wtorek, 31 października 2017

Słuchowisko: Ósmy Doktor - Wojna Czasu

Siemanko. Kiedy piszę te słowa, jest dokładnie 21:00 trzydziestego pierwszego października anno domini (jakie to ładne słowo…) 2017. Dla jednych Hallowen, dla innych Dziady, mniejsza o nazwę, grunt, że to właśnie dzisiejszej nocy z ciemności otchłani wyłażą najróżniejsze dziwa. I o jednym z nich, wyjątkowym dziwie, będzie traktować dzisiejsza recenzja.

THE EIGHTH DOCTOR – THE TIME WAR
DOKTOR: Ósmy Doktor
TOWARZYSZE: To skomplikowane ;)
WRÓG: Dalekowie



Ponieważ mamy tu antologię, na początek opowiem o każdym z segmentów. W pierwszym, zwanym „Statek kosmiczny Tezeusz” Doktor i jego towarzyszka dla relaksu lądują na tytułowym okręcie międzygwiezdnym. To, co z pozoru wydawałoby się kolejną, bardzo typową przygodą o kapitalistach szybko staje się czymś zupełnie innym. Nawet Doktor nie ucieknie bowiem przed Wojną Czasu i zmianami, jakie niesie…
Drugi segment to „Echa Wojny”. Doktor i kilkoro uchodźców ocalałych po wydarzeniach na „Tezeuszu” trafiają na jeden z niezliczonych globów ogarniętych Wojną Czasu. Nasz heros robi wszystko, by nikt z jego nowej drużyny nie zginął, a wkrótce przyłącza się do niego pozbawiony pamięci ktoś, kogo na pewno by się nie spodziewał…
Segment trzeci nosi tytuł „Pobór”. Kardynał Ollistra więzi przyjaciół Doktora, a jego samego umieszcza w koszarach, ze świeżo zwerbowanymi do armii młodymi Gallifreyczykami. Czy nasz heros sprosta wojskowym rygorom? ;)
Finał to „Jedno Życie”. Na otoczonej przez Daleków, umierającej planecie Doktor musi nie tylko stawić czoła puszkom ze Skaro i ocalić przyjaciół – musi też dowiedzieć się, czym jest tajemnicza broń zawzięcie poszukiwana przez Ollistrę…

Dlaczego nazwałem tę antologię „dziwem”? Hm, no cóż, żadna mi znana nie miała aż tak gargantuicznej rozbieżności pomiędzy poziomem poszczególnych segmentów. Pierwszy jest… po prostu dobry. Już na początku dostajemy scenę, w której gallifreyski wojownik nawet za cenę życia próbuje wypełnić misję dorwania renegata, który odmawia walki w Wojnie Czasu. A potem dzieje się nawet więcej – zauważyliście, co napisałem w rubryce „Towarzysze”? No właśnie – nie spoileruję, ale to, co się dzieje z tą osobą to świetny, idealnie wpleciony w koncept Wojny Czasu pomysł. No i jest też odniesienie do problemów świata współczesnego.
Kolejny segment jest strasznie nudny, operuje na ogromnie zgranym pomyśle, który pojawił się już w słuchowisku, a potem nakręcono na jego podstawie nie jeden, a dwa współczesne odcinki. A Doktor jeszcze twierdzi, że takiego czego nigdy nie widział. Widział, w szóstym wcieleniu.
Trzeci… Nie wiem, co powiedzieć o trzecim. Pomysł na zamknięcie Doktora z kadetami jest wyjątkowo idiotyczny, z której by strony nie patrzeć, brakuje mu choćby odrobiny logiki… a z drugiej osoba, która w tej historii jest odpowiedzialna za ten czyn, kardynał Ollistra to, jak już wiele razy wspominałem, Kojot Wiluś świata Doktora, tak więc plan do niej pasuje. Tak bardzo, że aż cud, że Doktor nie zrobił „Bip-pip”.
Jeśli chodzi o finał, to nie powala on oryginalnością, ale też, w przeciwieństwie do drugiego segmentu, nie nudzi. Pożegnanie z poznanymi w tej antologii przez Doktora osobami, Rupą i Quarrenem, naprawdę budzi emocje, a co wrażliwszych może nakłonić do uronienia łezki. No dooobra, broń poszukiwana przez Ollistrę jest stanowczo zbyt potężna, ale segmentu to i tak nie psuje.

Postaci… Dalekowie po prostu są, nie mają tu żadnego planu, ani jakiegoś szczególnego przywódcy. No ale nie za to ich kochamy ;) Ferajna Doktora jest sztampowa, ale fajna. Wprawdzie dopiero gdzieś tak od połowy, ale świetnie buduje się wokół nich tajemnicę: Ollistra chce ich koniecznie przesłuchać, (niby pod pozorem zbadania wojennych anomalii, w których byli) ale widać, że jej wyjaśnienia są grubymi nićmi szyte, a już bliżej końca zaczynają się ich retrospekcje, z którymi coś nie gra… Szkoda, że ceną za to jest fakt, iż o nowych doktorowych towarzyszkach per se dowiadujemy się bardzo, bardzo niewiele. Może kiedyś…
Z samym Doktorem mam natomiast pewien problem: po każdej serii, tej z Lucie Miller, po Ciemnookiej, czy starciu z Koalicją Zagłady Ósmy staje się nieco mroczniejszy. Ta antologia ma miejsce po wszystkich wyżej wymienionych, ale charakter Doktora jest bardzo bliski temu z początków wojaży z Lucie. Cały nagromadzony smutek gdzieś wyparował. Nie mówię, że to źle chciałbym się tylko dowiedzieć, gdzie. Gdyż ma to i jaśniejsze strony, mimo wszystko. Czy zdołowany Doktor wywołałby bitwę na jedzenie w koszarowej stołówce? ;)

To prowadzi nas do mocnej strony antologii, jaką jest humor. I to nie typowo wojenny i czarny, zupełnie inny. Żarty z edukacji Doktora na różnych polach, czy nawet piosenka, jaką śpiewają gallifreyscy kadeci. Nie jest może tego powalająco dużo, ale gdy już jest, to mamy wyraźnego banana na twarzy. A, właśnie, żart o bananie też jest ;)

Da się znaleźć jeszcze troszkę szczątkowych wad: drobna niezgodność misji gallifreyskiego żołnierza z pierwszego segmentu względem tego, co się mówi w ostatnim, brak wyjaśnienia, skąd szukana przez Ollistrę broń ma aż taką moc, czy trywialny fakt, iż do czołówki tej antologii użyto tematu z przygód Wojennego Doktora, zamiast nowego. Tak jednak czy inaczej jest to wyjątkowo dziwna antologia, tak dziwna, że aż zapomniałem o śpiewaniu "Don;t mention the War" podczas słuchania ;) Nie mam pojęcia, czy Wam polecić tę produkcję. Myślę, że fanom Ósmego Doktora mogę. Reszcie… mniej ;)

środa, 25 października 2017

[Książka] Niech wióry lecą: Ogniwa Wojny

Siemanko. Wiecie, nigdy nie byłem miłośnikiem gimnastyki. Kiedy w czasach szkoły musiałem wykonywać tego typu ćwiczenia na lekcjach wychowania fizycznego byłem daleki od zachwytu. Ale teraz, po latach, widzę, że inni mieli gorzej. Np. niejaki George Mann, autor omawianej poniżej książki, której pisanie wiązało się dla niego z robieniem serii szpagatów…

ENGINES OF WAR
DOKTOR:
Wojenny Doktor
TOWARZYSZE: Węgielka
WRÓG: Dalekowie, Karlax



Planeta Moldox, kolonia ludzi położona w pobliżu anomalii zwanej Okiem Tantala, jest niemal całkowicie pod kontrolą Daleków. Z puszkami ze Skaro walczy mała grupa rewolucjonistów, wśród których jest młoda kobieta zwana przez swe pomarańczowe włosy Węgielką. Kiedy jej partner ginie w akcji, ją samą ratuje rozbicie się doktorowego Tardisa. Nasz heros wraz z kolegami uczestniczył bowiem w kosmicznej bitwie przeciw Dalekom, niestety przegranej, i ledwie uszedł z życiem. Doktor i Węgielka zawierają niełatwy sojusz (dziewczyna za grosz nie ufa Władcom Czasu) i razem decydują się przedostać do obozu buntowników w mieście Andor…

