sobota, 26 sierpnia 2017

Top Siedem najbardziej odjechanych konceptów ze świata Doktora

Cześć. Po ogromnym sukcesie Top7 twórców nabrałem dzikiej ochoty na kolejną listę. Pewnie to jak zwykle tylko ja, ale czasami bywa tak, iż nawet, gdy jakieś dzieło nie jest za dobre, zachwycamy się pojedynczym jego konceptem. Oto przed Wami Top7 najbardziej odjechanych konceptów ze świata Doktora!

Zasada w zasadzie ( ;) ) jedna: tylko media, gdzie Doktor występuje bazowo. W przeciwnym rodzaju dzieła o np dawnych towarzyszach naszego herosa bez jego udziału zajęłyby całą listę ;) Ale do rzeczy:

Miejsce siódme: Kromoni (Słuchowisko „The Creed of Kromon”)

Zaczynamy od rasy, którą napotkał w jednym ze słuchowisk Ósmy Doktor. Czym są Kromoni? To ludzkiej wielkości, obdarzone telepatyczną więzią robale przypominające termity, których całe społeczeństwo… to korporacja! Nie zalewam, korporacja. Nie jakiś rój w rodzaju pszczelego, czy czegoś w tym guście, korporacja na iście ludzkich zasadach. Sam pomysł na nich nie dorównuje może kolejnym z tej listy, ale jednak sam w sobie jest naprawdę oryginalny.


Miejsce szóste: Świadoma czarna dziura ze słuchowiska "1963: The Space Race"
Świadome obiekty astronomiczne fruwające sobie po kosmosie już gdzieniegdzie się pojawiały w popkulturze, ale czy gdziekolwiek poza DW świadoma czarna dziura przeszczepiała ludzkie struny głosowe oraz mózg… Łajce? Tak, tej Łajce, pierwszemu pchlarzowi i w ogóle pierwszemu żywemu stworzeniu na orbicie. To chyba wystarczy za rekomendację ;)


Miejsce piąte: Czerwone krwinki z komiksu „Culture Shock"
Recenzowałem kiedyś ten komiks (http://recenzje-dw-classic.blogspot.com/2014/07/komiks-szok-kulturowy.html) aczkolwiek gwoli ścisłości: coś wysyła w eter telepatyczną prośbę o pomoc, która dociera do Doktora. Tym czyś okazują się… czerwone krwinki w ciele małego dinozaura umierającego na zakażenie! Krwinki owe nie tylko mają telepatyczne właściwości, ale i świadomość. Takie rzeczy to tylko w DW ;)


Miejsce czwarte: Odcinek „Heaven Sent”
Tylko Doktor i potwór w pustym zamczysku, i tak przez prawie godzinę. Czy to się mogło udać? Nie tylko mogło, zrobiło niesamowitą furorę, efekt został przez wielu okrzyknięty najlepszym odcinkiem ever, a Peter Capaldi podobno prawie się wykończył podczas zdjęć do tegoż ;) No po prostu drugiego takiego odcinka nie było i chyba lepiej, by nie próbowano tego ponownie. Raz się udało i styknie. Może Was dziwić, że zaledwie czwarte miejsce, ale patrzcie, co jest na kolejnych ;)



PODIUM


Miejsce trzecie: Świat dźwięków ze słuchowiska „Scherzo”
Wyglądający na pusty, świat, w którym tak naprawdę wszyściuchno stworzone jest z dźwięków. Czy trzeba coś jeszcze w ogóle dodawać? ;) Trzeba: Ma posiadającego niezwykłe właściwości mieszkańca, którego oczywiście spotyka Doktor. Samego słuchowiska fanem nie jestem, ale niewątpliwie pomysł był świetny i doktorowo-szalony zarazem.


Miejsce drugie: Wszystko, co napotyka Chalrey Pollard w słuchowisku „Zagreus”
O boziu, gdyby chcieć wymieniać wszystkie rzeczy z tego słuchowiska, to zabrakłoby miejsca na cokolwiek innego na liście. Tu macie moją recenzję (https://recenzje-dw-classic.blogspot.com/2014/09/suchowisko-zagreus.html) a tymczasem: już na początku Charley widzi swoją matkę zamieniającą się w zająca, potem kot Schrodingera i Doktor zamieniają się miejscami w eksperymencie dotyczącym tego pierwszego, jest też wojna nakręcanych, zabawkowych zwierzątek z, także mechanicznymi, ludźmi… Dużo by jeszcze można wymieniać, sami chyba widzicie, czemu właśnie to zajmuje drugie miejsce.


A teraz już to, na co czekaliście.

Pierwsze miejsce: Regeneracja
Oczywiście, że tak. Temu konceptowi whoniversum zawdzięcza długowieczność. Ta niesamowita pochodna reinkarnacji, onegdaj mająca być funkcją Tardisa i pozwolić serialowi poistnieć sobie troszkę dłużej sprawiła, że dzisiaj cieszymy się bardzo bogatym uniwersum Doktora. Uniwersum, w którym wszystkie te wyżej wymienione dziwactwa mogły się pojawić.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Top Siedem Twórców Whoniversum

Cześć. Oto dzisiaj przed Wami coś wyjątkowego. Moje Top7 doktorowych twórców. Najchętniej zrobiłbym to w zupełnie innej postaci, ale z wielu przyczyn nie jest to możliwe, tak więc… Dlaczego akurat top7?




Zasady: Twórca musi być autorem więcej, niż dwóch prac osadzonych we whoniversum: odcinków serialu bądź spin-offa, słuchowisk, książek, komiksów, itp. I muszą być one co najmniej dobre, ale to się rozumie samo przez się. Nie przedłużając, fanfary!

Na początek trzy wyróżnienia, w kolejności przypadkowej. Troje autorów dobrych, ale nie aż tak, by znaleźć się na liście:

Robert Shearman
Autor scenariusza do odcinka „Dalek” z pierwszej serii współczesnej, stanowiącego swobodną adaptację jego innej pracy, słuchowiska „Jubilee” z Szóstym Doktorem. Oprócz tego napisał m.in także scenariusze do słuchowisk „The Holy Terror” i „The Maltese Penguin”, jedyne zawierające komiksowego towarzysza Frobishera. Zasłynął także bardzo oryginalnym „Scherzo” z Ósmym Doktorem i Charley Pollard.

Jacqueline Rayner
Twórczyni bardzo dużej ilości doktorowych mediów, z czego najważniejsze to wprowadzające świetną towarzyszkę Szóstego Doktora Evelyn słuchowisko „The Marian Conspiracy” czy inne, niż wszystko, co do tej pory słyszeliście „Doctor Who and the Pirates”. Napisała tez wiele króciutkich niestety powieści jak „The Stone Rose” czy „Magic of the Angels” odpowiednio z Dziesiątym i Jedenastym Doktorem.

Terrance Dicks
Autor ładnej ilości niezłych, klasycznych przygód Doktora, jak np. The War Games, które współtworzył z Malcolmem Hulke, a także takich, jak debiut Czwartego Doktora, czyli „Robot”, „State of Decay” czy „The Five Doctors”.

A teraz już przechodzimy do dania głównego, czyli top7.

MIEJSCE SIÓDME:

Patrick Ness


W panteonie doktorowych twórców stosunkowo od niedawna, autor krótkiej, rocznicowej nowelki z Piątym Doktorem. Dopiero jednak parę lat później rozwinął w tym uniwersum skrzydła: stworzył spin-off DW „Class” i napisał wszystkie jego odcinki. Spin-off DW który to, o dziwo, daje się oglądać nie tylko bez obrzydzenia (pozdro, „Torchwood”) ale i z niekłamaną przyjemnością? Niebywale trudna sztuka, ale jemu się udało. I za to siódme miejsce na liście.




MIEJSCE SZÓSTE:

Justin Richards

Twórca działający w rozszerzonym uniwersum, włączył do słuchowisk świetną postać z klasyków Rani w swoim słuchowisku „The Rani Elite”. Wśród innych jego prac dla Big Finish na pochwałę zasługuje szczególnie „Jago, Litefoot and Strax”, świetne, ale niestety pojedyncze, słuchowisko. Poniekąd za te dwie świetne produkcje znalazł się na liście, aczkolwiek jest też autorem niezłych książek z współczesnymi Doktorami, m.in. „Plague of the Cybermen” (Jedenasty Doktor) „Silhouette” (Dwunasty) czy „The Deviant Strain” (Dziewiąty.) 
 
 
 

MIEJSCE PIĄTE:

Peter Grimwalde



Autor o ilościowo skromnym dorobku, napisał jeno trzy klasyki - Time-Flight, Mawdryn Undead oraz Planet of Fire – aczkolwiek na piąte miejsce zasłużył, gdyż „Mawdryn...” i „Planet...” to pierwsza i ostatnia historia z Vislorem Turloughem – fantastycznym, lepszym od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent nawet i współczesnych towarzyszy, kompanem. To właśnie Grimwalde nadał mu taki fantastyczny rys i stworzył całą jego przeszłość.





