sobota, 22 października 2016

"Klasa" jest klasa - recenzja pierwszego odcinka "Class"

Doktor Who” miał już trochę spin-offów. Przygody drużyny dowodzonej przez nieśmiertelnego kapitana, który za miliony lat może stać się wielką głową (i przestać rzucać czerstwe dowcipy), niemalże orwellowska przyszłość, którą ratuje mechaniczny burek o zaskakujących widza zdolnościach regeneracyjno-lewitacyjnych, czy zmagania zwyczajnych dzieciaków z kosmitami, w których to zmaganiach pomaga kobieta według dokumentu tożsamości nazywająca się jak dawna towarzyszka naszego ulubionego Władcy Czasu, ale nieprzypominająca jej zachowaniem… Do, hm, czterech razy sztuka, jak sądzę. No, może do trzech i pół, spin-off „K9” w przeciwieństwie do pozostałych nie był produkcją BBC.

Class” to najnowszy serial w uniwersum Doktora, opowiada o grupie nastolatków uczęszczających do akademii Coal Hill, placówki, do której uczęszczała onegdaj wnuczka Doktora, Susan. W pierwszej scenie bez ostrzeżenia rzuceni zostajemy w wir akcji widząc, jak jedna z nauczycielek i uczeń ukrywają się przed groźnym potworem nazywanym potem członkiem Rodu Cienia (Shadow Kin). Trwa to krótko, ale jest efektowne i dobitnie pokazuje, z czym będziemy mieć do czynienia. Co jest potem? Dzień jak co dzień w ogólniaku: problemy sercowe uczniaków, brak zrozumienia ze strony ich rodziców, wredni pedagodzy...* I w tych właśnie oparach okruchów życia przyjdzie nam poznać nowych protagonistów: April, Charliego, Tanyę i Rama. Oraz oczywiście panią Quill, nadętą i samolubną nauczycielkę, która ewidentnie chciałaby być gdzieś indziej. Im dalej, tym lepiej. To genialna w swej niesympatyczności postać, nawiasem mówiąc. Same nastolatki też są dobrze napisanymi, pełnokrwistymi charakterami, oczywiście, a pikanterii dodaje fakt, że jedno z nich, nie zdradzę, które, ma pewną niezwykłą tajemnicę… Taaak, bohaterowie to zdecydowanie mocna strona serialu tym bardziej, że wyraźnie zaakcentowano początki personalnych wątków każdego z nich. Oby zostały równie świetnie rozwinięte w przyszłości.

Wracając do fabuły, bohaterowie, a przynajmniej ich część, mimo uczucia prześladowania przez dziwaczny cień szykują się do mającego się wkrótce odbyć balu. A każdy fan popkultury wie, że taki bal to wymarzone pole do paranormalnej rozróby średnich rozmiarów. Wcześniej jednak wspomniana tajemnica jednego z naszych bohaterów wyjdzie na jaw, a kolejny z nich niechcący… połączy się z wodzem agresywnych najeźdźców z kosmosu dziwną więzią!

Pytanie: jak poradzić sobie z tym całym galimatiasem? Nie da się tego zrobić bez pomocy najbardziej charyzmatycznych brwi w całym Zjednoczonym Królestwie. Tak, w owym pilotowym odcinku pojawia się Dwunasty Doktor i pomaga bohaterom. Z epickością godną tornada i nowym śrubokrętem. Może nie wszystkim pomoże dokładnie tak, jakby sobie życzyli, ale nie jest dżinem z lampy, tylko szaleńcem z budki.

Łyżka dziegciu w tej cysternie pierwszorzędnego miodu: strona techniczna nie powala. Ród Cienia to niezbyt okazale wyglądające potwory niemalże skopiowane z odcinka czwartej serii współczesnej DW „Fires of Pompeii” a laserowa broń używana do walki z nimi nie licząc fajnego, symbiotycznego połączenia ze strzelcem wygląda jak tania zabawka. Także czołówka nie powala, choć bezpretensjonalna muzyczka jak najbardziej pasuje do klimatu szkoły średniej.

Ano właśnie, klimat. Mała herezja: nie lubię „Torchwood”. Nie kupuję sposobu, w jaki seria owa miała stać się czymś dla widza dorosłego, sposobu, którym przez całą pierwszy sezon (i jeszcze trochę potem) było wciskanie scen seksu w różnych konfiguracjach, zazwyczaj niezbyt sensownych z punktu widzenia fabularnego. Oczywiście „Class” nigdy nie miało aspiracji do bycia 18+, tym niemniej chciano zrobić coś niekoniecznie tak familijnego, jak DW. I poniekąd się udało, sposobem następującym: trup ściele się tu gęsto, siłą rzeczy juchy też jest co niemiara, jednakże pomysłowa praca kamery powoduje, że nawet wrażliwi na widok drogocennej, czerwonej cieczy nie powinni mieć problemów podczas seansu.

Podsumowując, na pierwszym odcinku „Class” bawiłem się doskonale. Zderzenie pokręconego świata Doktora ze szkolną rzeczywistością zakropiono odrobiną baśniowości z cyklu „zniszczone królestwo” i w środek wrzucono paczkę dzieciaków, których nie da się nie polubić, oraz ich nauczycielkę – którą będziemy kochać nienawidzić. Jeśli dalsze odcinki utrzymają poziom, czeka nas najlepszy spin-off w historii Whoniversum. Czego sobie i Wam życzę.



*Mimo, że sam piszący te słowa należy do tejże branży, to tak: bywamy wredni w tym fachu ;)