No i cóż, wspomniałem o szpagatach? Są szpagaty. W ilościach przemysłowych. Autor próbował pogodzić pragnienia fanów na książkę osadzoną podczas Wojny Czasu i dzikie wrzaski swoich chlebodawców wyrzucających z siebie raz po raz cytat z Johna Cleese’a „Don’t mention the War!”. Jaki mamy tego skutek? Jeśli jest Wojna Czasu, to nie na Gallifrey. Jeśli jest Gallifrey, to ogranicza się do zakulisowych intryg samych Władców. Które są pożałowania godne, ale o tym za chwilę. Wszystko trochę lepiej się zgrywa w trzecim akcie, zwieńczonym dobrym finałem, ale to trochę mało. Tym bardziej, że wcześniej... No właśnie, wspomniałem o tym, jaką porażką są tu Gallifreyczycy. Poważnie, w zasadzie wszystko, co dotyczy Władców Czasu w tej książce to paździerz. Ich motywacje? Zapytam tak: JAKIE MOTYWACJE? Wydaje się, że chcą, żeby Dalekowie wygrali, albo są aż takimi idiotami. Nawet główny, nie-dalekowy antagonista jest pożałowania godny i tylko czekamy, żeby chociaż zregenerował w kogoś z mózgiem. To sobie poczekamy...

Powstałe na skutek pisania w szpagacie dziury autor próbował zapchać na dwa sposoby, jednym jest fanserwis. Mamy więc Borusę, nauczyciela Doktora, oczywiście w takiej postaci, jaką pozostawiło go „The Five Doctors”. Ma udział w fabule i jest to całkiem fajne. Niezłe jest też użycie jednej z rzeszy potworasów wymienionych jako koszmary zrodzone podczas Wojny, konkretnie Degradacji Skaro. Nie czynią może wiele, ale grunt, że są, a opisy ich wyglądu wzbudzają nutkę grozy. Kolejną rzeczą jest wyjaśnienie, skąd w stercie odchodów, jaką jest „The End of Time” wziął się Rassilon, martwy od eonów. Wyjaśnienie brzmi „Jest wojna, więc go wskrzesiliśmy”. Odpowiedź Doktora jest na poziomie „Aha”. A moja na poziomie AAAAAAAAAAAAAAAAA!

W stronie technicznej przejawia się ten wspomniany, drugi sposób: dla przykładu Krąg Wieczności, specjalny oddział Daleków mający rozwijać nowe technologie (Gdzie to już było? A, tak Kult Skaro w seriach RTD. Gratulacje, autorze, zmieniłeś nazwę i na tym poprzestałeś!) ma członków opisywanych jako niebiesko-srebrni... poza tymi kawałkami, gdzie są niebiesko-złoci. Serio? Takiego za przeproszeniem duperelu nie dopilnować? Jest jeszcze Dalek Broń Specjalna znany z „Remembrance of the Daleks”, oczywiście także pod zmienioną nazwą. Brak mi słów. Ja wiem, w pozycji szpagatu, koniecznej do ukończenia tej książki, ciężko było uniknąć takich rzeczy, ale jakiś taki niesmak pozostaje.

No ale już dooobra, ciszej nad tą trumną. Są też i zalety. Ostateczny plan Daleków jest ciekawy i mroczny, w sumie nawet mi szkoda, że się nie ziścił na chwilkę. Wojna Czasu w tych krótkich momentach nawet, jeśli nie dzieje się na Gallifrey, jest przednia. Ofiary zostają wymazane z historii, która się zmienia tak, że często ich kompani nie pamiętają, że ktoś z nimi był. Są wspomniane potwory (mało ich, ale grunt, że są) a Węgielka to znakomita postać. Niezbyt oryginalna, bardzo przypomina kobitkę z regeneracyjnego mini-odcinka Ósmego Doktora, ale w tym przypadku pokuszę się o stwierdzenie, że to ma sens. Ma wystarczająco czasu, byśmy dostrzegli jej osobowość i ma też wpływ na Doktora. Właśnie, Doktor. A jaki jest? Fajny. Troszkę oschły, ale empatyczny, na ogół rozumiejący, że nie każdy mu ufa (i dlaczego). Jednak kiedy przekroczy się granicę… Dość powiedzieć, że biada jego przeciwnikom. No i nie drze mordy bez powodu. Pozdro, Big Finish.

No i co mam Wam powiedzieć? Książka nie jest za dobra… bo autor chciał żeby, skoro jej bohaterem jest Wojenny Doktor, była w niej… wojna! Czy postąpił jak należy sprzeciwiając się (na ile się dało) chlebodawcom? Może powinien był wydać coś z lepszą fabułą, ale bez czasowego konfliktu, jak ¾ późniejszych słuchowisk z WD? Na to pytanie odpowiedź pozostawiam Wam.

Uwaga techniczna: odnośnie postępowania autora posłużyłem się spekulacją, opartą jednak na dosyć mocnych dowodach, głównie tym, jak książkę poprowadzono. Na 99% tak właśnie było.

czwartek, 5 października 2017

Pięć lat istnienia tego wesołego blogaska :)

Siemanko. Trudno uwierzyć, że to już pięć lat, co? Pięć lat temu pod wpływem impulsu założyłem tego doktorowego blogaska, początkowo tylko z reckami klasycznych przygód. Liczbę czytelników i komentarzy można było policzyć na palcach jednej ręki, za to zbędnych przecinków znalazłoby się na kopy. Po latach serial się zmienił, ja zacząłem recenzować wszystkie możliwe doktorowe produkty, nie tylko telewizyjne, poprawiłem interpunkcję… i nadal mogę policzyć czytelników na palcach jednej ręki ;) To, co miałem na dziś stworzyć w założeniu miało być dużo bardziej ambitne, niestety z racji problemów, z jakimi się obecnie borykam, musiałem zrewidować mocno plany. Ale do meritum: Doktor lubi nie tylko przeszłość ale i przyszłość, prawda? Oto przed Wami Przyszłościowy Alfabet Tegoż Bloga. W alfabetycznej kolejności rzeczy, które mam nadzieję kiedyś zrecenzować :) Uwaga techniczna: znane mi produkcje z tytułami na „X” lub „O” już recenzowałem, zmuszony jestem pominąć te litery.

A – Atom Bomb Blues (Siódmy Doktor)
Ta książka, gdzie Siódmy Doktor udaje naukowca zajmującego się rozszczepianiem atomów aby powstrzymać tajemniczą siłę przed zmianą historii. A odurzona Ace mimowolnie doprowadza porywaczy do piany mówiąc prawdę i tylko prawdę.

B – Bullet Time (Siódmy Doktor)
Ta urocza książka z Doktorem robiącym dziwne interesy z mafią i wyrzuceniem przez mafioza Sary Jane Smith z lecącego samolotu ;)

C – Creed of Kromon, The (Ósmy Doktor)
To słuchowisko o rasie termitów wielkości człowieka, których cała kultura to wielka korporacja. A, i chcą uczynić towarzyszkę Doktora, Charley, swoją królową.

D – Doctormania (Dziewiąty Doktor)
Ten komiks, gdzie Slitheenka udaje Doktora i trzepie na tym udawaniu kokosy. Dowód, że dobry scenarzysta nawet coś takiego, jak Slitheeni jest w stanie wykorzystać w fajny sposób.

E – Engines of War (Wojenny Doktor)
Ta książka będąca pierwszym występem Wojennego Doktora w rozszerzonym uniwersum. I oczywiście jej motywem przewodnim jest „Don’t mention the War”. Ale przynajmniej towarzyszka Doktora jest spoczko.

F – Fear, The (Czwarty Doktor)
Ta krótka nowelka, która ustanawia nową definicję słowa „psychodeliczny”. Doktor spada w nicość, jest jedzony żywcem i wiele, wiele innych atrakcji. Finał może nie jest mega-zaskakujący, ale i tak ciekawy.

G – Ground Zero (Siódmy Doktor)
Ten diablo ładnie narysowany i diablo smutno się kończący komiks, gdzie tajemnicza organizacja porywa kilka towarzyszek Doktora. Kolejna cegiełka do mojej dzikiej teorii „Ace to Lyman świata Doktora” :D

H – Highlanders, The (Drugi Doktor)
Ta telewizyjna historia, która w całości zaginęła, więc pozostaje nowelizacja :) Ostatnia aż do ery Piątego Doktora przygoda bez innych, niż Doktor i spółka ufoków i pierwsza, gdzie pojawia się Jamie.