MIEJSCE CZWARTE:

Malcolm Hulke



Autor znakomitych, klasycznych historii, jak „The War Games” współtworzone z Terrancem Dicksem, a także należących do ery Lat UNITu takich perełek jak „Doctor Who and the Silurians”, „Colony in Space”, „The Sea Devils”, „Frontier in Space” czy „Invasion of the Dinosaurs”. Może nie najlepsze w całej erze, ale z pewnością w jej czołówce. A zważywszy na wysoki poziom tejże, to bardzo duże osiągnięcie.


I wreszcie samo podium. Trzy miejsca dla trzech świetnych autorów, którzy swoim talentem znacznie wzbogacili świat Doktora. Fanfary!




MIEJSCE TRZECIE:

Philip Martin


Debiutował on we Whoniversum tworząc dwie przygody Szóstego Doktora: Vengeance on Varos oraz Mindwarp. Charakterystyka jego dzieł? Ciężki, brutalny klimat kapitalistycznych korporacji trzymających „sztamę” z rządem i mających podwładnych za nic, ostra ironia. Wszystko to można też znaleźć w jego słuchowiskach, jak np „The Creed of Kromon” (w bardziej „owadzim” wydaniu) czy "Antidote to Oblivion" - jedno z najwspanialszych, jakich miałem przyjemność słuchać. Poza tym powołał też do życia perfidnego i obrzydliwego Sila – genialny czarny charakter. 




MIEJSCE DRUGIE:

John Dorney


Autor ogromnej ilości słuchowisk, zwłaszcza należących do antologii. Najlepsze historie z „Dark Eyes”, „Doom Coalition” czy przygód Wojennego Doktora to właśnie jego zasługa. Stworzył też kilka historii z serii „Gallifrey”, a i jego solowe słuchowiska to mistrzostwa świata. „The Burning Prince”, „1963: The Assassination Games” czy niedawne „The High Price of Parking” są znakomite, a i tak nie umywają się do absolutnej perfekcji, jaką jest „The Fourth Wall” - nawet i za tylko za tę historię zasłużyłby na drugie miejsce, a miał też masę wyżej wymienionych, innych zasług!


I wreszcie pierwsze miejsce, złoto, najwyższa pozycja na podium:





MIEJSCE PIERWSZE:

Steven Moffat




Nie mogło być inaczej, Moffat to geniusz, twórca doskonałych fabuł, monstrów i postaci. Bez niego nie byłoby Jedenastego Doktora, Płaczących Aniołów, Ashildr czy Missy. To jego, prawdopodobnie działający na stymulantach, ale zawsze, umysł dał światu takie skarby, jak "Heaven Sent", "The Eleventh Hour" czy "Time of the Angels". I wiele, wiele innych. Geniusz, mistrz ośmieszania hejterów - Hell Bent dowodem - i król trollingu. Zasłużone pierwsze miejsce. Fanfary!

Mam nadzieję, że podobała się Wam moja lista – wiem, że nie, ale połudzić się można ;) Dajcie znać, czy chcecie więcej tego typu wyliczanek. Pozdro i do przeczytania :)

wtorek, 1 sierpnia 2017

Rogi Nimona

Niniejszą historię recenzuję na przekazaną mi poprzez Ask.fm prośbę Weeping Angel.

THE HORNS OF NIMON
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Nimon, Soldeed

Dokonując modyfikacji w Tardisie, Doktor czasowo wyłącza większość funkcji budki, ta jednak z jakiegoś powodu nie pozostaje w miejscu – coś ją przyciąga. Jak się okazuje tym czymś jest uszkodzony statek imperium skonnańskiego – niegdyś potężnego, obecnie podupadającego, ale wciąż marzącego o podbojach. Przedstawiciele tegoż właśnie imperium wiozą młodych jeńców z planety Aneth jako daninę dla potwora zwanego Nimonem – aczkolwiek wspomniana awaria czyni zadanie dużo trudniejszym…

Jest to, nie boję się przyznać, najtrudniejsza recenzja doktorowego produktu, jaką w życiu pisałem. Mówimy bowiem o historii, którą naprawdę przyjemnie oglądać… ale w każdym niemalże aspekcie widać braki szlifu. Zacznijmy może od postaci. Doktor jest ok, może nieco bardziej lekkomyślny, niż zazwyczaj, ale nie do przesady. Ma mowy w swoim stylu, nieodłączne żelki i kilka ripost. Romana natomiast jest taka… charakterologicznie zawieszona w połowie między pierwszym a drugim, milszym wcieleniem. Dziwne, bo od regeneracji minął już przecież jakiś czas. Dobrze, że jest chociaż bardzo użyteczna, no i nie trzeba jej ratować, a tylko troszkę wesprzeć. Na drugim planie mamy przede wszystkim grupkę wspomnianych już, młodych jeńców. Z nimi z kolei problem polega na tym, iż czegokolwiek dowiadujemy się tylko o jednym z nich! Są to bardzo ubogie informacje, ale akurat ich charakter nadaje temu minimalizmowi nieco realizmu. Jednak mimo wszystko brak danych o pozostałych czy zero interakcji między nimi to poważna usterka.

W kwestii przeciwników Nimon jest trochę sztampowy, ale plus za to, że nie od razu wiadomo, do czego dąży. Minus za niedostateczne objaśnienie, czemu potrzebuje dwóch tak różnych, jak to tylko możliwe, źródeł energii do swojego planu. Jego pachołek, Soldeed, zrobił na mnie świetne wrażenie słusznie nie do końca wierząc swojemu głupiemu podwładnemu (jednemu z pilotów statku, na którego pokład dostali się nasi Władcy Czasu), niestety to wszystko idzie się paść na sam koniec, gdy chłop doznaje szoku kompletnie i niezrozumiale zmieniającego jego wszelkie priorytety. Soldeed ma też swój, w pewnym sensie, dobry odpowiednik. Mający małą, ale ważną rolę. Nie wspominałem natomiast za dużo o wspomnianym drugim pilocie (pierwszy bardzo szybko żegna się z tym łez padołem), gdyż nie bardzo jest o czym mówić. Wyglądający jak jeden z szeregowych rywali Inspektora Gadżeta grubas o fanatycznym podejściu do powierzonego zadania. Psuje Doktorowi i Romanie krew swoim pustostanem podczaszkowym, ale nagrody za to nie dostanie.

Strona techniczna jest w porządku. Bez szaleństw, ale w porządku. Efektowne są wybuchy i strzały, ale odrobinę za dużo w nich dymu. Fantastyczne są kostiumy… za wyjątkiem głów i hełmów – te pierwsze, zwłaszcza nimońskie, są za duże w stosunku do korpusów, a te drugie za idiotyczne. Za to do scenografii przyczepić się nie sposób - „labirynt” Nimona jest fajny w swej… „techniczności”, a wnętrza kosmicznych statków od razu mówią nam, gdzie dzieje się akcja. Z zewnątrz statek Skonnan wygląda – jak na czasy produkcji – średnio, za to prawdziwym majstersztykiem jest energetyczny tunel, który tworzy Doktor, by wejść do środka, nie mogąc zmaterializować Tardisa bliżej. Cudeńko.

Jeśli jest w tej historii coś, do czego nie można się przyczepić, to humor. Jego głównym źródłem jest nie kto inny, jak K9. Nasz robotyczny Burek (niestety nie przemawiający głosem Johna Lessona) bawi bądź sam, bądź staje się narzędziem gagu w rękach Doktora. Przykładem komiczna scena z medalem. Bez spoilerów. Zabawna jest też niezwiązana z nim puenta odcinka.

No i cóż, więcej bez zdradzania fabuły nie da się powiedzieć. Czy to dobra historia? Raczej średnia. Zdecydowanie nie dla perfekcjonistów i dokładnych, drobiazgowych widzów. Oglądajmy nie nastawiając się na rewelację, a nawet się nie obejrzymy, jak minie te sto minut. (25 min razy cztery części) pełne frajdy. A przecież o to tak naprawdę chodzi...

piątek, 28 lipca 2017

Słuchowisko: Dzień Vashty Nerady ("Klasyczne Doktory - Nowe Potwory II")

THE DAY OF VASHTA NERADA
DOKTOR: Ósmy Doktor
WYSTĘPUJE TAKŻE: Kardynał Ollistra
WRÓG: Vashta Nerada

Ściągnięty przez ratunkowy sygnał na kosmiczną stację-laboratorium, Ósmy Doktor odkrywa, iż zebrani tam ludzcy naukowcy na żołdzie gallifreyskiej karydnał Ollistry eksperymentują na pochwyconej chmarze Vashty Nerady. Ollistra pragnie, by stwory zostały tak zmodyfikowane, aby były w stanie wyczuć i skonsumować nie tylko mięcho, ale też i dalekanium, co zapewni zwycięstwo w Wojnie Czasu. Jednakże jako, iż pani kardynał jest odpowiednikiem Kojota Wilusia w Whoniversum, plan szybko idzie się paść – jeden z pracowników laboratorium chce dla zysku podprowadzić nieco „materiału”, co ma bardzo tragiczne konsekwencje…

„Dzień Vashty Nerady” jest czwartym i ostatnim segmentem drugiej antologii „Klasyczne Doktory – Nowe Potwory” i w pewnym sensie kontynuacją segmentu pierwszego (z Czwartym Doktorem) tegoż, ale nie wymaga jego znajomości. Historii można spokojnie posłuchać osobno. A jaka jest? Bardzo, bardzo fajna. Abyśmy się nie nudzili, dostajemy dwie nowe wariacje żarłocznych cieni – efekty pracy wspomnianych naukowców opłacanych przez Ollistrę. Jedna z nich to Vashta Nerada w rozmiarze XXL, a druga – te same potwory złożone nie z ciemności, a ze światła. Szczególnie te drugie wykorzystano niezwykle pomysłowo. Poza tym jest tu wszystko, czego można oczekiwać po przygodzie z tymi monstrami: klaustrofobiczne pomieszczenia, poczucie, że bohaterowie są zagrożeni właściwie zewsząd… Jest też cała masa drobnych wątków, które – mam nadzieję – zostaną kiedyś gdzieś rozwinięte. Na przykład tożsamość zleceniodawców chłystka, który doprowadził do katastrofy czy wątek chorej matki szlachetnej pani naukowiec.

