niedziela, 23 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Uśmiech

SMILE
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts
WRÓG: Roboty

POWRACAMY
Wbrew Nardolowi, który to wolałby, by Doktor zajmował się swoimi obowiązkami, nasz heros zabiera Bill na przejażdżkę do przyszłości, gdzie właśnie powstaje ziemska kolonia. Nie wie jednak, że coś chyba mocno wymknęło się spod kontroli. Jak się okazuje już w pierwszych scenach komunikujące się z ludźmi emotikonami roboty mające dbać o szczęście przedstawicieli gatunku homo sapiens sapiens… zabijają tych, na których to obliczach nie ma uśmiechów!

ZAMIANA
Od początku wiadomo, co i jak, dlatego zamiast długich ekspozycji (poza jedną, już pod koniec) możemy podziwiać utrwalanie relacji między Doktorem i Bill. Okraszone, rzecz jasna, znakomitymi dowcipami. Mój faworyt to gag na temat dwóch serc naszego herosa. Oczywiście gdy zabójcze roboty próbują zrobić to, co im wychodzi najlepiej przestaje być tak śmiesznie i trzeba się brać do dzieła. W międzyczasie jest nawet troszkę fajnych rozważań o naturze ludzi i świadomych istot w ogóle. Może nie są jakieś nie wiadomo jak, głębokie, ale nie przesadzajmy - wiemy, czy jest a czym nie jest DW. Fajnie ukazano charakter Bill, zwykły ludzki strach, ale i silniejsze od niego ciekawość oraz chęć pomocy. Doktor natomiast, jak to w tym wcieleniu, odrobinę się myli w ocenie ludzkich charakterów, ale na maszynach zna się doskonale ;) Pokonuje zagrożenie sposobem, który każdy komputerowy laik, w tej liczbie także i piszący te słowa, stosował niejeden raz nie mając pojęcia, co zrobić :)

SZATA ZDOBI
Strona techniczna jest świetna. Kolonia wygląda obłędnie, a roboty dość… realnie – jeśli takie maszynki powstałyby w rzeczywistości, myślę, że pi razy oko tak właśnie by wyglądały. Odrobinę zgrzyta wnętrze statku kolonistów – zbyt mało fantastycznonaukowe, jak na technologię, którą ów statek dysponuje. Ale za to te plenery… Nie da się nie zachwycić polem zboża, na którym wylądował Tardis.

MECHANIZM
O robotach dużo już było, fajnie, dość realistycznie wyglądają, ale jest jeszcze ich drugi, nazwijmy to, gatunek – mikro-boty tworzące wszystkie budynki w kolonii. Można też fajnie spekulować, co stanie się z kolonistami w przyszłości, bo choć zakończenie nie jest negatywne, to mamy w nim (w formie żartu, ale zawsze) sugestię, że roboty stały się najgorszą plagą świata rzeczywistego – kapitalistami :D

NOSTALGIA
To już drugi pod rząd odcinek z przyjemnie kameralną atmosferą. Duża jego część jest pisana wyłącznie na Doktora i Bill (i porozumiewające się emotikonami roboty, rzecz jasna) i efekt jest znakomity. Może to nie drugie „Heaven Sent”, ale odrobina tego pomysłu przebija. Poza tym Steven Moffat w naprawdę genialny i nienachalny sposób żegna się z serialem – nawiązując w drobnostkach do różniastych rzeczy z przeszłości inaczej, niż się to w DW robi zazwyczaj – dla przykładu to, o czym pośrednio wspomniałem. Mówiąc już dokładniej, chodzi o sposób zabijania przez roboty, który to jest bardzo podobny do pewnych innych wrogów. To oczywiście tylko jedna rzecz z wielu, ten klimat pożegnania zdecydowanie czuć, a mimo to nie w smutny sposób. Geniusz.

NA KONIEC
Czy historia ta ma jakieś poważne wady? Jedną: skandaliczny brak postaci Nardola! Jest tylko w jednej, jedynej scenie, przez kilka-kilkanaście sekund. No jak tak można? Pomimo jednak tego uchybienia mamy do czynienia z fantastyczną historią, klimatyczną i w tonie serii. Polecam.

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani:
- Klimat                                                                                  - Skandalicznie mało Nardola!
- Znakomita większość strony technicznej
- Doktor oraz Bill
- Wrogowie


niedziela, 16 kwietnia 2017

Coś ze współczesności: Pilot

Powiedzmy sobie szczerze, na tym blogasku jest już od dawna dużo więcej, niż Classic Who, więc, chrzanić nazwę, przed Wami recenzja pierwszego odcinka serii dziesiątej.

THE PILOT
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Bill Potts, Nardole
WRÓG: Kałuża – i akurat ja tu nie zalewam!


