęp do recenzji)

Witajcie przedświątecznie. Tak się szczęśliwie dla mnie złożyło, że w moje nikczemne łapska wpadła ostatnio trylogia książek "Kroniki Uroku" z Dwunastym Doktorem. Zanim przejdę do recenzowania poszczególnych tomów, chciałbym opowiedzieć Wam o kilku technicznych aspektach tychże książek. Zapraszam :)