W kwestii postaci to Ollistra i jej przyboczni są dokładnie tacy, jak być powinni: aroganccy, patrzący na przedstawicieli ludzkiej rasy z góry i za grosz nieufający Doktorowi. Choć pani kardynał usilnie próbuje namówić go do włączenia się w Wojnę Czasu, co kwituje on zdaniem będącym dla słuchaczy jakoby przepowiednią dotyczącą nadejścia Wojennego Doktora. Niezgorsza jest też wspominana pani naukowiec, która jednak ma pecha być podwładną Ollistry, co poniekąd zaraża ją „wilusiowatością”. Ale od czego jest Doktor? Z samym naszym herosem mam tutaj natomiast pewien problem: z jednej strony jest tak genialnie ironiczny, jak jeszcze nigdy. Trzy czwarte jego wypowiedzi to jakiś inteligentny, acz wredny przytyk. Jest to świetne, ale… jakieś takie nie w stylu Ósmego Doktora, nie uważacie?

Strona techniczna jest strzałem w dziesiątkę. Jeden, jedyny, nie do końca humanoidalny osobnik brzmi w pełni zrozumiale, Władcy Czasu nawet w głosach mają wspomnianą pogardę, a efekty pożywiania się, że tak to dowcipnie ujmę, naszych cieni powodują ciary. Paul McGann jako Doktor to oczywiście klasa sama w sobie i o tym nikogo przekonywać (mam nadzieję) nie trzeba. Naukowcy może brzmią odrobinkę za młodo, ale tylko odrobinkę, nie ma się do czego przyczepić.

Czy całość ma jakieś wady? Tak. Po pierwsze naprawdę chciałoby się więcej, słuchowisko to jest bardzo krótkie. Wiem, to tylko jeden segment, ale bawiłbym się dużo lepiej, gdyby ukazało się w zwyczajnym, miesięcznym cyklu i trwało około dwóch godzin. Trwa niespełna połowę tego czasu. Problemem też jest przewidywalność – już pod koniec można bez pudła zgadnąć, co powiedzą postaci drugoplanowe, i jak każda z nich skończy.

Z całej, wcale niekiepskiej, antologii „Klasyczne Doktory – Nowe Potwory II” to słuchowisko zdecydowanie jest najlepsze. Gorąco je polecam nie tylko miłośnikom Ósmego Doktora.

sobota, 15 lipca 2017

Pojedynek: Doktor na psychoterapii (Planeta Cienia kontra Pożeracze Grzechu)

Cześć. Patrzycie zapewne na tytuł i zastanawiacie się, o co chodzi z tytułem. Oto przed Wami pojedynek słuchowiska i komiksu, gdzie Doktor i ferajna trafiają do... kosmicznych ośrodków oferujących niezwykłą psychoterapię! Pomysł zaczerpnąłem z faktu, iż sam obecnie przebywam w placówce zdrowia, nie psychicznego a fizycznego na szczęście ;)

SHADOW PLANET
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace, Hex
WRÓG: W zasadzie brak

kontra

THE SIN-EATERS, cz 1 i 2
DOKTOR: Dziewiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose Tyler
WRÓG: Pożeracze Grzechu

W "Planecie Cienia" znudzona Ace mimo niejasnych ostrzeżeń Doktora, ordynuje wycieczkę na losowo wybraną planetę o nazwie Umbra. Tam oto, w luksusowej klinice, można poddać się zabiegowi stworzenia tzw Cienia - sobowtóra posiadającego tylko nielubiane cechy naszego charakteru - i konfrontacji z nim mającej poprawić samoakceptację. Ace jako pierwsza decyduje się spróbować... i oczywiście coś zaczyna iść źle.

W "Pożeraczach Grzechu" za brutalne zamordowanie swojej towarzyszki Tary Doktor skazany zostaje na przymusowy pobyt w kosmicznym Instytucie Hesquard. Tam oto leczy się różnego rodzaju zwyrodnialców dosłownie ekstrahując z ich umysłów negatywne emocje. Kiedy ta bolesna kuracja jest przeprowadzana na osobie Doktora, do kliniki przenika Rose, wcielając się w rolę kontrolerki...

FABUŁA
"Planeta.." łączy w sobie wiele gatunków. Początkowo wygląda na medyczny techo-thriller, potem na krótko możemy mieć wrażenie obcowania z horrorem, jest lekki wątek psychologiczny... O dziwo taki misz-masz sprawdza się nawet fajnie, o ile oczywiście lubimy takie miksy. Trzy i pół punktu na cztery.

"Pożeracze..." mają naprawdę bombastyczny koncept i mocno trzymają w napięciu. Niby wiemy, że Doktor nie mógł zabić Tary, z drugiej strony ostatnie, co można o niej powiedzieć na podstawie innych komiksów to to, że była osobą godną zaufania. Co więc się stało? Niestety, rozwiązanie nie jest aż tak rewelacyjne - co najwyżej dobre. Trzy punkty na cztery.

STRONA TECHNICZNA
Od strony technicznej „Planeta Cienia” jest perfekcyjna. Wszystkie głosy i odgłosy są idealne, wielki też szacunek dla Sophie Aldred, u której tylko przez ułameczek sekundy słychać, że moduluje swój głos by brzmiał, jak za dawnych czasów. Równie rewelacyjny jest Sylvester McCoy, który w tej produkcji zdecydowanie pobił rekord w ilości ikonicznego „Rrrrrrr” na przygodę ;) Dwa punkty na dwa.

Rysunki w „Pożeraczach Grzechu” są znakomite, barwne i z dużą ilością dynamiki. Bez najmniejszych problemów rozpoznajemy Doktora i Rose, a na kolejnych kadrach są rysowani dokładnie tak samo. (Nie śmiejcie się – moja recenzja pierwszych zeszytów „Opowieści o Duchu”.) Nooo, może na jednym, małym kadrze Doktor nie jest ujęty zbyt wyraźnie, ale i tak jest wzorcowo. Nie sposób nie wspomnieć także o hulkopodobnych Pożeraczach – znakomicie wyglądające monstra. Również dwa punkty na dwa.

TOWARZYSZE
Przechodzimy do postaci. Jacy są występujący w „Planecie Cienia” Ace i Hex? On – w porządku, rozważny i ostrożny, natomiast ona… Jakby się jakichś pobudzaczy nawcinała, nigdy nie zachowywała się aż w taki nadpobudliwy w taki sposób, na żadnym etapie wojaży z Doktorem. Na plus współpraca i doskonała synchronizacja, jaką Ace i Hex mają. Półtora punktu na trzy.

Rose w „Pożeraczach”… po prostu jest. Jak w wielu komiksach, gdzie fabuła nie kręci się wokół danego towarzysza/towarzyszki robi swoje, ale nie ma w zasadzie żadnych charakterystycznych cech. Można by podstawić pod jej wypowiedzi twarz jednej z wielu innych postaci i różnica byłaby żadna. No, zgoda, w jednym momencie towarzysze z grupy, nazwijmy to, inteligentów, postąpiliby zapewne sprytniej, ale to za mało. Punkt na trzy.

WROGOWIE
W „Planecie...” nie ma wrogów per se. Są postaci, które robią coś niefajnego raz czy dwa z własnych, dobrze uzasadnionych powodów, ale nie jest to nic naprawdę złego. Nawet Cienie nie są antagonistami – do tego stopnia, że aż żal się z nimi rozstawać ;) Pełne trzy punkciaki.

Tytułowi „Pożeracze Grzechu” antagonistami stają się z powodu głupoty dyrektorki instytutu, panny Highsmith. Wydają się być sztampowymi jak diabli monstrami… dopóki nie zaczynają przejawiać inteligencji. Sama Highsmith mimo podwójnego daru skretynienia i pecha również prezentuje się niezgorzej, zwraca uwagę na szczegóły i łatwo orientuje się, że z przybyłą niedawno kontrolerką coś mocarnie nie halo. Z pewnym wahaniem, bo trochę oryginalności brak, ale jednak pełne trzy punkty.