CO JA ROBIĘ TUUU, CO JA TUTAJ ROBIĘ...
Dużo się zmieniło w życiu Doktora, od kiedy go ostatni raz widzieliśmy: teraz wraz z Nardolem mieszka na jednym z angielskich uniwersytetów i wykłada tam – już od kilkudziesięciu lat. Robi to, ponieważ pod rzeczonym gmachem stoi sobie tajemnicza brama, za którą jest coś, co wymaga pilnowania. Co – jeszcze nie wiemy, to zagadka sezonu. Tak czy inaczej podczas wykładów nasz heros dostrzega, iż pojawia się na nich młoda dziewczyna, która bynajmniej do studentów nie należy. Wnikliwa obserwacja upewnia go w przekonaniu, że warto zaproponować jej… nie, wcale nie podróże w Tardisie! Korepetycje! Rzeczone trwają kilka miesięcy, a w międzyczasie Bill, bo o niej, rzecz jasna, mowa, zadurzyła się tymczasem w nowopoznanej koleżance, ale z tą coś nie gra. Zwłaszcza, gdy prosi, by panna Potts rzuciła okiem na pewne dziwo w postaci... kałuży!

POZNAŁEM CIĘ W PRZYDROŻNYM BISTRO...
Początkowo historia ta rozkręca się w bardzo powolny i jednocześnie klimatyczny sposób. Poznajemy życie Bill, to, jaka ona jest, widzimy też Doktora niejako jej oczami. Oczywiście z tyłu głowy mamy wciąż zagrożenie, które wcześniej czy później wyskoczy zza któregoś węgła i tak też jest. Ale do tego czasu możemy popodziwiać liczne smaczki w gabinecie Władcy Czasu: zdjęcia Susan i River na biurku, kolekcję starych dźwiękowych śrubokrętów… Scena ze zdjęciami zmarłej biologicznej mamy Bill natomiast w mojej opinii zapisze się w kategorii najpiękniejszych scen.

I’LL BE THERE FOR YOU...
Jaki jest wróg tego odcinka? Dosyć sztampowy, aczkolwiek było to, jak sądzę, zamierzone, by nie odwracał uwagi od nowej towarzyszki i, hm, emocjonalnej strony odcinka. Która to strona ładnie komponuje się z ostateczną motywacją potworasa. Boli trochę iście fanserwisowe użycie Daleków i ich dawnych wrogów, Movellan. Doktor i ferajna lecą do nich niby w celu sprytnego pozbycia się kosmicznego zagrożenia, ale nic z tego nie wynika! Po co to było, Moffie, po co? Żeby Bill zobaczyła Daleka? Pozwolę sobie też w tym akapicie streścić stronę techniczną: efektów nie ma za wiele, bo i nie są potrzebne w dużej ilości. Wróg wygląda ładnie, wypisz-wymaluj jak z okropnego „Waters of Mars”, chociaż nie jest związany z tamtymi potworasami – tu i tu po prostu „nośnikiem” jest woda :)

YOU CAN COUNT ON ME, LIKE ONE, TWO THREE
Mało jest w odcinku Nardola, niestety. Ma to sens, epizod jest o Bill, aczkolwiek i tak mi szkoda. Tym bardziej, że gdy tylko nasz kosmiczny łysoń się pojawia, możemy być pewni jednego: zaraz rykniemy śmiechem. Miszcz, po prostu miszcz. No i dostajemy zabawną wskazówkę odnośnie tego, jak Doktor pomógł mu odzyskać ciało po tym, co w „Mężach River Song” zrobił mu król Hydroflax. Tyle o nim, teraz możemy przejść do gwiazdy tego odcinka, panny Potts. Ooo mój Rassilonciu, co to za genialna postać… Moffat niniejszym zmiksował najlepsze cechy towarzyszek ze współczesnych serii i wyrzucił jednocześnie ich wady w diabłu. Gada jak najęta i jest nienachalnie bystra, ale nie nadęta. Ma niezbyt ekscytujące życie, ale nie jest na tyle samolubna, by chcieć z miejsca je porzucić. No i na pewno nie zakocha się w Doktorze – patrz końcówka pierwszego akapitu. Nie widać też u niej obsesji kontroli ani syndromu roboczo przeze mnie nazywanego syndromem Hrabiny Wyczepistość – jej odwaga plasuje się tylko odrobinkę powyżej racjonalnej średniej.

DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY…
Nie gorzej spisuje się Doktor – to, że tym razem nie ma ochoty na zabieranie nowej pasażerki nie wynika z żadnej traumy ani smutku – po prostu ma swoje obowiązki związane z wspomnianą bramą. Oczywiście wiadomo, że w końcu je oleje, ale miło dostać inny, niż zwykle powód jego oporów. Kiedy próbuje przekonać Bill, by dała spokój (eufemizm), w świetny sposób nawiązano nie do jednej, a do dwóch nawet współczesnych towarzyszek. A jaki nasz heros jest ogólnie? Mniej jak aspołeczny gburek, bardziej, jak akademicki gburek ;)

No i to na tyle, otwarcie sezonu wypadło naprawdę znakomicie – kameralnie, bez wielkiego bum, ładnie otwierając nowe wątki. Polecam gorąco :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA:

Na plus:                                                                                          Do bani:
- Postaci                                                                                        - Po co tam ci Dalekowie?
- Klimat
- Nawiązania
- Humor


wtorek, 11 kwietnia 2017

Komiks: Opowieści o Duchu, zeszyty 1-3

GHOST STORIES 1-3
DOKTOR: Dwunasty Doktor
TOWARZYSZE: Grant Gordon/Duch, Lucy Fletcher, Jennifer Fletcher
WRÓG: Dym

HEROES GONNA COME BACK
Osiem lat po historii z odcinka „Powrót Doktora Mysterio” jego bohaterowie, Grant i Lucy, żyją sobie szczęśliwie wychowując córkę kobiety. Mężczyzna dalej praktykuje superbohaterstwo do czasu, aż w jego życie z hukiem wraca Doktor. Mimo oporów herosa nalega, by ten pomógł mu w niebezpiecznej misji: muszą odzyskać kamienie identyczne z tym, który to po zjedzeniu – dla nieznających wyżej wymienionego odcinka: długa historia – dał Grantowi jego super-moce. Ponieważ jednak okres jest świąteczny, a rodzinka nie chce się rozdzielać, obie kobiety życia pana Gordona dołączają do niego i Doktora na pokładzie niebieskiej budki. Pierwszy kamulec znajduje się w niedalekiej przyszłości, na terenie post-apokaliptycznego, zrujnowanego Nowego Jorku. Za ową katastrofę odpowiada olbrzymi super-złoczyńca zwany Dymem…

DOSSIER
Kiedy ogłoszono komiksową tematykę „Powrotu…” część widzów obawiało się owej „komiksowości” historii (komiksowości w sensie komiksów DC/Marvela, nie komiksów w ogóle) wszak uniwersum Doktora nie ma zbyt wielu iście komiksowych superherosów i łotrów. Sam odcinek wybrnął z tego dosyć dobrze nie przedobrzając z ilością motywów i robiąc sobie leciutkie heheszki z tematyki, a jak jest z omawianą tu historią? No cóż, jest jednocześnie komiksowa i doktorowa – nasz heros nie jest zbytnio przyćmiony przez Granta (choć tego jest naprawdę dużo) i błyszczy, natomiast przeciwnik, który nasza ferajna napotyka to już DC/Marvel pełną gębą – tak jeśli chodzi o wygląd jak i tło fabularne. Z innych postaci mamy w zasadzie tylko Lucy i Jennifer, i bozzziu, jakie one są zbędne… Początkowo jeszcze ujdą, wypada pokazać, jak żyje nasz superheros po latach od przygody z Doktorem, ale ich obecność później nie wnosi w zasadzie nic, fabuła mogłaby iść w 99% tak samo gdyby zostały w ciepłym domku. Słabo…


KILO TAPETY
Strona graficzna jest diablo nierówna. Wiele kadrów urzeka szczegółowością i jest piękne… by ni z tego ni z owego uraczyć nas buźką ośmioletniej Jennifer wyglądającej jak staruszka, albo Doktora nieprzypominającego w ogóle siebie z poprzedniej strony. Tła są nawet niezłe, a kolory – dobrze dobrane, co nie zmienia jednak faktu, że odnosi się wrażenie, iż nad poszczególnymi panelami pracowało na przemian dwóch lub więcej rysowników o diametralnie różnych stylach.


BIĆ ALBO NIE BIĆ
No i cóż, nie przeciągając zanadto, pierwsze zeszyty „Opowieści o Duchu” to komiks średnio dobry. Jeśli lubicie tematykę superbohaterskich komiksów, przeczytajcie – spodoba się Wam nieco bardziej, niż np. mi, obojętnemu tejże gałęzi fantastyki. Tym niemniej ze względu na krótkość spróbować można tak czy inaczej, nic nie bije po oczach durnowatością czy brakiem logiki, co najwyżej odrobiną przynudzania. Ja sam z pewnością rzucę okiem na kolejne zeszyty, oczekując jednak pewnej poprawy :)

POKRÓTCE, CZYLI CZĘŚĆ STAŁA

Na plus:                                                                                  Do bani
- Doktor i Grant                                                                   - … ale nie zawsze, ojjj nie zawsze
- Dla wielu komiksowość w stylu DC/Marvela                          - Mało użyteczne Lucy i Jennifeer
- Grafika….

wtorek, 4 kwietnia 2017

Wydarzenie: Whomanikon 2017

W pierwszy naprawdę bardzo ciepły dzień tego roku, pierwszego kwietnia anno domini (jakie to ładne wyrażenie ;-) ) 2017 w Krakowie - ojczystym mieście smogu i Smoka Wawelskiego - po raz drugi już odbył się ogólnokrajowy zjazd fanów przygód naszego ulubionego wariata z budki. Oto przed Wami recenzja tejże - w tym roku dwudniowej - imprezy.

