środa, 12 lipca 2017

Księżycowa Baza

Niniejszej recenzji dokonuję na prośbę Patryka Kubiaka, który napisał do mnie na ask.fm. Ponieważ jest to historia w połowie zaginiona, wspomagałem się animacjami oraz nowelizacją.

THE MOONBASE
DOKTOR: Drugi Doktor
TOWARZYSZE: Polly Wright, Ben Jackson, Jamie McCrimmon
WRÓG: Cybermani

Z małymi trudnościami Tardis ląduje na Księżycu… ale bez obaw, nic się z niego nie wykluje, to rok 2070 ;) Doktor najchętniej zabrałby się stamtąd w diabły, ale zostaje niejako przegłosowany przez towarzyszy. Ekipa wdziewa więc skafandry i rusza na wyprawę… która szybko zaczyna iść źle, oto bowiem Jamie robi sobie dosyć poważne kuku. Nieprzytomny Szkot, a za nim oczywiście reszta ferajny, trafia do znajdującej się nieopodal Księżycowej Bazy – centrum, z którego steruje się maszyną kontrolującą pogodę na Ziemi. Personel Bazy zaczyna mieć bardzo poważne problemy z których rozwiązaniem oczywiście chce pomóc uporać się Doktor, tymczasem w ambulatorium, w którym dochodzi do siebie Jamie, pojawia się tajemniczy intruz...

Zacznijmy od Doktora. Jaki tutaj jest? To niemalże modelowy Drugi – zabawny, choć zdecydowany i potrafiący przejść do rzeczy. Niemalże, ponieważ ma jeden czy dwa krótkie epizody gburkowatości, niezbyt typowe dla tej inkarnacji, ale są na tyle małe i nic nieznaczące, że w ogólnym rozrachunku nasz heros jest taki, jaki być powinien. Świetni są jego towarzysze: Ben i Polly są jak zawsze bardzo, bardzo pomocni, (opracowują nawet ciekawy, troszkę macgyveryczny, sposób na walkę z Cybermanami) ale odrobinkę zakompleksieni. Natomiast Jamie… Można by odnieść wrażenie, że skoro tak wcześnie zostaje znokautowany, to będzie go mało. Cóż, i tak i nie. W akcji może faktycznie jest go trochę mniej, ale za to pojawia się fajny wgląd w jego, nazwijmy to, system wierzeń. A czy stwory z legend, których słuchał w dzieciństwie istnieją? To już za duży spoiler ;)

Przejdźmy teraz do wrogów, czyli Cybermanów. Ich plan jest w nie aż tak dużym stopniu nastawiony na konwersję, co może zdziwić widzów znających nasze ulubione blaszaki tylko ze współczesnych serii, ale to jest dopiero ich drugie wystąpienie, stąd też trochę inaczej wyglądał koncept na nich. Części ich zamiaru w tej przygodzie można się łatwo domyślić, ale tylko części. Na wielki plus końcowa faza: oblężenie!

Troszkę dziegciu: nie w pełni wykorzystano potencjał postaci pobocznych. Pochodzą oni z różnych krajów, ale niewiele z tego nie wynika. Szkoda, jakiś konflikcik na tle rasowym podgrzałby atmosferę. Tyle, że przynajmniej wyraźnie różnią się temperamentami i podejściem do pewnych kwestii.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, nie można jakoś szczególnie narzekać, efekty są – jak na rok produkcji, rzecz jasna – całkiem przyzwoite. Narzekałbym jedynie na to, że Cybermani, choć generalnie kształtami przypominają tych znanych z „Dziesiątej Planety” („The Tenth Planet”) mają głowy w całości pokryte metalem, a nie przypominającym materiał tworzywem. No ale to może tylko rzecz gustu.

Przygoda taj jest fajna, naprawdę fajna. Przypomina odrobinę horror (zamknięte pomieszczenie, tajemnicza choroba, korytarze, po których coś krąży i porywa ofiary…) ale za sprawą Drugiego Doktora ma w sobie też nutkę humoru. Dziur fabularnych nie uświadczono, jest prosto, ale z napięciem i – co ważne – bez zbytnich dłużyzn. Oczywiście problem stanowi to, iż połowa z czterech odcinków jest zaginiona, a animowana rekonstrukcja wywołuje pewien ból ogromną sztywnością i sztucznością, ale warto zapoznać się z tą przygodą. Najlepiej w postaci nowelizacji :)
(Uwaga techniczna: nowelizacja owa ma inny tytuł „Doctor Who and the Cybermen”)


1 komentarz:

  1. Ponieważ jest to historia w połowie zaginiona, wspomagałem się animacjami oraz nowelizacją - dużo roboty <brawo>

    Aż musiałam sobie co chwilę przypominać, że to historia Drugiego - tak współcześnie mi to brzmiało. Pewnie tylko za sprawą konkretności twojej recenzji i pewnie samo obejrzenie dałoby zupełnie inny efekt (te stare zawsze wydają mi się takie rozlazłe), ale jednak.

    niewiele z tego nie wynika - z kontekstu zgaduję, że trochę za dużo nie ci się narobiło ;)
    Przygoda taj jest - a tu już lepiej, namnożyła się tylko jedna literka.

    OdpowiedzUsuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)