DOKTOR
Siódmy Doktor w omawianym słuchowisku jest w porządku. Bez szału, ale w porządku. Zbyt delikatnie zarysowano jego naturę intryganta, ale ponieważ Big Finish ma z tym problemy od zawsze, plus za samą próbę. No i to, jak słownie dekapituje rozmówców… Miodzio. Trochę pogmatwano jego początkowe plany związane z Umbrą – niejasne, jak zrobił to, co zrobił – ale nie jest źle. Dwa punkty na trzy.

Z Dziewiątym Doktorem w komiksie jest podobnie, jak z Rose – jest i tyle, bez cech charakterystycznych. Z małym jednak, a bardzo korzystnym wyjątkiem. Motywacja jego planu jest znakomicie powiązana z traumą po Wojnie Czasu, tak silnie widoczną u tego wcielenia. Oczywiście, inne inkarnacje zapewne postępowałyby identycznie posiadając inne motywy, ale mnie to zadowala. Dwa punkty na trzy.

WYNIK
No i co, to już chyba wszystkie kategorie, w jakich można rozpatrywać te dwa doktorowe dziełka. Generalnie oba są fajnie, ale zwycięzca może być tylko jeden. Wynikiem dwanaście do jedenastu wygrywa „Planeta Cienia”. Gorąco polecam. I niniejszym idę dalej oddawać się dochodzeniu do zdrowia – do zobaczenia :)

środa, 12 lipca 2017

Księżycowa Baza

Niniejszej recenzji dokonuję na prośbę Patryka Kubiaka, który napisał do mnie na ask.fm. Ponieważ jest to historia w połowie zaginiona, wspomagałem się animacjami oraz nowelizacją.

THE MOONBASE
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Polly Wright, Ben Jackson, Jamie McCrimmon
WRÓG: Cybermani

Z małymi trudnościami Tardis ląduje na Księżycu… ale bez obaw, nic się z niego nie wykluje, to rok 2070 ;) Doktor najchętniej zabrałby się stamtąd w diabły, ale zostaje niejako przegłosowany przez towarzyszy. Ekipa wdziewa więc skafandry i rusza na wyprawę… która szybko zaczyna iść źle, oto bowiem Jamie robi sobie dosyć poważne kuku. Nieprzytomny Szkot, a za nim oczywiście reszta ferajny, trafia do znajdującej się nieopodal Księżycowej Bazy – centrum, z którego steruje się maszyną kontrolującą pogodę na Ziemi. Personel Bazy zaczyna mieć bardzo poważne problemy z których rozwiązaniem oczywiście chce pomóc uporać się Doktor, tymczasem w ambulatorium, w którym dochodzi do siebie Jamie, pojawia się tajemniczy intruz...

Zacznijmy od Doktora. Jaki tutaj jest? To niemalże modelowy Drugi – zabawny, choć zdecydowany i potrafiący przejść do rzeczy. Niemalże, ponieważ ma jeden czy dwa krótkie epizody gburkowatości, niezbyt typowe dla tej inkarnacji, ale są na tyle małe i nic nieznaczące, że w ogólnym rozrachunku nasz heros jest taki, jaki być powinien. Świetni są jego towarzysze: Ben i Polly są jak zawsze bardzo, bardzo pomocni, (opracowują nawet ciekawy, troszkę macgyveryczny, sposób na walkę z Cybermanami) ale odrobinkę zakompleksieni. Natomiast Jamie… Można by odnieść wrażenie, że skoro tak wcześnie zostaje znokautowany, to będzie go mało. Cóż, i tak i nie. W akcji może faktycznie jest go trochę mniej, ale za to pojawia się fajny wgląd w jego, nazwijmy to, system wierzeń. A czy stwory z legend, których słuchał w dzieciństwie istnieją? To już za duży spoiler ;)

Przejdźmy teraz do wrogów, czyli Cybermanów. Ich plan jest w nie aż tak dużym stopniu nastawiony na konwersję, co może zdziwić widzów znających nasze ulubione blaszaki tylko ze współczesnych serii, ale to jest dopiero ich drugie wystąpienie, stąd też trochę inaczej wyglądał koncept na nich. Części ich zamiaru w tej przygodzie można się łatwo domyślić, ale tylko części. Na wielki plus końcowa faza: oblężenie!

Troszkę dziegciu: nie w pełni wykorzystano potencjał postaci pobocznych. Pochodzą oni z różnych krajów, ale niewiele z tego nie wynika. Szkoda, jakiś konflikcik na tle rasowym podgrzałby atmosferę. Tyle, że przynajmniej wyraźnie różnią się temperamentami i podejściem do pewnych kwestii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, nie można jakoś szczególnie narzekać, efekty są – jak na rok produkcji, rzecz jasna – całkiem przyzwoite. Narzekałbym jedynie na to, że Cybermani, choć generalnie kształtami przypominają tych znanych z „Dziesiątej Planety” („The Tenth Planet”) mają głowy w całości pokryte metalem, a nie przypominającym materiał tworzywem. No ale to może tylko rzecz gustu.

Przygoda taj jest fajna, naprawdę fajna. Przypomina odrobinę horror (zamknięte pomieszczenie, tajemnicza choroba, korytarze, po których coś krąży i porywa ofiary…) ale za sprawą Drugiego Doktora ma w sobie też nutkę humoru. Dziur fabularnych nie uświadczono, jest prosto, ale z napięciem i – co ważne – bez zbytnich dłużyzn. Oczywiście problem stanowi to, iż połowa z czterech odcinków jest zaginiona, a animowana rekonstrukcja wywołuje pewien ból ogromną sztywnością i sztucznością, ale warto zapoznać się z tą przygodą. Najlepiej w postaci nowelizacji :)
(Uwaga techniczna: nowelizacja owa ma inny tytuł „Doctor Who and the Cybermen”)


niedziela, 14 maja 2017

Słuchowisko: Śmierć Przychodzi do Czasu

Cześć. Słuchowisko, o którym Wam dzisiaj opowiem jest inne od pozostałych tu omawianych z dwóch powodów. Po pierwsze nie wyprodukowało go Big Finish, tylko samo BBC, a po drugie mamy w nim Siódmego Doktora, który kończy swoją bytność… wcale nie zmieniając się w sympatycznego Ósmego z pamięcią jak ser szwajcarski! Oto przed Wami…


DEATH COMES TO TIME
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Antymon
WRÓG: Generał Tannis

Serdeczne podziękowania dla mojej koleżanki z czasów studiów, Joanny, za konsultację językową :)


Tajemniczy głos opowiada legendę o rasie gigantów, którzy próbowali użyć swych potężnych mocy by pomagać słabszym, śmiertelnym rasom. Zamiast tego przynieśli im tylko zgubę…
Gdzieś w kosmosie armia Canisian atakuje pokojową nację Santinów. Agresorom przewodzi generał Tannis i, o, ludzie, kawał z niego skurwiela. W jego więzieniu zamknięta jest Ace, której z pomocą przychodzi pewien niezwykły osobnik… Tymczasem Doktor i jego towarzysz Antymon pomagają uciec członkom parlamentu podbitej Santiny, Władca Czasu jednak odmawia bezpośredniego włączenia się w konflikt – obywatele mają sami stworzyć partyzantkę i podjąć opór, dopiero wtedy nasz heros ich wspomoże. Niedługo potem Doktor otrzymuje mało subtelną wiadomość od swego dawnego przyjaciela – Ministra Przypadku - i rusza na spotkanie z nim. Na Ziemi zabito bowiem dwoje Władców Czasu…

Jeśli chodzi o fabułę słuchowiska, jest bardzo dobrze: mamy kilka przeplatających się, ciekawych wątków, a żaden z nich nie nudzi. No, może wątek zabójców Władców Czasu, tego, kim ci zabójcy są i w ogóle, nie do końca dorównuje innym, ale ma też swoją rolę: pozwala zżyć się z Antymonem, polubić go. W ogóle to twórcy wręcz bawią się z nami otwierając jakiś wątek, jasno pokazując, że znajdzie on zakończenie, a potem przeskakują do kolejnego. Oczywiście w końcu wszystko elegancko się splata. Mamy też malutkie nawiązania np. do Planu Cartmela, Lungbarrow, planowanego jeszcze zanim przerwano produkcję zakończenia wątku Ace… Oprócz tego w ostatecznej bitwie bierze udział pewna uwielbiana postać z przeszłości. A wszystko to ponieważ fabularnie historia ta byłaby ostatecznym zamknięciem historii Doktora na siódmym wcieleniu. Może już bez związku z tym, ale wypada wspomnieć, jak ładnie wpleciono Władców Czasu w pewne ludzkie wierzenia i mitologie.

