wtorek, 1 sierpnia 2017

Rogi Nimona

Niniejszą historię recenzuję na przekazaną mi poprzez Ask.fm prośbę Weeping Angel.

THE HORNS OF NIMON
DOKTOR: Czwarty Doktor
TOWARZYSZE: Romana II
WRÓG: Nimon, Soldeed

Dokonując modyfikacji w Tardisie, Doktor czasowo wyłącza większość funkcji budki, ta jednak z jakiegoś powodu nie pozostaje w miejscu – coś ją przyciąga. Jak się okazuje tym czymś jest uszkodzony statek imperium skonnańskiego – niegdyś potężnego, obecnie podupadającego, ale wciąż marzącego o podbojach. Przedstawiciele tegoż właśnie imperium wiozą młodych jeńców z planety Aneth jako daninę dla potwora zwanego Nimonem – aczkolwiek wspomniana awaria czyni zadanie dużo trudniejszym…

Jest to, nie boję się przyznać, najtrudniejsza recenzja doktorowego produktu, jaką w życiu pisałem. Mówimy bowiem o historii, którą naprawdę przyjemnie oglądać… ale w każdym niemalże aspekcie widać braki szlifu. Zacznijmy może od postaci. Doktor jest ok, może nieco bardziej lekkomyślny, niż zazwyczaj, ale nie do przesady. Ma mowy w swoim stylu, nieodłączne żelki i kilka ripost. Romana natomiast jest taka… charakterologicznie zawieszona w połowie między pierwszym a drugim, milszym wcieleniem. Dziwne, bo od regeneracji minął już przecież jakiś czas. Dobrze, że jest chociaż bardzo użyteczna, no i nie trzeba jej ratować, a tylko troszkę wesprzeć. Na drugim planie mamy przede wszystkim grupkę wspomnianych już, młodych jeńców. Z nimi z kolei problem polega na tym, iż czegokolwiek dowiadujemy się tylko o jednym z nich! Są to bardzo ubogie informacje, ale akurat ich charakter nadaje temu minimalizmowi nieco realizmu. Jednak mimo wszystko brak danych o pozostałych czy zero interakcji między nimi to poważna usterka.

W kwestii przeciwników Nimon jest trochę sztampowy, ale plus za to, że nie od razu wiadomo, do czego dąży. Minus za niedostateczne objaśnienie, czemu potrzebuje dwóch tak różnych, jak to tylko możliwe, źródeł energii do swojego planu. Jego pachołek, Soldeed, zrobił na mnie świetne wrażenie słusznie nie do końca wierząc swojemu głupiemu podwładnemu (jednemu z pilotów statku, na którego pokład dostali się nasi Władcy Czasu), niestety to wszystko idzie się paść na sam koniec, gdy chłop doznaje szoku kompletnie i niezrozumiale zmieniającego jego wszelkie priorytety. Soldeed ma też swój, w pewnym sensie, dobry odpowiednik. Mający małą, ale ważną rolę. Nie wspominałem natomiast za dużo o wspomnianym drugim pilocie (pierwszy bardzo szybko żegna się z tym łez padołem), gdyż nie bardzo jest o czym mówić. Wyglądający jak jeden z szeregowych rywali Inspektora Gadżeta grubas o fanatycznym podejściu do powierzonego zadania. Psuje Doktorowi i Romanie krew swoim pustostanem podczaszkowym, ale nagrody za to nie dostanie.

Strona techniczna jest w porządku. Bez szaleństw, ale w porządku. Efektowne są wybuchy i strzały, ale odrobinę za dużo w nich dymu. Fantastyczne są kostiumy… za wyjątkiem głów i hełmów – te pierwsze, zwłaszcza nimońskie, są za duże w stosunku do korpusów, a te drugie za idiotyczne. Za to do scenografii przyczepić się nie sposób - „labirynt” Nimona jest fajny w swej… „techniczności”, a wnętrza kosmicznych statków od razu mówią nam, gdzie dzieje się akcja. Z zewnątrz statek Skonnan wygląda – jak na czasy produkcji – średnio, za to prawdziwym majstersztykiem jest energetyczny tunel, który tworzy Doktor, by wejść do środka, nie mogąc zmaterializować Tardisa bliżej. Cudeńko.

Jeśli jest w tej historii coś, do czego nie można się przyczepić, to humor. Jego głównym źródłem jest nie kto inny, jak K9. Nasz robotyczny Burek (niestety nie przemawiający głosem Johna Lessona) bawi bądź sam, bądź staje się narzędziem gagu w rękach Doktora. Przykładem komiczna scena z medalem. Bez spoilerów. Zabawna jest też niezwiązana z nim puenta odcinka.

No i cóż, więcej bez zdradzania fabuły nie da się powiedzieć. Czy to dobra historia? Raczej średnia. Zdecydowanie nie dla perfekcjonistów i dokładnych, drobiazgowych widzów. Oglądajmy nie nastawiając się na rewelację, a nawet się nie obejrzymy, jak minie te sto minut. (25 min razy cztery części) pełne frajdy. A przecież o to tak naprawdę chodzi...

1 komentarz:

  1. Porównanie do kojota Wilusia było niezłe, ale nazwanie kogoś jednym z szeregowych rywali Inspektora Gadżeta to już jest klasa :D
    He, zapowiada się bardzo fajny odcinek!

    OdpowiedzUsuń

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)