I - I, Davros (Davros)
To słuchowisko o dzieciństwie i młodości Davrosa, które jest fabularnie wyborne, ale technicznie leży i kwiczy jak nic innego. A Dalekowie wytaczają swemu twórcy proces, bo tak ;)

J – Judgement of Isskar, The (Piąty Doktor)
To słuchowisko, gdzie Doktor w towarzystwie istoty zwanej Amy (nie mylić z Amy Pond!) musi raz jeszcze wyruszyć na misję skompletowania Klucza do Czasu… a słuchacz musi się zmierzyć z najgorszym dziadostwem, jakie kiedykolwiek wyprodukowało Big Finish :(

K – Kinda (Piąty Doktor)
Ta telewizyjna przygoda, gdzie nawet Adrica da się znieść, a pomniejsze czarne charaktery są grane tak fatalnie, że aż świetnie. Główny zły natomiast zabiera Tegan w pewnego rodzaju podróż żywo przypominającą narkotyczną ;)

L – Lie of the Land, The (Dwunasty Doktor)
Finał telewizyjnej Trylogii Mnichów, z wyraźną tendencją spadkową od fantastycznej pierwszej części do właśnie trzeciej będącej gdzieś w okolicy poziomu ery Russela T Daviesa. PO CHOLERĘ UDAWAĆ REGENERACJĘ PRZED OSOBĄ, KTÓRA NIE WIE O TYM PROCESIE??? Ale chociaż Nardole jest...

M - Mission to Magnus (Szósty Doktor)
Ta zabawna historia (jest wersja słuchowiskowa i książkowa) o wojnie płci… którą kompletnie położyło wrzucenie do niej bez sensu Lodowych Wojowników.

N – Nightdreamers (Trzeci Doktor)
Ta książka oparta na pomyśle, którego mocno zmodyfikowaną wersję wykorzystano w odcinku „Kill the Moon”. Doktor i Jo trafiają na zaludniony księżyc odległej planety, na którym grawitacja odstawia hopki. Ażeby pomóc tubylcom, muszą skontaktować się z posiadającym telepatyczne zdolności… robalem zwanym Norebo.

P – Patient Zero (Szósty Doktor)
To słuchowisko, gdzie Charley Pollard (Wreszcie, psiakrew, wreszcie!) chce powiedzieć Doktorowi prawdę o swojej przeszłości (z ósmym jego wcieleniem…) ale zapada na dziwną chorobę. A nasz heros ma inne problemy, głównie takie wołające „Exterminate”.

Q – Quinnis (Pierwszy Doktor)
To słuchowisko z cyklu „Companion Chronicles” z Susan jako narratorką i akcją przed pierwszym odcinkiem serialu. Tutaj Doktor musi wywołać deszcz. Kaczor Donald też swego czasu próbował.

R – Real Time (Szósty Doktor)
To alternatywne słuchowisko z Cybermanami jako wrogami, szczególnie polecane dla znających postać towarzyszki Evelyn i nielubiących tego, jak zakończył się jej wątek. Niestety, z otwartym na wieki zakończeniem :(

S – Side of the Angels (Ósmy Doktor)
Ten przedostatni segment serii „Koalicja Zagłady”, gdzie Doktor musi stawić czoła nie tylko złowrogiemu Jedenastce, ale też Mnichowi i kardynał Ollistrze z jej iście anielskim planem. Wada: ten segment kompletnie przyćmił następujący po nim finał całej sagi.

T - The Blood Cell (Dwunasty Doktor)
Ta książka, która jest „Prison Breakiem”, „Skazanymi na Shawshank” i jeszcze kilkoma innymi więziennymi opowiastkami w doktorowym wydaniu. Nasz heros daje się zamknąć do kosmicznego pudła rządzonego przez tyrana, który ma chrapkę na Clarę odwiedzającą więźnia.

U – UNIT: Silenced (Kate Steward, Osgood)
Ta antologia słuchowisk, gdzie UNIT staje do konfrontacji z Ciszowcami. Nasi dzielni wojacy nie mają, niestety, zbytnich szans zważywszy, że dowodzi nimi taka idiotka, jak Kate. Ale chociaż klimat jest fajny...

V – Vincent and the Doctor (Jedenasty Doktor)
Ta wyjątkowa pod wieloma względami telewizyjna historia, gdzie przechodzimy od ganiania gigantycznego, uzbrojonego w kamuflaż kurczaka z kosmosu do dramatu życia wspaniałego artysty. Zakończenie odcinka to jedna z najlepszych rzeczy, które wyszły spod szyldu DW.

W – [The Metahphysical Engine or] What Quill Did (Panna Quill)
Nie czepiajcie się sztuczki z tytułem, co? :D Ten epizod spin-offa „Class” jest w mojej opinii najlepszy. Panna Quill desperacko chce uwolnić się od pasożyta umieszczonego za karę w jej mózgu, w czym zgadzają się jej pomóc tajemniczy Nadzorcy. W tym celu wyrusza ona w niebezpieczną podróż przy użyciu machiny mniej praktycznej, ale wizualnie fajniejszej, niż Tardis

Y - Year of Intelligent Tigers, The (Ósmy Doktor)
Ta książka, której to antagoniści są tak bezsensowni, że aż świetni. Tygrysy, które naprawdę są jaszczurami. Których to pokolenia są na przemian mądre, głupie, mądre, głupie… Tylko w świecie Doktora

Z – Zygon Who Fell to Earth, The (Ósmy Doktor)
To słuchowisko, w którym ciotka towarzyszki Doktora, Lucie, okazuje się być żoną Zygona… a to wcale nie jest największy numer, jak wycina słuchaczom ta produkcja.


I to byłoby na tyle, dzięki, że byliście ze mną te pięć latek. Dajcie znać, co z tej listy spodobało się Wam najbardziej, ergo co chcecie zobaczyć zrecenzowane w pierwszej kolejności :)

sobota, 26 sierpnia 2017

Top Siedem najbardziej odjechanych konceptów ze świata Doktora

Cześć. Po ogromnym sukcesie Top7 twórców nabrałem dzikiej ochoty na kolejną listę. Pewnie to jak zwykle tylko ja, ale czasami bywa tak, iż nawet, gdy jakieś dzieło nie jest za dobre, zachwycamy się pojedynczym jego konceptem. Oto przed Wami Top7 najbardziej odjechanych konceptów ze świata Doktora!

Zasada w zasadzie ( ;) ) jedna: tylko media, gdzie Doktor występuje bazowo. W przeciwnym rodzaju dzieła o np dawnych towarzyszach naszego herosa bez jego udziału zajęłyby całą listę ;) Ale do rzeczy:

Miejsce siódme: Kromoni (Słuchowisko „The Creed of Kromon”)

Zaczynamy od rasy, którą napotkał w jednym ze słuchowisk Ósmy Doktor. Czym są Kromoni? To ludzkiej wielkości, obdarzone telepatyczną więzią robale przypominające termity, których całe społeczeństwo… to korporacja! Nie zalewam, korporacja. Nie jakiś rój w rodzaju pszczelego, czy czegoś w tym guście, korporacja na iście ludzkich zasadach. Sam pomysł na nich nie dorównuje może kolejnym z tej listy, ale jednak sam w sobie jest naprawdę oryginalny.