Jakie są tu postaci? Znakomite, po prost znakomite: Siódmy Doktor może nie jest tym intrygantem, za którym przepadamy, ale jego, również znana z serialowych przygód i takich scen, jak pamiętny monolog o cukrze, filozoficzna natura tu wyeksponowana jest do maksimum, co ma znakomite uzasadnienie. A i, może nie jest to intryga, ale niejako będąca jego dziełem tajemnica towarzysza Antymona – geniusza walki wręcz o umyśle dziecka – zrywa beret. Poważnie, takiego czegoś w wykonaniu naszego herosa nie było. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Tannis – nie wiem, jak udało się to twórcom, ale stworzyli niewiarygodnie podłego czarnego charaktera będącego pozbawionym jakiegokolwiek uroku archetypem szkolnego osiłka gnębiącego słabszych, a jednocześnie w ogóle nieprzerysowanego. Efekt jest genialny - nienawidzimy gościa tak bardzo, jak tylko się da od pierwszej chwili, gdy się pojawia aż do ostatniej. Fajni są też inni Władcy Czasu poza Doktorem: nie licząc Ministra Przypadku nie próbują walczyć z nieubłaganym losem, a raczej przygotować Wszechświat na to, co nadchodzi. Robią to natomiast z godną siebie, niemal boską potęgą, oraz w stylu najlepszych intryg naszego herosa. A po główce dostaje z tego powodu jak zwykle Ace – identyczna, jak w serialu. Nooo, może nie aż tak porywcza. A konkluzja jej wątku... Miodzio, aż szkoda, że nie da się nic o tym powiedzieć bez spoilerów. Minister z kolei może wielu irytować – chociaż początkowo tego nie widać, jest jak postać z greckiej tragedii. Próbuje z całych sił walczyć z losem, a to wyjątkowo trudny przeciwnik.

Strona techniczna jest doskonała. Wszystkie głosy są wyraźne (chyba, że z fabularnych przyczyn konieczne jest co innego, np. postaci komunikują się przez źle odbierające radio) a aktorzy doskonale odgrywają emocje swoich bohaterów. Szczególnie świetny jest tu Sylvester McCoy, którego Siódmy Doktor w serialu miewał melancholijne momenty, ale tu jest ich dużo, dużo więcej. I pan Sylvester perfekcyjnie daje sobie z nimi radę odgrywając Doktora nieco zmęczonego, ale jednocześnie wiedzącego, że już bliżej niż dalej do końca przysłowiowego syzyfowania – era Władców Czasu w świecie śmiertelników dobiega bowiem końca. Mamy tu także więcej muzyki, niż w słuchowiskach Big Finish, występuje ona nie tylko jako tło, czasami też słuchamy jej razem z postaciami. To, co mi się osobiście nie podoba, to narratorka, która odczytuje tytuł i obsadę, ale nie mogę tego uznać za wadę per se – początkowo „Death...” powstało jako słuchowisko radiowe, więc to konieczność.

Czy produkcja ta ma jakieś wady? Owszem – po łebkach potraktowano wątek części planu Tannisa związanej z osobą Ministra Przypadku. Sama konkluzja jest epicka, i stanowi jeden z najlepszych elementów całości, ale droga, która do owej prowadzi jest nieco dziurawa, pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Można też zadawać sobie pytanie, czy moce, które mają tu Władcy Czasu, nie zostałyby w serialu czy innych mediach użyte przez inne, niż Doktor postaci – z drugiej jednak strony wspomina się o, nazwijmy to, cenie za owe, ale w praktyce nie widzimy tychże konsekwencji, może więc jednak mieli pietra ;)

Rozpisałem się strasznie, ale było o czym :) Podsumowując, jest to melancholijne, ale wcale nie nudne słuchowisko, pełne filozofii i smutnego nastroju przemijania. Polecam wszystkim oprócz zagorzałych przeciwników historii w takich klimatach.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Uśmiech

SMILE
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts
WRÓG: Roboty

POWRACAMY
Wbrew Nardolowi, który to wolałby, by Doktor zajmował się swoimi obowiązkami, nasz heros zabiera Bill na przejażdżkę do przyszłości, gdzie właśnie powstaje ziemska kolonia. Nie wie jednak, że coś chyba mocno wymknęło się spod kontroli. Jak się okazuje już w pierwszych scenach komunikujące się z ludźmi emotikonami roboty mające dbać o szczęście przedstawicieli gatunku homo sapiens sapiens… zabijają tych, na których to obliczach nie ma uśmiechów!

ZAMIANA
Od początku wiadomo, co i jak, dlatego zamiast długich ekspozycji (poza jedną, już pod koniec) możemy podziwiać utrwalanie relacji między Doktorem i Bill. Okraszone, rzecz jasna, znakomitymi dowcipami. Mój faworyt to gag na temat dwóch serc naszego herosa. Oczywiście gdy zabójcze roboty próbują zrobić to, co im wychodzi najlepiej przestaje być tak śmiesznie i trzeba się brać do dzieła. W międzyczasie jest nawet troszkę fajnych rozważań o naturze ludzi i świadomych istot w ogóle. Może nie są jakieś nie wiadomo jak, głębokie, ale nie przesadzajmy - wiemy, czy jest a czym nie jest DW. Fajnie ukazano charakter Bill, zwykły ludzki strach, ale i silniejsze od niego ciekawość oraz chęć pomocy. Doktor natomiast, jak to w tym wcieleniu, odrobinę się myli w ocenie ludzkich charakterów, ale na maszynach zna się doskonale ;) Pokonuje zagrożenie sposobem, który każdy komputerowy laik, w tej liczbie także i piszący te słowa, stosował niejeden raz nie mając pojęcia, co zrobić :)

SZATA ZDOBI
Strona techniczna jest świetna. Kolonia wygląda obłędnie, a roboty dość… realnie – jeśli takie maszynki powstałyby w rzeczywistości, myślę, że pi razy oko tak właśnie by wyglądały. Odrobinę zgrzyta wnętrze statku kolonistów – zbyt mało fantastycznonaukowe, jak na technologię, którą ów statek dysponuje. Ale za to te plenery… Nie da się nie zachwycić polem zboża, na którym wylądował Tardis.

MECHANIZM
O robotach dużo już było, fajnie, dość realistycznie wyglądają, ale jest jeszcze ich drugi, nazwijmy to, gatunek – mikro-boty tworzące wszystkie budynki w kolonii. Można też fajnie spekulować, co stanie się z kolonistami w przyszłości, bo choć zakończenie nie jest negatywne, to mamy w nim (w formie żartu, ale zawsze) sugestię, że roboty stały się najgorszą plagą świata rzeczywistego – kapitalistami :D

NOSTALGIA
To już drugi pod rząd odcinek z przyjemnie kameralną atmosferą. Duża jego część jest pisana wyłącznie na Doktora i Bill (i porozumiewające się emotikonami roboty, rzecz jasna) i efekt jest znakomity. Może to nie drugie „Heaven Sent”, ale odrobina tego pomysłu przebija. Poza tym Steven Moffat w naprawdę genialny i nienachalny sposób żegna się z serialem – nawiązując w drobnostkach do różniastych rzeczy z przeszłości inaczej, niż się to w DW robi zazwyczaj – dla przykładu to, o czym pośrednio wspomniałem. Mówiąc już dokładniej, chodzi o sposób zabijania przez roboty, który to jest bardzo podobny do pewnych innych wrogów. To oczywiście tylko jedna rzecz z wielu, ten klimat pożegnania zdecydowanie czuć, a mimo to nie w smutny sposób. Geniusz.

NA KONIEC
Czy historia ta ma jakieś poważne wady? Jedną: skandaliczny brak postaci Nardola! Jest tylko w jednej, jedynej scenie, przez kilka-kilkanaście sekund. No jak tak można? Pomimo jednak tego uchybienia mamy do czynienia z fantastyczną historią, klimatyczną i w tonie serii. Polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat                                                                                  - Skandalicznie mało Nardola!
- Znakomita większość strony technicznej
- Doktor oraz Bill
- Wrogowie


niedziela, 16 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Pilot

Powiedzmy sobie szczerze, na tym blogasku jest już od dawna dużo więcej, niż Classic Who, więc, chrzanić nazwę, przed Wami recenzja pierwszego odcinka serii dziesiątej.

THE PILOT
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts, Nardole
WRÓG: Kałuża – i akurat ja tu nie zalewam!


CO JA ROBIĘ TUUU, CO JA TUTAJ ROBIĘ...
Dużo się zmieniło w życiu Doktora, od kiedy go ostatni raz widzieliśmy: teraz wraz z Nardolem mieszka na jednym z angielskich uniwersytetów i wykłada tam – już od kilkudziesięciu lat. Robi to, ponieważ pod rzeczonym gmachem stoi sobie tajemnicza brama, za którą jest coś, co wymaga pilnowania. Co – jeszcze nie wiemy, to zagadka sezonu. Tak czy inaczej podczas wykładów nasz heros dostrzega, iż pojawia się na nich młoda dziewczyna, która bynajmniej do studentów nie należy. Wnikliwa obserwacja upewnia go w przekonaniu, że warto zaproponować jej… nie, wcale nie podróże w Tardisie! Korepetycje! Rzeczone trwają kilka miesięcy, a w międzyczasie Bill, bo o niej, rzecz jasna, mowa, zadurzyła się tymczasem w nowopoznanej koleżance, ale z tą coś nie gra. Zwłaszcza, gdy prosi, by panna Potts rzuciła okiem na pewne dziwo w postaci... kałuży!