Jeśli wykorzystałem bezprawnie czyjeś fotki, proszę o kontakt - usunę,

Podobnie, jak w roku ubiegłym, akredytacja była szybka i znakomita, a ilość i różnorodność atrakcji - ogromna. Panel o akcentach u Doktora i ferajny, muzyka w jego przygodach, prelekcja o jego powiązaniach z Sherlockiem Holmesem, coś o świetnym spin-offie "Class", uzależnieniu towarzyszy od hulania po kosmosie na przykładzie Clary, czy o "ukrytym", wojennym wcieleniu. (Jam to ostatnie, nie chwaląc się, sprawił :-) ) i cała masa innych. Można było pograć także w doktorowe i nie tylko doktorowe planszówki, czy wziąć udział w zabawach jak wiedzówka, konkurs z użyciem niezwykłych kości Rory's Cubes (byłem w jury!) lub kalambury. Z tego miejsca przepraszam śliczną panią prowadzącą te ostatnie za to, że tak wybrzydzałem przy losowaniu odcinka do pokazania ;-) Był też oczywiście konkurs na najlepsze przebranie. Zwyciężyła jedna z pań w kostiumie madame Vastry, druga była kocia pielęgniarka z "Nowej Ziemi", a trzecia - uzbrojona Amy - "Dziewczyna, która czekała".




Moimi jednak ulubionymi atrakcjami były zdecydowanie panele dyskusyjne na tak ważkie tematy jak dziury w fabule, (Telefon Doktora, kontrowersje z datowaniem w UNIT, czy wreszcie jak Moffat wyjaśnił wyjście Doktora i Clary z linii czasowej tego pierwszego ) to, jak pisany jest Dwunasty Doktor, czy co słychać w rozszerzonym uniwersum. A słychać dużo - autorzy karmicznie wymierzają Vislorowi Turloughowi kary za nieładne zachowania, Dziewiąty Doktor trafia do kosmicznego psychiatryka, a Dalekom wyrastają skrzydła ;)


Ów panel o rozszerzonym uniwersum zaimprowizowaliśmy - ze względu na chorobę pani Aleksandra Klęczar nie mogła przybyć na konwent i poprowadzić swojej prelekcji. Pani Olu - życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Z dodatkowych atrakcji w różnych punktach budynku krakowskiej Arteteki, gdzie odbywała się impreza, kręcił się naturalnych rozmiarów Dalek, a za drzwiami czaiła się znajoma, niebieska budka, przy której rąbnęliśmy sobie grupową fotkę w związku ze Światowym Dniem Świadomości Autyzmu. Na imprezie pojawił się także gość z zagranicy - komik Scott Lee Hansen, który prezentował, jak dorastał z serialem.
 




Według danych organizatorów, na Whomanikonie zgromadziło się nas 460 sztuk - nieco mniej, niż rok temu, ale i tak dużo :-) Sale tętniły życiem, a sprzedawcy zgarniali kokosy, i dobrze. Poza losowymi wypadkami, na które nikt nie miał wpływu organizacja imprezy była dopięta na ostatni guzik i wszystko odbyło się świetnie. Mam także szczerą nadzieję, że nie był to ostatni Whomanikon, i że za rok znowu się zobaczymy.
 Z tego miejsca chciałbym podziękować... (głęboki wdech, bo dużo tego jest) wszystkim organizatorom i prelegentom, a także moim współdyskutantom: paniom Magdalenie Stonawskiej, Mai Białek, Joannie Byszuk, Idze Kolasińskiej i Ginny Nawrockiej, oraz panom: Mateuszowi Kozielskiemu, Piotrowi Manderze, Mateuszowi Kuchcie i Kacprowi Jurkiewiczowi. Dla Piotra dodatkowe podziękowania za użyczenie książki na prelekcję o Wojennym Doktorze. Dziękuję także Ewie Astroni Piotrowskiej za to, że oboje umiemy trafić do określonego miejsca równie bezproblemowo, jak Tardis Doktora, oraz państwu Joannie Kalinowskiej i Piotrowi Wysiadeckiemu za to, że mimo mojego irytującego gadulstwa nie wyrzucili mnie ze swojej bryki na zbity pysk gdzieś pod Kielcami ;D Serdeczne dzięki także dla pani Agnieszki Wójcik, za to, iż wraz ze mną wygrała wiedzówkę. A inne drużyny były równie dobre, co my!

Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem?

SPLENDID FELLOWS, ALL OF YOU!