Miejsce szóste: Świadoma czarna dziura ze słuchowiska "1963: The Space Race"
Świadome obiekty astronomiczne fruwające sobie po kosmosie już gdzieniegdzie się pojawiały w popkulturze, ale czy gdziekolwiek poza DW świadoma czarna dziura przeszczepiała ludzkie struny głosowe oraz mózg… Łajce? Tak, tej Łajce, pierwszemu pchlarzowi i w ogóle pierwszemu żywemu stworzeniu na orbicie. To chyba wystarczy za rekomendację ;)


Miejsce piąte: Czerwone krwinki z komiksu „Culture Shock"
Recenzowałem kiedyś ten komiks (http://recenzje-dw-classic.blogspot.com/2014/07/komiks-szok-kulturowy.html) aczkolwiek gwoli ścisłości: coś wysyła w eter telepatyczną prośbę o pomoc, która dociera do Doktora. Tym czyś okazują się… czerwone krwinki w ciele małego dinozaura umierającego na zakażenie! Krwinki owe nie tylko mają telepatyczne właściwości, ale i świadomość. Takie rzeczy to tylko w DW ;)


Miejsce czwarte: Odcinek „Heaven Sent”
Tylko Doktor i potwór w pustym zamczysku, i tak przez prawie godzinę. Czy to się mogło udać? Nie tylko mogło, zrobiło niesamowitą furorę, efekt został przez wielu okrzyknięty najlepszym odcinkiem ever, a Peter Capaldi podobno prawie się wykończył podczas zdjęć do tegoż ;) No po prostu drugiego takiego odcinka nie było i chyba lepiej, by nie próbowano tego ponownie. Raz się udało i styknie. Może Was dziwić, że zaledwie czwarte miejsce, ale patrzcie, co jest na kolejnych ;)



PODIUM


Miejsce trzecie: Świat dźwięków ze słuchowiska „Scherzo”
Wyglądający na pusty, świat, w którym tak naprawdę wszyściuchno stworzone jest z dźwięków. Czy trzeba coś jeszcze w ogóle dodawać? ;) Trzeba: Ma posiadającego niezwykłe właściwości mieszkańca, którego oczywiście spotyka Doktor. Samego słuchowiska fanem nie jestem, ale niewątpliwie pomysł był świetny i doktorowo-szalony zarazem.


Miejsce drugie: Wszystko, co napotyka Chalrey Pollard w słuchowisku „Zagreus”
O boziu, gdyby chcieć wymieniać wszystkie rzeczy z tego słuchowiska, to zabrakłoby miejsca na cokolwiek innego na liście. Tu macie moją recenzję (https://recenzje-dw-classic.blogspot.com/2014/09/suchowisko-zagreus.html) a tymczasem: już na początku Charley widzi swoją matkę zamieniającą się w zająca, potem kot Schrodingera i Doktor zamieniają się miejscami w eksperymencie dotyczącym tego pierwszego, jest też wojna nakręcanych, zabawkowych zwierzątek z, także mechanicznymi, ludźmi… Dużo by jeszcze można wymieniać, sami chyba widzicie, czemu właśnie to zajmuje drugie miejsce.


A teraz już to, na co czekaliście.

Pierwsze miejsce: Regeneracja
Oczywiście, że tak. Temu konceptowi whoniversum zawdzięcza długowieczność. Ta niesamowita pochodna reinkarnacji, onegdaj mająca być funkcją Tardisa i pozwolić serialowi poistnieć sobie troszkę dłużej sprawiła, że dzisiaj cieszymy się bardzo bogatym uniwersum Doktora. Uniwersum, w którym wszystkie te wyżej wymienione dziwactwa mogły się pojawić.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Top Siedem Twórców Whoniversum

Cześć. Oto dzisiaj przed Wami coś wyjątkowego. Moje Top7 doktorowych twórców. Najchętniej zrobiłbym to w zupełnie innej postaci, ale z wielu przyczyn nie jest to możliwe, tak więc… Dlaczego akurat top7?




Zasady: Twórca musi być autorem więcej, niż dwóch prac osadzonych we whoniversum: odcinków serialu bądź spin-offa, słuchowisk, książek, komiksów, itp. I muszą być one co najmniej dobre, ale to się rozumie samo przez się. Nie przedłużając, fanfary!

Na początek trzy wyróżnienia, w kolejności przypadkowej. Troje autorów dobrych, ale nie aż tak, by znaleźć się na liście:

Robert Shearman
Autor scenariusza do odcinka „Dalek” z pierwszej serii współczesnej, stanowiącego swobodną adaptację jego innej pracy, słuchowiska „Jubilee” z Szóstym Doktorem. Oprócz tego napisał m.in także scenariusze do słuchowisk „The Holy Terror” i „The Maltese Penguin”, jedyne zawierające komiksowego towarzysza Frobishera. Zasłynął także bardzo oryginalnym „Scherzo” z Ósmym Doktorem i Charley Pollard.

Jacqueline Rayner
Twórczyni bardzo dużej ilości doktorowych mediów, z czego najważniejsze to wprowadzające świetną towarzyszkę Szóstego Doktora Evelyn słuchowisko „The Marian Conspiracy” czy inne, niż wszystko, co do tej pory słyszeliście „Doctor Who and the Pirates”. Napisała tez wiele króciutkich niestety powieści jak „The Stone Rose” czy „Magic of the Angels” odpowiednio z Dziesiątym i Jedenastym Doktorem.

Terrance Dicks
Autor ładnej ilości niezłych, klasycznych przygód Doktora, jak np. The War Games, które współtworzył z Malcolmem Hulke, a także takich, jak debiut Czwartego Doktora, czyli „Robot”, „State of Decay” czy „The Five Doctors”.

A teraz już przechodzimy do dania głównego, czyli top7.

MIEJSCE SIÓDME:

Patrick Ness


W panteonie doktorowych twórców stosunkowo od niedawna, autor krótkiej, rocznicowej nowelki z Piątym Doktorem. Dopiero jednak parę lat później rozwinął w tym uniwersum skrzydła: stworzył spin-off DW „Class” i napisał wszystkie jego odcinki. Spin-off DW który to, o dziwo, daje się oglądać nie tylko bez obrzydzenia (pozdro, „Torchwood”) ale i z niekłamaną przyjemnością? Niebywale trudna sztuka, ale jemu się udało. I za to siódme miejsce na liście.




MIEJSCE SZÓSTE:

Justin Richards

Twórca działający w rozszerzonym uniwersum, włączył do słuchowisk świetną postać z klasyków Rani w swoim słuchowisku „The Rani Elite”. Wśród innych jego prac dla Big Finish na pochwałę zasługuje szczególnie „Jago, Litefoot and Strax”, świetne, ale niestety pojedyncze, słuchowisko. Poniekąd za te dwie świetne produkcje znalazł się na liście, aczkolwiek jest też autorem niezłych książek z współczesnymi Doktorami, m.in. „Plague of the Cybermen” (Jedenasty Doktor) „Silhouette” (Dwunasty) czy „The Deviant Strain” (Dziewiąty.) 
 
 
 

MIEJSCE PIĄTE:

Peter Grimwalde



Autor o ilościowo skromnym dorobku, napisał jeno trzy klasyki - Time-Flight, Mawdryn Undead oraz Planet of Fire – aczkolwiek na piąte miejsce zasłużył, gdyż „Mawdryn...” i „Planet...” to pierwsza i ostatnia historia z Vislorem Turloughem – fantastycznym, lepszym od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent nawet i współczesnych towarzyszy, kompanem. To właśnie Grimwalde nadał mu taki fantastyczny rys i stworzył całą jego przeszłość.





MIEJSCE CZWARTE:

Malcolm Hulke



Autor znakomitych, klasycznych historii, jak „The War Games” współtworzone z Terrancem Dicksem, a także należących do ery Lat UNITu takich perełek jak „Doctor Who and the Silurians”, „Colony in Space”, „The Sea Devils”, „Frontier in Space” czy „Invasion of the Dinosaurs”. Może nie najlepsze w całej erze, ale z pewnością w jej czołówce. A zważywszy na wysoki poziom tejże, to bardzo duże osiągnięcie.


I wreszcie samo podium. Trzy miejsca dla trzech świetnych autorów, którzy swoim talentem znacznie wzbogacili świat Doktora. Fanfary!




MIEJSCE TRZECIE:

Philip Martin


Debiutował on we Whoniversum tworząc dwie przygody Szóstego Doktora: Vengeance on Varos oraz Mindwarp. Charakterystyka jego dzieł? Ciężki, brutalny klimat kapitalistycznych korporacji trzymających „sztamę” z rządem i mających podwładnych za nic, ostra ironia. Wszystko to można też znaleźć w jego słuchowiskach, jak np „The Creed of Kromon” (w bardziej „owadzim” wydaniu) czy "Antidote to Oblivion" - jedno z najwspanialszych, jakich miałem przyjemność słuchać. Poza tym powołał też do życia perfidnego i obrzydliwego Sila – genialny czarny charakter. 