POZNAŁEM CIĘ W PRZYDROŻNYM BISTRO...
Początkowo historia ta rozkręca się w bardzo powolny i jednocześnie klimatyczny sposób. Poznajemy życie Bill, to, jaka ona jest, widzimy też Doktora niejako jej oczami. Oczywiście z tyłu głowy mamy wciąż zagrożenie, które wcześniej czy później wyskoczy zza któregoś węgła i tak też jest. Ale do tego czasu możemy popodziwiać liczne smaczki w gabinecie Władcy Czasu: zdjęcia Susan i River na biurku, kolekcję starych dźwiękowych śrubokrętów… Scena ze zdjęciami zmarłej biologicznej mamy Bill natomiast w mojej opinii zapisze się w kategorii najpiękniejszych scen.

I’LL BE THERE FOR YOU...
Jaki jest wróg tego odcinka? Dosyć sztampowy, aczkolwiek było to, jak sądzę, zamierzone, by nie odwracał uwagi od nowej towarzyszki i, hm, emocjonalnej strony odcinka. Która to strona ładnie komponuje się z ostateczną motywacją potworasa. Boli trochę iście fanserwisowe użycie Daleków i ich dawnych wrogów, Movellan. Doktor i ferajna lecą do nich niby w celu sprytnego pozbycia się kosmicznego zagrożenia, ale nic z tego nie wynika! Po co to było, Moffie, po co? Żeby Bill zobaczyła Daleka? Pozwolę sobie też w tym akapicie streścić stronę techniczną: efektów nie ma za wiele, bo i nie są potrzebne w dużej ilości. Wróg wygląda ładnie, wypisz-wymaluj jak z okropnego „Waters of Mars”, chociaż nie jest związany z tamtymi potworasami – tu i tu po prostu „nośnikiem” jest woda :)

YOU CAN COUNT ON ME, LIKE ONE, TWO THREE
Mało jest w odcinku Nardola, niestety. Ma to sens, epizod jest o Bill, aczkolwiek i tak mi szkoda. Tym bardziej, że gdy tylko nasz kosmiczny łysoń się pojawia, możemy być pewni jednego: zaraz rykniemy śmiechem. Miszcz, po prostu miszcz. No i dostajemy zabawną wskazówkę odnośnie tego, jak Doktor pomógł mu odzyskać ciało po tym, co w „Mężach River Song” zrobił mu król Hydroflax. Tyle o nim, teraz możemy przejść do gwiazdy tego odcinka, panny Potts. Ooo mój Rassilonciu, co to za genialna postać… Moffat niniejszym zmiksował najlepsze cechy towarzyszek ze współczesnych serii i wyrzucił jednocześnie ich wady w diabłu. Gada jak najęta i jest nienachalnie bystra, ale nie nadęta. Ma niezbyt ekscytujące życie, ale nie jest na tyle samolubna, by chcieć z miejsca je porzucić. No i na pewno nie zakocha się w Doktorze – patrz końcówka pierwszego akapitu. Nie widać też u niej obsesji kontroli ani syndromu roboczo przeze mnie nazywanego syndromem Hrabiny Wyczepistość – jej odwaga plasuje się tylko odrobinkę powyżej racjonalnej średniej.

DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY…
Nie gorzej spisuje się Doktor – to, że tym razem nie ma ochoty na zabieranie nowej pasażerki nie wynika z żadnej traumy ani smutku – po prostu ma swoje obowiązki związane z wspomnianą bramą. Oczywiście wiadomo, że w końcu je oleje, ale miło dostać inny, niż zwykle powód jego oporów. Kiedy próbuje przekonać Bill, by dała spokój (eufemizm), w świetny sposób nawiązano nie do jednej, a do dwóch nawet współczesnych towarzyszek. A jaki nasz heros jest ogólnie? Mniej jak aspołeczny gburek, bardziej, jak akademicki gburek ;)

No i to na tyle, otwarcie sezonu wypadło naprawdę znakomicie – kameralnie, bez wielkiego bum, ładnie otwierając nowe wątki. Polecam gorąco :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Postaci                                                                                        - Po co tam ci Dalekowie?
- Klimat
- Nawiązania
- Humor


wtorek, 11 kwietnia 2017

Komiks: Opowieści o Duchu, zeszyty 1-3

GHOST STORIES 1-3
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Grant Gordon/Duch, Lucy Fletcher, Jennifer Fletcher
WRÓG: Dym

HEROES GONNA COME BACK
Osiem lat po historii z odcinka „Powrót Doktora Mysterio” jego bohaterowie, Grant i Lucy, żyją sobie szczęśliwie wychowując córkę kobiety. Mężczyzna dalej praktykuje superbohaterstwo do czasu, aż w jego życie z hukiem wraca Doktor. Mimo oporów herosa nalega, by ten pomógł mu w niebezpiecznej misji: muszą odzyskać kamienie identyczne z tym, który to po zjedzeniu – dla nieznających wyżej wymienionego odcinka: długa historia – dał Grantowi jego super-moce. Ponieważ jednak okres jest świąteczny, a rodzinka nie chce się rozdzielać, obie kobiety życia pana Gordona dołączają do niego i Doktora na pokładzie niebieskiej budki. Pierwszy kamulec znajduje się w niedalekiej przyszłości, na terenie post-apokaliptycznego, zrujnowanego Nowego Jorku. Za ową katastrofę odpowiada olbrzymi super-złoczyńca zwany Dymem…

DOSSIER
Kiedy ogłoszono komiksową tematykę „Powrotu…” część widzów obawiało się owej „komiksowości” historii (komiksowości w sensie komiksów DC/Marvela, nie komiksów w ogóle) wszak uniwersum Doktora nie ma zbyt wielu iście komiksowych superherosów i łotrów. Sam odcinek wybrnął z tego dosyć dobrze nie przedobrzając z ilością motywów i robiąc sobie leciutkie heheszki z tematyki, a jak jest z omawianą tu historią? No cóż, jest jednocześnie komiksowa i doktorowa – nasz heros nie jest zbytnio przyćmiony przez Granta (choć tego jest naprawdę dużo) i błyszczy, natomiast przeciwnik, który nasza ferajna napotyka to już DC/Marvel pełną gębą – tak jeśli chodzi o wygląd jak i tło fabularne. Z innych postaci mamy w zasadzie tylko Lucy i Jennifer, i bozzziu, jakie one są zbędne… Początkowo jeszcze ujdą, wypada pokazać, jak żyje nasz superheros po latach od przygody z Doktorem, ale ich obecność później nie wnosi w zasadzie nic, fabuła mogłaby iść w 99% tak samo gdyby zostały w ciepłym domku. Słabo…


KILO TAPETY
Strona graficzna jest diablo nierówna. Wiele kadrów urzeka szczegółowością i jest piękne… by ni z tego ni z owego uraczyć nas buźką ośmioletniej Jennifer wyglądającej jak staruszka, albo Doktora nieprzypominającego w ogóle siebie z poprzedniej strony. Tła są nawet niezłe, a kolory – dobrze dobrane, co nie zmienia jednak faktu, że odnosi się wrażenie, iż nad poszczególnymi panelami pracowało na przemian dwóch lub więcej rysowników o diametralnie różnych stylach.


BIĆ ALBO NIE BIĆ
No i cóż, nie przeciągając zanadto, pierwsze zeszyty „Opowieści o Duchu” to komiks średnio dobry. Jeśli lubicie tematykę superbohaterskich komiksów, przeczytajcie – spodoba się Wam nieco bardziej, niż np. mi, obojętnemu tejże gałęzi fantastyki. Tym niemniej ze względu na krótkość spróbować można tak czy inaczej, nic nie bije po oczach durnowatością czy brakiem logiki, co najwyżej odrobiną przynudzania. Ja sam z pewnością rzucę okiem na kolejne zeszyty, oczekując jednak pewnej poprawy :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani
- Doktor i Grant                                                                   - … ale nie zawsze, ojjj nie zawsze
- Dla wielu komiksowość w stylu DC/Marvela                          - Mało użyteczne Lucy i Jennifeer
- Grafika….

wtorek, 4 kwietnia 2017

Wydarzenie: Whomanikon 2017

W pierwszy naprawdę bardzo ciepły dzień tego roku, pierwszego kwietnia anno domini (jakie to ładne wyrażenie ;-) ) 2017 w Krakowie - ojczystym mieście smogu i Smoka Wawelskiego - po raz drugi już odbył się ogólnokrajowy zjazd fanów przygód naszego ulubionego wariata z budki. Oto przed Wami recenzja tejże - w tym roku dwudniowej - imprezy.