MIEJSCE DRUGIE:

John Dorney


Autor ogromnej ilości słuchowisk, zwłaszcza należących do antologii. Najlepsze historie z „Dark Eyes”, „Doom Coalition” czy przygód Wojennego Doktora to właśnie jego zasługa. Stworzył też kilka historii z serii „Gallifrey”, a i jego solowe słuchowiska to mistrzostwa świata. „The Burning Prince”, „1963: The Assassination Games” czy niedawne „The High Price of Parking” są znakomite, a i tak nie umywają się do absolutnej perfekcji, jaką jest „The Fourth Wall” - nawet i za tylko za tę historię zasłużyłby na drugie miejsce, a miał też masę wyżej wymienionych, innych zasług!


I wreszcie pierwsze miejsce, złoto, najwyższa pozycja na podium:





MIEJSCE PIERWSZE:

Steven Moffat




Nie mogło być inaczej, Moffat to geniusz, twórca doskonałych fabuł, monstrów i postaci. Bez niego nie byłoby Jedenastego Doktora, Płaczących Aniołów, Ashildr czy Missy. To jego, prawdopodobnie działający na stymulantach, ale zawsze, umysł dał światu takie skarby, jak "Heaven Sent", "The Eleventh Hour" czy "Time of the Angels". I wiele, wiele innych. Geniusz, mistrz ośmieszania hejterów - Hell Bent dowodem - i król trollingu. Zasłużone pierwsze miejsce. Fanfary!

Mam nadzieję, że podobała się Wam moja lista – wiem, że nie, ale połudzić się można ;) Dajcie znać, czy chcecie więcej tego typu wyliczanek. Pozdro i do przeczytania :)

wtorek, 1 sierpnia 2017

Rogi Nimona

Niniejszą historię recenzuję na przekazaną mi poprzez Ask.fm prośbę Weeping Angel.

THE HORNS OF NIMON
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Nimon, Soldeed

Dokonując modyfikacji w Tardisie, Doktor czasowo wyłącza większość funkcji budki, ta jednak z jakiegoś powodu nie pozostaje w miejscu – coś ją przyciąga. Jak się okazuje tym czymś jest uszkodzony statek imperium skonnańskiego – niegdyś potężnego, obecnie podupadającego, ale wciąż marzącego o podbojach. Przedstawiciele tegoż właśnie imperium wiozą młodych jeńców z planety Aneth jako daninę dla potwora zwanego Nimonem – aczkolwiek wspomniana awaria czyni zadanie dużo trudniejszym…

Jest to, nie boję się przyznać, najtrudniejsza recenzja doktorowego produktu, jaką w życiu pisałem. Mówimy bowiem o historii, którą naprawdę przyjemnie oglądać… ale w każdym niemalże aspekcie widać braki szlifu. Zacznijmy może od postaci. Doktor jest ok, może nieco bardziej lekkomyślny, niż zazwyczaj, ale nie do przesady. Ma mowy w swoim stylu, nieodłączne żelki i kilka ripost. Romana natomiast jest taka… charakterologicznie zawieszona w połowie między pierwszym a drugim, milszym wcieleniem. Dziwne, bo od regeneracji minął już przecież jakiś czas. Dobrze, że jest chociaż bardzo użyteczna, no i nie trzeba jej ratować, a tylko troszkę wesprzeć. Na drugim planie mamy przede wszystkim grupkę wspomnianych już, młodych jeńców. Z nimi z kolei problem polega na tym, iż czegokolwiek dowiadujemy się tylko o jednym z nich! Są to bardzo ubogie informacje, ale akurat ich charakter nadaje temu minimalizmowi nieco realizmu. Jednak mimo wszystko brak danych o pozostałych czy zero interakcji między nimi to poważna usterka.

W kwestii przeciwników Nimon jest trochę sztampowy, ale plus za to, że nie od razu wiadomo, do czego dąży. Minus za niedostateczne objaśnienie, czemu potrzebuje dwóch tak różnych, jak to tylko możliwe, źródeł energii do swojego planu. Jego pachołek, Soldeed, zrobił na mnie świetne wrażenie słusznie nie do końca wierząc swojemu głupiemu podwładnemu (jednemu z pilotów statku, na którego pokład dostali się nasi Władcy Czasu), niestety to wszystko idzie się paść na sam koniec, gdy chłop doznaje szoku kompletnie i niezrozumiale zmieniającego jego wszelkie priorytety. Soldeed ma też swój, w pewnym sensie, dobry odpowiednik. Mający małą, ale ważną rolę. Nie wspominałem natomiast za dużo o wspomnianym drugim pilocie (pierwszy bardzo szybko żegna się z tym łez padołem), gdyż nie bardzo jest o czym mówić. Wyglądający jak jeden z szeregowych rywali Inspektora Gadżeta grubas o fanatycznym podejściu do powierzonego zadania. Psuje Doktorowi i Romanie krew swoim pustostanem podczaszkowym, ale nagrody za to nie dostanie.

Strona techniczna jest w porządku. Bez szaleństw, ale w porządku. Efektowne są wybuchy i strzały, ale odrobinę za dużo w nich dymu. Fantastyczne są kostiumy… za wyjątkiem głów i hełmów – te pierwsze, zwłaszcza nimońskie, są za duże w stosunku do korpusów, a te drugie za idiotyczne. Za to do scenografii przyczepić się nie sposób - „labirynt” Nimona jest fajny w swej… „techniczności”, a wnętrza kosmicznych statków od razu mówią nam, gdzie dzieje się akcja. Z zewnątrz statek Skonnan wygląda – jak na czasy produkcji – średnio, za to prawdziwym majstersztykiem jest energetyczny tunel, który tworzy Doktor, by wejść do środka, nie mogąc zmaterializować Tardisa bliżej. Cudeńko.

Jeśli jest w tej historii coś, do czego nie można się przyczepić, to humor. Jego głównym źródłem jest nie kto inny, jak K9. Nasz robotyczny Burek (niestety nie przemawiający głosem Johna Lessona) bawi bądź sam, bądź staje się narzędziem gagu w rękach Doktora. Przykładem komiczna scena z medalem. Bez spoilerów. Zabawna jest też niezwiązana z nim puenta odcinka.

No i cóż, więcej bez zdradzania fabuły nie da się powiedzieć. Czy to dobra historia? Raczej średnia. Zdecydowanie nie dla perfekcjonistów i dokładnych, drobiazgowych widzów. Oglądajmy nie nastawiając się na rewelację, a nawet się nie obejrzymy, jak minie te sto minut. (25 min razy cztery części) pełne frajdy. A przecież o to tak naprawdę chodzi...

piątek, 28 lipca 2017

Słuchowisko: Dzień Vashty Nerady ("Klasyczne Doktory - Nowe Potwory II")

THE DAY OF VASHTA NERADA
DOKTOR: Ósmy Doktor
WYSTĘPUJE TAKŻE: Kardynał Ollistra
WRÓG: Vashta Nerada

Ściągnięty przez ratunkowy sygnał na kosmiczną stację-laboratorium, Ósmy Doktor odkrywa, iż zebrani tam ludzcy naukowcy na żołdzie gallifreyskiej karydnał Ollistry eksperymentują na pochwyconej chmarze Vashty Nerady. Ollistra pragnie, by stwory zostały tak zmodyfikowane, aby były w stanie wyczuć i skonsumować nie tylko mięcho, ale też i dalekanium, co zapewni zwycięstwo w Wojnie Czasu. Jednakże jako, iż pani kardynał jest odpowiednikiem Kojota Wilusia w Whoniversum, plan szybko idzie się paść – jeden z pracowników laboratorium chce dla zysku podprowadzić nieco „materiału”, co ma bardzo tragiczne konsekwencje…

„Dzień Vashty Nerady” jest czwartym i ostatnim segmentem drugiej antologii „Klasyczne Doktory – Nowe Potwory” i w pewnym sensie kontynuacją segmentu pierwszego (z Czwartym Doktorem) tegoż, ale nie wymaga jego znajomości. Historii można spokojnie posłuchać osobno. A jaka jest? Bardzo, bardzo fajna. Abyśmy się nie nudzili, dostajemy dwie nowe wariacje żarłocznych cieni – efekty pracy wspomnianych naukowców opłacanych przez Ollistrę. Jedna z nich to Vashta Nerada w rozmiarze XXL, a druga – te same potwory złożone nie z ciemności, a ze światła. Szczególnie te drugie wykorzystano niezwykle pomysłowo. Poza tym jest tu wszystko, czego można oczekiwać po przygodzie z tymi monstrami: klaustrofobiczne pomieszczenia, poczucie, że bohaterowie są zagrożeni właściwie zewsząd… Jest też cała masa drobnych wątków, które – mam nadzieję – zostaną kiedyś gdzieś rozwinięte. Na przykład tożsamość zleceniodawców chłystka, który doprowadził do katastrofy czy wątek chorej matki szlachetnej pani naukowiec.

W kwestii postaci to Ollistra i jej przyboczni są dokładnie tacy, jak być powinni: aroganccy, patrzący na przedstawicieli ludzkiej rasy z góry i za grosz nieufający Doktorowi. Choć pani kardynał usilnie próbuje namówić go do włączenia się w Wojnę Czasu, co kwituje on zdaniem będącym dla słuchaczy jakoby przepowiednią dotyczącą nadejścia Wojennego Doktora. Niezgorsza jest też wspominana pani naukowiec, która jednak ma pecha być podwładną Ollistry, co poniekąd zaraża ją „wilusiowatością”. Ale od czego jest Doktor? Z samym naszym herosem mam tutaj natomiast pewien problem: z jednej strony jest tak genialnie ironiczny, jak jeszcze nigdy. Trzy czwarte jego wypowiedzi to jakiś inteligentny, acz wredny przytyk. Jest to świetne, ale… jakieś takie nie w stylu Ósmego Doktora, nie uważacie?

Strona techniczna jest strzałem w dziesiątkę. Jeden, jedyny, nie do końca humanoidalny osobnik brzmi w pełni zrozumiale, Władcy Czasu nawet w głosach mają wspomnianą pogardę, a efekty pożywiania się, że tak to dowcipnie ujmę, naszych cieni powodują ciary. Paul McGann jako Doktor to oczywiście klasa sama w sobie i o tym nikogo przekonywać (mam nadzieję) nie trzeba. Naukowcy może brzmią odrobinkę za młodo, ale tylko odrobinkę, nie ma się do czego przyczepić.

Czy całość ma jakieś wady? Tak. Po pierwsze naprawdę chciałoby się więcej, słuchowisko to jest bardzo krótkie. Wiem, to tylko jeden segment, ale bawiłbym się dużo lepiej, gdyby ukazało się w zwyczajnym, miesięcznym cyklu i trwało około dwóch godzin. Trwa niespełna połowę tego czasu. Problemem też jest przewidywalność – już pod koniec można bez pudła zgadnąć, co powiedzą postaci drugoplanowe, i jak każda z nich skończy.

Z całej, wcale niekiepskiej, antologii „Klasyczne Doktory – Nowe Potwory II” to słuchowisko zdecydowanie jest najlepsze. Gorąco je polecam nie tylko miłośnikom Ósmego Doktora.

sobota, 15 lipca 2017

Pojedynek: Doktor na psychoterapii (Planeta Cienia kontra Pożeracze Grzechu)

Cześć. Patrzycie zapewne na tytuł i zastanawiacie się, o co chodzi z tytułem. Oto przed Wami pojedynek słuchowiska i komiksu, gdzie Doktor i ferajna trafiają do... kosmicznych ośrodków oferujących niezwykłą psychoterapię! Pomysł zaczerpnąłem z faktu, iż sam obecnie przebywam w placówce zdrowia, nie psychicznego a fizycznego na szczęście ;)

SHADOW PLANET
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Ace, Hex
WRÓG: W zasadzie brak

kontra



THE SIN-EATERS, cz 1 i 2
DOKTOR: Dziewiąty Doktor
TOWARZYSZE: Rose Tyler
WRÓG: Pożeracze Grzechu

W "Planecie Cienia" znudzona Ace mimo niejasnych ostrzeżeń Doktora, ordynuje wycieczkę na losowo wybraną planetę o nazwie Umbra. Tam oto, w luksusowej klinice, można poddać się zabiegowi stworzenia tzw Cienia - sobowtóra posiadającego tylko nielubiane cechy naszego charakteru - i konfrontacji z nim mającej poprawić samoakceptację. Ace jako pierwsza decyduje się spróbować... i oczywiście coś zaczyna iść źle.

W "Pożeraczach Grzechu" za brutalne zamordowanie swojej towarzyszki Tary Doktor skazany zostaje na przymusowy pobyt w kosmicznym Instytucie Hesquard. Tam oto leczy się różnego rodzaju zwyrodnialców dosłownie ekstrahując z ich umysłów negatywne emocje. Kiedy ta bolesna kuracja jest przeprowadzana na osobie Doktora, do kliniki przenika Rose, wcielając się w rolę kontrolerki...

FABUŁA
"Planeta.." łączy w sobie wiele gatunków. Początkowo wygląda na medyczny techo-thriller, potem na krótko możemy mieć wrażenie obcowania z horrorem, jest lekki wątek psychologiczny... O dziwo taki misz-masz sprawdza się nawet fajnie, o ile oczywiście lubimy takie miksy. Trzy i pół punktu na cztery.

"Pożeracze..." mają naprawdę bombastyczny koncept i mocno trzymają w napięciu. Niby wiemy, że Doktor nie mógł zabić Tary, z drugiej strony ostatnie, co można o niej powiedzieć na podstawie innych komiksów to to, że była osobą godną zaufania. Co więc się stało? Niestety, rozwiązanie nie jest aż tak rewelacyjne - co najwyżej dobre. Trzy punkty na cztery.

STRONA TECHNICZNA
Od strony technicznej „Planeta Cienia” jest perfekcyjna. Wszystkie głosy i odgłosy są idealne, wielki też szacunek dla Sophie Aldred, u której tylko przez ułameczek sekundy słychać, że moduluje swój głos by brzmiał, jak za dawnych czasów. Równie rewelacyjny jest Sylvester McCoy, który w tej produkcji zdecydowanie pobił rekord w ilości ikonicznego „Rrrrrrr” na przygodę ;) Dwa punkty na dwa.

Rysunki w „Pożeraczach Grzechu” są znakomite, barwne i z dużą ilością dynamiki. Bez najmniejszych problemów rozpoznajemy Doktora i Rose, a na kolejnych kadrach są rysowani dokładnie tak samo. (Nie śmiejcie się – moja recenzja pierwszych zeszytów „Opowieści o Duchu”.) Nooo, może na jednym, małym kadrze Doktor nie jest ujęty zbyt wyraźnie, ale i tak jest wzorcowo. Nie sposób nie wspomnieć także o hulkopodobnych Pożeraczach – znakomicie wyglądające monstra. Również dwa punkty na dwa.

TOWARZYSZE
Przechodzimy do postaci. Jacy są występujący w „Planecie Cienia” Ace i Hex? On – w porządku, rozważny i ostrożny, natomiast ona… Jakby się jakichś pobudzaczy nawcinała, nigdy nie zachowywała się aż w taki nadpobudliwy sposób, na żadnym etapie wojaży z Doktorem. Na plus współpraca i doskonała synchronizacja, jaką Ace i Hex mają. Półtora punktu na trzy.

Rose w „Pożeraczach”… po prostu jest. Jak w wielu komiksach, gdzie fabuła nie kręci się wokół danego towarzysza/towarzyszki robi swoje, ale nie ma w zasadzie żadnych charakterystycznych cech. Można by podstawić pod jej wypowiedzi twarz jednej z wielu innych postaci i różnica byłaby żadna. No, zgoda, w jednym momencie towarzysze z grupy, nazwijmy to, inteligentów, postąpiliby zapewne sprytniej, ale to za mało. Punkt na trzy.

WROGOWIE
W „Planecie...” nie ma wrogów per se. Są postaci, które robią coś niefajnego raz czy dwa z własnych, dobrze uzasadnionych powodów, ale nie jest to nic naprawdę złego. Nawet Cienie nie są antagonistami – do tego stopnia, że aż żal się z nimi rozstawać ;) Pełne trzy punkciaki.

Tytułowi „Pożeracze Grzechu” antagonistami stają się z powodu głupoty dyrektorki instytutu, panny Highsmith. Wydają się być sztampowymi jak diabli monstrami… dopóki nie zaczynają przejawiać inteligencji. Sama Highsmith mimo podwójnego daru skretynienia i pecha również prezentuje się niezgorzej, zwraca uwagę na szczegóły i łatwo orientuje się, że z przybyłą niedawno kontrolerką coś mocarnie nie halo. Z pewnym wahaniem, bo trochę oryginalności brak, ale jednak pełne trzy punkty.