Jeśli wykorzystałem bezprawnie czyjeś fotki, proszę o kontakt - usunę,

Podobnie, jak w roku ubiegłym, akredytacja była szybka i znakomita, a ilość i różnorodność atrakcji - ogromna. Panel o akcentach u Doktora i ferajny, muzyka w jego przygodach, prelekcja o jego powiązaniach z Sherlockiem Holmesem, coś o świetnym spin-offie "Class", uzależnieniu towarzyszy od hulania po kosmosie na przykładzie Clary, czy o "ukrytym", wojennym wcieleniu. (Jam to ostatnie, nie chwaląc się, sprawił :-) ) i cała masa innych. Można było pograć także w doktorowe i nie tylko doktorowe planszówki, czy wziąć udział w zabawach jak wiedzówka, konkurs z użyciem niezwykłych kości Rory's Cubes (byłem w jury!) lub kalambury. Z tego miejsca przepraszam śliczną panią prowadzącą te ostatnie za to, że tak wybrzydzałem przy losowaniu odcinka do pokazania ;-) Był też oczywiście konkurs na najlepsze przebranie. Zwyciężyła jedna z pań w kostiumie madame Vastry, druga była kocia pielęgniarka z "Nowej Ziemi", a trzecia - uzbrojona Amy - "Dziewczyna, która czekała".




Moimi jednak ulubionymi atrakcjami były zdecydowanie panele dyskusyjne na tak ważkie tematy jak dziury w fabule, (Telefon Doktora, kontrowersje z datowaniem w UNIT, czy wreszcie jak Moffat wyjaśnił wyjście Doktora i Clary z linii czasowej tego pierwszego ) to, jak pisany jest Dwunasty Doktor, czy co słychać w rozszerzonym uniwersum. A słychać dużo - autorzy karmicznie wymierzają Vislorowi Turloughowi kary za nieładne zachowania, Dziewiąty Doktor trafia do kosmicznego psychiatryka, a Dalekom wyrastają skrzydła ;)


Ów panel o rozszerzonym uniwersum zaimprowizowaliśmy - ze względu na chorobę pani Aleksandra Klęczar nie mogła przybyć na konwent i poprowadzić swojej prelekcji. Pani Olu - życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Z dodatkowych atrakcji w różnych punktach budynku krakowskiej Arteteki, gdzie odbywała się impreza, kręcił się naturalnych rozmiarów Dalek, a za drzwiami czaiła się znajoma, niebieska budka, przy której rąbnęliśmy sobie grupową fotkę w związku ze Światowym Dniem Świadomości Autyzmu. Na imprezie pojawił się także gość z zagranicy - komik Scott Lee Hansen, który prezentował, jak dorastał z serialem.
 




Według danych organizatorów, na Whomanikonie zgromadziło się nas 460 sztuk - nieco mniej, niż rok temu, ale i tak dużo :-) Sale tętniły życiem, a sprzedawcy zgarniali kokosy, i dobrze. Poza losowymi wypadkami, na które nikt nie miał wpływu organizacja imprezy była dopięta na ostatni guzik i wszystko odbyło się świetnie. Mam także szczerą nadzieję, że nie był to ostatni Whomanikon, i że za rok znowu się zobaczymy.
 Z tego miejsca chciałbym podziękować... (głęboki wdech, bo dużo tego jest) wszystkim organizatorom i prelegentom, a także moim współdyskutantom: paniom Magdalenie Stonawskiej, Mai Białek, Joannie Byszuk, Idze Kolasińskiej i Ginny Nawrockiej, oraz panom: Mateuszowi Kozielskiemu, Piotrowi Manderze, Mateuszowi Kuchcie i Kacprowi Jurkiewiczowi. Dla Piotra dodatkowe podziękowania za użyczenie książki na prelekcję o Wojennym Doktorze. Dziękuję także Ewie Astroni Piotrowskiej za to, że oboje umiemy trafić do określonego miejsca równie bezproblemowo, jak Tardis Doktora, oraz państwu Joannie Kalinowskiej i Piotrowi Wysiadeckiemu za to, że mimo mojego irytującego gadulstwa nie wyrzucili mnie ze swojej bryki na zbity pysk gdzieś pod Kielcami ;D Serdeczne dzięki także dla pani Agnieszki Wójcik, za to, iż wraz ze mną wygrała wiedzówkę. A inne drużyny były równie dobre, co my!

Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem?

SPLENDID FELLOWS, ALL OF YOU!

czwartek, 23 lutego 2017

Upadek Korvena ("K9")

Czołem. Oto przed Wami recenzja spin-offa, a nawet finału tegoż - „K9”, bo o nim mowa. Zapraszam :)

THE ECLIPSE OF THE KORVEN
GŁÓWNI BOHATEROWIE: K9, Starkey, Jorje, Darius
WRÓG: Thorne, Lomax, Trojan

O co generalnie chodzi w serialu „K9” swego czasu opowiadałem przy okazji pojedynku jednego z epizodów z odcinkiem „Przygód Sary Jane”, tych więc, którzy spotykają się z serialem o naszym robo-Burku pierwszy raz odsyłam do wspomnianej recenzji: http://recenzje-dw-classic.blogspot.com/2015/05/pojedynek-spin-offowy-szczeki-orthrusa.html Tymczasem przechodząc do meritum, fabuła odcinka: Czasoprzestrzenny manipulator w domu Gryffena zaczyna zachowywać się dziwnie i niebezpiecznie – może spowodować katastrofę na wielką skalę. Tymczasem K9 zdaje się nie być poruszony tym wydarzeniem – myśli tylko o dostaniu się do bazy Departamentu i odzyskaniu regeneracyjnego dysku, który podstępem odebrał mu złowrogi inspektor Thorne. Szybką podróż do wspomnianej lokacji potem pies dowiaduje się od niego kilku ważnych rzeczy: manipulator działać może jak wymiarowa brama i w jej kierunku zmierza właśnie armia kosmitów chcących przejąć Ziemię na własność. Departament tymczasem ukończył właśnie prace nad sztucznie stworzoną, bardzo potężną istotą, którą zamierza wystawić do walki...

Przy wszystkich problemach, jakie ma „K9” - szczątkowych tylko powiązaniach z DW, durnych potworach tygodnia czy ogólną nieznajomością podstawowych rzeczy na temat Whoniversum u scenarzystów, główny wątek sezonu to jego mocna strona: już w jednym z odcinków początkowych widzimy (Widzimy – nikt nam tego nie mówi!) że Departament – organizacja głównych antagonistów – jest infiltrowana przez kosmitów, zmiennokształtnych Meronów. Dalej nie do końca wiadomo, czy Lomax – ukrywający swoją twarz za osłoną szef Departamentu – jest naprawdę zły. Jego podwładni – bez cienia wątpliwości, ale jednego z nich, mojego ulubionego Drake’a ów potrafił zdegradować, gdy ten nieomal doprowadził do kataklizmu. Na te, i wiele innych pytań otrzymujemy odpowiedź w finale. Co ciekawe, choć plan czarnych charakterów pozornie ma wiele dziur, po zastanowieniu odkrywamy, że wszystko naprawdę jest doskonale sensowne: celem opanowania całej planety zajęli strategiczny przyczułek na zbyt małą do tego na to skalę nie po to, by osłabić Ziemię przed inwazją, jak to się może wydawać, ale by spokojnie przygotować się na moment, gdy będą mogli zaatakować wszystkimi siłami. Oklaski dla scenarzystów. Szkoda, że nie spisali się równie dobrze, jeśli chodzi o postaci: June (mama Jorje) i Darius wydają się być wciśnięci do odcinka na siłę, bo skoro należą do głównych bohaterów, to muszą być w finale. Rozumiem to, ale czemu w takim razie nie dano im porządnej roli? Gryffen oczywiście jak zwykle błyszczy, ma niebanalny udział w zwycięstwie „jasnej strony mocy” a przy okazji staje do walki z własną chorobą i nawiązuje do DW :) Starkey i Jorje, jak zawsze identycznie idealistyczni, byli nawet fajni, ofiarni i odważni, ale ich wątek miłosny… Podsumujmy: od samego początku za przeproszeniem lecieli na siebie i byli w pełni świadomi, że to uczucie odwzajemnione. I nic z tym nie zrobili. W finale mają swój moment, który zostaje niestety przerwany, a potem już do niego nie wracają, mimo okazji. No brawissimo. Wrogowie są super, podstępni i nikczemni, ale nie wierzę, że żaden z nich nie wpadł na niesamowicie oczywisty błąd konstrukcyjny ich tajnej broni. Jaki natomiast jest K9? Bardzo...mechaniczny. I to nie jest wada, momentami wydaje się samolubny, ale to bardziej kwestia zaprogramowanych priorytetów, niż egoizmu. Przez to daje się też czasami wciągnąć w pułapkę, nie dostrzegając, że ktoś w pewnym sensie zmienia stronę.

Ostatnia kwestia to strona techniczna, i jest ona średnio dobra. Towarzyszące kataklizmowi zjawiska są proste, acz fajne, a ponure otoczenie doskonale pasuje do apokaliptycznego klimatu. Niestety nowy, zabójczy pupilek Departamentu wygląda bardzo sztampowo – to takie wielkie, tępe monstrum i w zasadzie niczym się nie wyróżnia - a metamorfoza jednej z postaci w ramach zakończenia budzi gorzki śmiech nie tylko tym, jak chciano zaoszczędzić na efektach procesu, ale też i na nowym wyglądzie tejże persony.