DOKTOR
Siódmy Doktor w omawianym słuchowisku jest w porządku. Bez szału, ale w porządku. Zbyt delikatnie zarysowano jego naturę intryganta, ale ponieważ Big Finish ma z tym problemy od zawsze, plus za samą próbę. No i to, jak słownie dekapituje rozmówców… Miodzio. Trochę pogmatwano jego początkowe plany związane z Umbrą – niejasne, jak zrobił to, co zrobił – ale nie jest źle. Dwa punkty na trzy.

Z Dziewiątym Doktorem w komiksie jest podobnie, jak z Rose – jest i tyle, bez cech charakterystycznych. Z małym jednak, a bardzo korzystnym wyjątkiem. Motywacja jego planu jest znakomicie powiązana z traumą po Wojnie Czasu, tak silnie widoczną u tego wcielenia. Oczywiście, inne inkarnacje zapewne postępowałyby identycznie posiadając inne motywy, ale mnie to zadowala. Dwa punkty na trzy.

WYNIK
No i co, to już chyba wszystkie kategorie, w jakich można rozpatrywać te dwa doktorowe dziełka. Generalnie oba są fajnie, ale zwycięzca może być tylko jeden. Wynikiem dwanaście do jedenastu wygrywa „Planeta Cienia”. Gorąco polecam. I niniejszym idę dalej oddawać się dochodzeniu do zdrowia – do zobaczenia :)

środa, 12 lipca 2017

Księżycowa Baza

Niniejszej recenzji dokonuję na prośbę Patryka Kubiaka, który napisał do mnie na ask.fm. Ponieważ jest to historia w połowie zaginiona, wspomagałem się animacjami oraz nowelizacją.

THE MOONBASE
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Polly Wright, Ben Jackson, Jamie McCrimmon
WRÓG: Cybermani

Z małymi trudnościami Tardis ląduje na Księżycu… ale bez obaw, nic się z niego nie wykluje, to rok 2070 ;) Doktor najchętniej zabrałby się stamtąd w diabły, ale zostaje niejako przegłosowany przez towarzyszy. Ekipa wdziewa więc skafandry i rusza na wyprawę… która szybko zaczyna iść źle, oto bowiem Jamie robi sobie dosyć poważne kuku. Nieprzytomny Szkot, a za nim oczywiście reszta ferajny, trafia do znajdującej się nieopodal Księżycowej Bazy – centrum, z którego steruje się maszyną kontrolującą pogodę na Ziemi. Personel Bazy zaczyna mieć bardzo poważne problemy z których rozwiązaniem oczywiście chce pomóc uporać się Doktor, tymczasem w ambulatorium, w którym dochodzi do siebie Jamie, pojawia się tajemniczy intruz...

Zacznijmy od Doktora. Jaki tutaj jest? To niemalże modelowy Drugi – zabawny, choć zdecydowany i potrafiący przejść do rzeczy. Niemalże, ponieważ ma jeden czy dwa krótkie epizody gburkowatości, niezbyt typowe dla tej inkarnacji, ale są na tyle małe i nic nieznaczące, że w ogólnym rozrachunku nasz heros jest taki, jaki być powinien. Świetni są jego towarzysze: Ben i Polly są jak zawsze bardzo, bardzo pomocni, (opracowują nawet ciekawy, troszkę macgyveryczny, sposób na walkę z Cybermanami) ale odrobinkę zakompleksieni. Natomiast Jamie… Można by odnieść wrażenie, że skoro tak wcześnie zostaje znokautowany, to będzie go mało. Cóż, i tak i nie. W akcji może faktycznie jest go trochę mniej, ale za to pojawia się fajny wgląd w jego, nazwijmy to, system wierzeń. A czy stwory z legend, których słuchał w dzieciństwie istnieją? To już za duży spoiler ;)

Przejdźmy teraz do wrogów, czyli Cybermanów. Ich plan jest w nie aż tak dużym stopniu nastawiony na konwersję, co może zdziwić widzów znających nasze ulubione blaszaki tylko ze współczesnych serii, ale to jest dopiero ich drugie wystąpienie, stąd też trochę inaczej wyglądał koncept na nich. Części ich zamiaru w tej przygodzie można się łatwo domyślić, ale tylko części. Na wielki plus końcowa faza: oblężenie!

Troszkę dziegciu: nie w pełni wykorzystano potencjał postaci pobocznych. Pochodzą oni z różnych krajów, ale niewiele z tego nie wynika. Szkoda, jakiś konflikcik na tle rasowym podgrzałby atmosferę. Tyle, że przynajmniej wyraźnie różnią się temperamentami i podejściem do pewnych kwestii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, nie można jakoś szczególnie narzekać, efekty są – jak na rok produkcji, rzecz jasna – całkiem przyzwoite. Narzekałbym jedynie na to, że Cybermani, choć generalnie kształtami przypominają tych znanych z „Dziesiątej Planety” („The Tenth Planet”) mają głowy w całości pokryte metalem, a nie przypominającym materiał tworzywem. No ale to może tylko rzecz gustu.

Przygoda taj jest fajna, naprawdę fajna. Przypomina odrobinę horror (zamknięte pomieszczenie, tajemnicza choroba, korytarze, po których coś krąży i porywa ofiary…) ale za sprawą Drugiego Doktora ma w sobie też nutkę humoru. Dziur fabularnych nie uświadczono, jest prosto, ale z napięciem i – co ważne – bez zbytnich dłużyzn. Oczywiście problem stanowi to, iż połowa z czterech odcinków jest zaginiona, a animowana rekonstrukcja wywołuje pewien ból ogromną sztywnością i sztucznością, ale warto zapoznać się z tą przygodą. Najlepiej w postaci nowelizacji :)
(Uwaga techniczna: nowelizacja owa ma inny tytuł „Doctor Who and the Cybermen”)


niedziela, 14 maja 2017

Słuchowisko: Śmierć Przychodzi do Czasu

Cześć. Słuchowisko, o którym Wam dzisiaj opowiem jest inne od pozostałych tu omawianych z dwóch powodów. Po pierwsze nie wyprodukowało go Big Finish, tylko samo BBC, a po drugie mamy w nim Siódmego Doktora, który kończy swoją bytność… wcale nie zmieniając się w sympatycznego Ósmego z pamięcią jak ser szwajcarski! Oto przed Wami…


DEATH COMES TO TIME
DOKTOR: Siódmy Doktor
TOWARZYSZE: Antymon
WRÓG: Generał Tannis

Serdeczne podziękowania dla mojej koleżanki z czasów studiów, Joanny, za konsultację językową :)


Tajemniczy głos opowiada legendę o rasie gigantów, którzy próbowali użyć swych potężnych mocy by pomagać słabszym, śmiertelnym rasom. Zamiast tego przynieśli im tylko zgubę…
Gdzieś w kosmosie armia Canisian atakuje pokojową nację Santinów. Agresorom przewodzi generał Tannis i, o, ludzie, kawał z niego skurwiela. W jego więzieniu zamknięta jest Ace, której z pomocą przychodzi pewien niezwykły osobnik… Tymczasem Doktor i jego towarzysz Antymon pomagają uciec członkom parlamentu podbitej Santiny, Władca Czasu jednak odmawia bezpośredniego włączenia się w konflikt – obywatele mają sami stworzyć partyzantkę i podjąć opór, dopiero wtedy nasz heros ich wspomoże. Niedługo potem Doktor otrzymuje mało subtelną wiadomość od swego dawnego przyjaciela – Ministra Przypadku - i rusza na spotkanie z nim. Na Ziemi zabito bowiem dwoje Władców Czasu…

Jeśli chodzi o fabułę słuchowiska, jest bardzo dobrze: mamy kilka przeplatających się, ciekawych wątków, a żaden z nich nie nudzi. No, może wątek zabójców Władców Czasu, tego, kim ci zabójcy są i w ogóle, nie do końca dorównuje innym, ale ma też swoją rolę: pozwala zżyć się z Antymonem, polubić go. W ogóle to twórcy wręcz bawią się z nami otwierając jakiś wątek, jasno pokazując, że znajdzie on zakończenie, a potem przeskakują do kolejnego. Oczywiście w końcu wszystko elegancko się splata. Mamy też malutkie nawiązania np. do Planu Cartmela, Lungbarrow, planowanego jeszcze zanim przerwano produkcję zakończenia wątku Ace… Oprócz tego w ostatecznej bitwie bierze udział pewna uwielbiana postać z przeszłości. A wszystko to ponieważ fabularnie historia ta byłaby ostatecznym zamknięciem historii Doktora na siódmym wcieleniu. Może już bez związku z tym, ale wypada wspomnieć, jak ładnie wpleciono Władców Czasu w pewne ludzkie wierzenia i mitologie.