Tytułem podsumowania „Upadek Korvena” to nie tylko ostatni, ale też zdecydowanie najlepszy odcinek spin-offa „K9”. Nie jest idealny, ale gdyby cały serial stał na takim poziomie, byłby naprawdę znakomity. Doskonale spina wszystkie wątki i odpowiada na niemalże wszystkie pytania.

środa, 15 lutego 2017

Pojedynek: "Każdy w Swoją Stronę" kontra "Czas Doktora"

Cześć. Na wstępie przepraszam, że mająca się ukazać tydzień temu wideo-recenzja słuchowiska „UNIT: Wyciszenie” utknęła w Wirze Czasowym, ale jeszcze w tym tygodniu na sto procent uda mi się ją wydobyć. A tymczasem dzisiaj pojedynek dwóch, współczesnych, regeneracyjnych przygód Doktora!

THE PARTING OF THE WAYS
DOKTOR: Dziewiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose, Jack
WRÓG: Dalekowie

kontra

THE TIME OF THE DOCTOR
DOKTOR: Jedenasty Doktor
TOWARZYSZE: Clara
WRÓG: A kogo tam nie było? ;)

ALE… O SO CHOZI?
W „Każdy w swoją stronę” Rose jest więźniem Daleków, a Doktor wraz z Jackiem błyskawicznie ją ratują. To oczywiście dopiero początek walki z solniczkami – dowodzący nimi Cesarz Daleków nie odpuści i ordynuje atak na Stację Gry – kosmiczna stację znaną z dwóch poprzednich przygód („Długa Gra” i „Zły Wilk”) Nasz ulubiony Władca Czasu musi wraz z towarzyszami przygotować obronę i jeszcze przekonać mieszkających na stacji ludzi, że nadchodzi śmiertelne zagrożenie…

Czas Doktora” zaczyna się od tajemniczej wiadomości wysłanej poprzez wszechświat i sciąga wszelkiego rodzaju tałatajstwo wokół tajemniczej planety. Zanim jednak Doktor, z pomocą cybermańskiej głowy zwanej Handles, rozszyfruje co i jak, Clara poprosi go o pomoc w osobistej sprawie rodzinnej. Ale to akurat niezbyt ważne – istotniejsze, że wiadomość brzmi „Jaki Doktor?” a wspomniana planeta to Trenzalore – miejsce ostatecznego pochówku Doktora.

FABUŁA
Bardzo, bardzo lubię historie, w których przygotowuje się do odparcia oblężenia, a potem walczy z najeźdźcami, dlatego „Każdy...” bardzo mi się spodobało. Niestety, nie było idealne. Jak przystało na finał sezonu, trzeba było zamknąć pozostawione do tej pory wątki, czy zagadki i zrobiono to… od bidy. Cała zagadka napisu „Zły Wilk” nie prowadziła absolutnie donikąd, bez tegoż tekstu fabuła toczyłaby się dokładnie tym samym torem… i doszłaby dokładnie do tej samej deus ex machiny, jaką pokonane zostały puszki ze Skaro. Punkt na trzy.

W „Czasie...” mamy paradoks, i to nie czasowy. Pomysł jest mocno średni - Doktor musi pozostać na Trenzalore przez całe wieki, by bronić kolejnych pokoleń niewinnych mieszkańców, których wszystkie możliwe kosmiczne potwory chcą wysadzić wraz z całą planetą, by nie dopuścić do powrotu Władców Czasu (a jest on możliwy ze względu na coś, co pojawiło się właśnie na Trenzalore) a mimo wszystko historia wyszła miodnie. Rozwiązanie wszystkich wątków związanych z Ciszą i Jedenastym Doktorem ogółem wyszło nieźle. Za to najpoważniejsza wada: odsyłanie Clary do domu nie tylko identycznie, jak Rose w wyżej opisywanym odcinku, ale też więcej, niż raz. Dwa punkty na trzy.


TOWARZYSZE I DRUGI PLAN
Do „Każdy w swoją stronę” nie mam zarzutów pod względem towarzyszy. Rose bardzo się stara pomóc Doktorowi, nawet wbrew jego woli i własnemu krańcowemu egoizmowi, a Jack wyjątkowo daje się znieść – głównie dlatego, że w obliczu zagrożenia zachowuje jaką-taką powagę i ogranicza czerstwe dowcipy. Matka Rose i Mickey z kolei kupili mnie w tym odcinku komiczną wersją pomocy pannie Tyler w powrocie na pole bitwy z Dalekami. Wiecie, o czym mówię, zabawne to było. Trzy punktu na trzy.

Czas Doktora” to jeden z ostatnich odcinków, gdzie Clarę dało się lubić. Nie miała jeszcze w pełni rozwiniętej obsesji kontroli, a jej część mózgu odpowiedzialna za racjonalne decyzje jeszcze funkcjonowała. Zachowywała się więc jak należy – miła, oddana towarzyszka gotowa dać się pokroić (nie dosłownie, choć innych towarzyszy nieraz próbowano) za naszego herosa. No i potrafiła bez krępacji pogadać z Władcami Czasu. Z postaci drugoplanowych jej rodzinka z czele z babcią była nawet zabawna, a dowodząca Ciszowcami nowa postać, Tasha Lem… Zaraz, Doktor ją zna? Gdzie, skąd, kiedy? Za to pół punktu mniej, dwa i pół na trzy.


DOKTOR
Tutaj od razu mówię, iż jest po równo. Tak Dziewiąty jak i Jedenasty Doktor w swoich finalnych przygodach prezentują to, co absolutnie najlepsze tak u nich, jak i w ogóle w postaci naszego herosa. Dziki intelekt, odwagę i odrobinę humoru, choć tego ostatniego nie było wiele, bo omawianie historie do przesadnie wesołych nie należą. Pod tym względem jest idealnie, trzy na trzy punkty dla obu odcinków.

REGENERACJA
Nie da się ukryć, regeneracja jest bardzo, bardzo ważnym aspektem omawianych tu epizodów, przynajmniej dla mnie. W „Każdy w swoją stronę” jest rewelacyjnie – mamy jeden z moich ulubionych motywów przemiany w towarzystwie nieznającej procesu towarzyszki i bardzo fajną przemowę naszego herosa. Jednego, czego mi brakowało to słówka uzasadnienia (wszak to pierwsza we współczesnych seriach regeneracja) czemu fajerwerk regeneracyjny może ranić. Dwa i pół na trzy

Równie znakomita jest regeneracja w „Czasie Doktora”. Monolog naszego herosa jest nawet lepszy, aczkolwiek niezbyt podoba mi się, jak Jedenasty Doktor otrzymawszy nową pulę regeneracji najpierw niby-regeneruje, przez co odzyskuje młodość, a potem (oczywiście po wspomnianym monologu) dochodzi do faktycznej przemiany. Nie jest to wielka wada, mamy dzięki temu cudną panikę Daleków, ale dałoby radę pozostawić to i wszystkie inne fajne sceny, a sprawić, by odmłodzenie i eksplozja statku potworasów ze Skaro spowodowane były bezpośrednio falą regeneracyjnej energii od Władców Czasu. Również dwa i pół punktu.

WROGOWIE
Na koniec nieco o wrogach. W „Każdy w swoją stronę” Dalekami dowodzi ich Cesarz, niestety nie mogę powiedzieć o nim zbyt wiele dobrego. Jego wygląd jest przekombinowany, i choć jako lider nie musi mieć potencjału bojowego, nie ma powodu, by to on dowodził. Przynajmniej jego podwładni, mimo niezbyt sensownego „Są stworzeni z ludzi, więc szaleją z nienawiści” (Co za różnica: z ludzi czy z niemal identycznych Kaledów?) to takie puszki ze Skaro, jakie znamy i kochamy, bez żadnych zbędnych modyfikacji. Półtora punktu na trzy.

„Czas Doktora” prezentuje nam menażerię, której całe sezony razem wzięte by się nie powstydziły: Oprócz Daleków na Trenzalore wpadają także Sontaranie, Cybermani (W tym także z… drewna!) Płaczące Anioły… Od przybytku głowa nie boli, czy coś takiego, w każdym razie im więcej, tym weselej. Szkoda, że ostatecznie na placu boju zostają tylko przyjemniaczki ze Skaro. Dwa punkty na trzy.

WNIOSKI
Pozwoliłem sobie pominąć stronę techniczną, gdyż w obu odcinkach jest zwyczajnie doskonała. „Doładowana” energią Wiru Czasu Rose czy eksplodujący od trafienia regeneracyjną energią statek Daleków robią wrażenie. Na możliwych piętnaście punktów wynikiem dwanaście do jedenastu zwycięża… Czas Doktora! Co nie zmienia faktu, że finalna historię Dziewiątego też warto obejrzeć :)