Jakie są tu postaci? Znakomite, po prost znakomite: Siódmy Doktor może nie jest tym intrygantem, za którym przepadamy, ale jego, również znana z serialowych przygód i takich scen, jak pamiętny monolog o cukrze, filozoficzna natura tu wyeksponowana jest do maksimum, co ma znakomite uzasadnienie. A i, może nie jest to intryga, ale niejako będąca jego dziełem tajemnica towarzysza Antymona – geniusza walki wręcz o umyśle dziecka – zrywa beret. Poważnie, takiego czegoś w wykonaniu naszego herosa nie było. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Tannis – nie wiem, jak udało się to twórcom, ale stworzyli niewiarygodnie podłego czarnego charaktera będącego pozbawionym jakiegokolwiek uroku archetypem szkolnego osiłka gnębiącego słabszych, a jednocześnie w ogóle nieprzerysowanego. Efekt jest genialny - nienawidzimy gościa tak bardzo, jak tylko się da od pierwszej chwili, gdy się pojawia aż do ostatniej. Fajni są też inni Władcy Czasu poza Doktorem: nie licząc Ministra Przypadku nie próbują walczyć z nieubłaganym losem, a raczej przygotować Wszechświat na to, co nadchodzi. Robią to natomiast z godną siebie, niemal boską potęgą, oraz w stylu najlepszych intryg naszego herosa. A po główce dostaje z tego powodu jak zwykle Ace – identyczna, jak w serialu. Nooo, może nie aż tak porywcza. A konkluzja jej wątku... Miodzio, aż szkoda, że nie da się nic o tym powiedzieć bez spoilerów. Minister z kolei może wielu irytować – chociaż początkowo tego nie widać, jest jak postać z greckiej tragedii. Próbuje z całych sił walczyć z losem, a to wyjątkowo trudny przeciwnik.

Strona techniczna jest doskonała. Wszystkie głosy są wyraźne (chyba, że z fabularnych przyczyn konieczne jest co innego, np. postaci komunikują się przez źle odbierające radio) a aktorzy doskonale odgrywają emocje swoich bohaterów. Szczególnie świetny jest tu Sylvester McCoy, którego Siódmy Doktor w serialu miewał melancholijne momenty, ale tu jest ich dużo, dużo więcej. I pan Sylvester perfekcyjnie daje sobie z nimi radę odgrywając Doktora nieco zmęczonego, ale jednocześnie wiedzącego, że już bliżej niż dalej do końca przysłowiowego syzyfowania – era Władców Czasu w świecie śmiertelników dobiega bowiem końca. Mamy tu także więcej muzyki, niż w słuchowiskach Big Finish, występuje ona nie tylko jako tło, czasami też słuchamy jej razem z postaciami. To, co mi się osobiście nie podoba, to narratorka, która odczytuje tytuł i obsadę, ale nie mogę tego uznać za wadę per se – początkowo „Death...” powstało jako słuchowisko radiowe, więc to konieczność.

Czy produkcja ta ma jakieś wady? Owszem – po łebkach potraktowano wątek części planu Tannisa związanej z osobą Ministra Przypadku. Sama konkluzja jest epicka, i stanowi jeden z najlepszych elementów całości, ale droga, która do owej prowadzi jest nieco dziurawa, pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Można też zadawać sobie pytanie, czy moce, które mają tu Władcy Czasu, nie zostałyby w serialu czy innych mediach użyte przez inne, niż Doktor postaci – z drugiej jednak strony wspomina się o, nazwijmy to, cenie za owe, ale w praktyce nie widzimy tychże konsekwencji, może więc jednak mieli pietra ;)

Rozpisałem się strasznie, ale było o czym :) Podsumowując, jest to melancholijne, ale wcale nie nudne słuchowisko, pełne filozofii i smutnego nastroju przemijania. Polecam wszystkim oprócz zagorzałych przeciwników historii w takich klimatach.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Uśmiech

SMILE
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts
WRÓG: Roboty

POWRACAMY
Wbrew Nardolowi, który to wolałby, by Doktor zajmował się swoimi obowiązkami, nasz heros zabiera Bill na przejażdżkę do przyszłości, gdzie właśnie powstaje ziemska kolonia. Nie wie jednak, że coś chyba mocno wymknęło się spod kontroli. Jak się okazuje już w pierwszych scenach komunikujące się z ludźmi emotikonami roboty mające dbać o szczęście przedstawicieli gatunku homo sapiens sapiens… zabijają tych, na których to obliczach nie ma uśmiechów!

ZAMIANA
Od początku wiadomo, co i jak, dlatego zamiast długich ekspozycji (poza jedną, już pod koniec) możemy podziwiać utrwalanie relacji między Doktorem i Bill. Okraszone, rzecz jasna, znakomitymi dowcipami. Mój faworyt to gag na temat dwóch serc naszego herosa. Oczywiście gdy zabójcze roboty próbują zrobić to, co im wychodzi najlepiej przestaje być tak śmiesznie i trzeba się brać do dzieła. W międzyczasie jest nawet troszkę fajnych rozważań o naturze ludzi i świadomych istot w ogóle. Może nie są jakieś nie wiadomo jak, głębokie, ale nie przesadzajmy - wiemy, czy jest a czym nie jest DW. Fajnie ukazano charakter Bill, zwykły ludzki strach, ale i silniejsze od niego ciekawość oraz chęć pomocy. Doktor natomiast, jak to w tym wcieleniu, odrobinę się myli w ocenie ludzkich charakterów, ale na maszynach zna się doskonale ;) Pokonuje zagrożenie sposobem, który każdy komputerowy laik, w tej liczbie także i piszący te słowa, stosował niejeden raz nie mając pojęcia, co zrobić :)

SZATA ZDOBI
Strona techniczna jest świetna. Kolonia wygląda obłędnie, a roboty dość… realnie – jeśli takie maszynki powstałyby w rzeczywistości, myślę, że pi razy oko tak właśnie by wyglądały. Odrobinę zgrzyta wnętrze statku kolonistów – zbyt mało fantastycznonaukowe, jak na technologię, którą ów statek dysponuje. Ale za to te plenery… Nie da się nie zachwycić polem zboża, na którym wylądował Tardis.

MECHANIZM
O robotach dużo już było, fajnie, dość realistycznie wyglądają, ale jest jeszcze ich drugi, nazwijmy to, gatunek – mikro-boty tworzące wszystkie budynki w kolonii. Można też fajnie spekulować, co stanie się z kolonistami w przyszłości, bo choć zakończenie nie jest negatywne, to mamy w nim (w formie żartu, ale zawsze) sugestię, że roboty stały się najgorszą plagą świata rzeczywistego – kapitalistami :D

NOSTALGIA
To już drugi pod rząd odcinek z przyjemnie kameralną atmosferą. Duża jego część jest pisana wyłącznie na Doktora i Bill (i porozumiewające się emotikonami roboty, rzecz jasna) i efekt jest znakomity. Może to nie drugie „Heaven Sent”, ale odrobina tego pomysłu przebija. Poza tym Steven Moffat w naprawdę genialny i nienachalny sposób żegna się z serialem – nawiązując w drobnostkach do różniastych rzeczy z przeszłości inaczej, niż się to w DW robi zazwyczaj – dla przykładu to, o czym pośrednio wspomniałem. Mówiąc już dokładniej, chodzi o sposób zabijania przez roboty, który to jest bardzo podobny do pewnych innych wrogów. To oczywiście tylko jedna rzecz z wielu, ten klimat pożegnania zdecydowanie czuć, a mimo to nie w smutny sposób. Geniusz.

NA KONIEC
Czy historia ta ma jakieś poważne wady? Jedną: skandaliczny brak postaci Nardola! Jest tylko w jednej, jedynej scenie, przez kilka-kilkanaście sekund. No jak tak można? Pomimo jednak tego uchybienia mamy do czynienia z fantastyczną historią, klimatyczną i w tonie serii. Polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat                                                                                  - Skandalicznie mało Nardola!
- Znakomita większość strony technicznej
- Doktor oraz Bill
- Wrogowie