wtorek, 31 października 2017

Słuchowisko: Ósmy Doktor - Wojna Czasu

Siemanko. Kiedy piszę te słowa, jest dokładnie 21:00 trzydziestego pierwszego października anno domini (jakie to ładne słowo…) 2017. Dla jednych Hallowen, dla innych Dziady, mniejsza o nazwę, grunt, że to właśnie dzisiejszej nocy z ciemności otchłani wyłażą najróżniejsze dziwa. I o jednym z nich, wyjątkowym dziwie, będzie traktować dzisiejsza recenzja.

THE EIGHTH DOCTOR – THE TIME WAR
DOKTOR: Ósmy Doktor
TOWARZYSZE: To skomplikowane ;)
WRÓG: Dalekowie



Ponieważ mamy tu antologię, na początek opowiem o każdym z segmentów. W pierwszym, zwanym „Statek kosmiczny Tezeusz” Doktor i jego towarzyszka dla relaksu lądują na tytułowym okręcie międzygwiezdnym. To, co z pozoru wydawałoby się kolejną, bardzo typową przygodą o kapitalistach szybko staje się czymś zupełnie innym. Nawet Doktor nie ucieknie bowiem przed Wojną Czasu i zmianami, jakie niesie…
Drugi segment to „Echa Wojny”. Doktor i kilkoro uchodźców ocalałych po wydarzeniach na „Tezeuszu” trafiają na jeden z niezliczonych globów ogarniętych Wojną Czasu. Nasz heros robi wszystko, by nikt z jego nowej drużyny nie zginął, a wkrótce przyłącza się do niego pozbawiony pamięci ktoś, kogo na pewno by się nie spodziewał…
Segment trzeci nosi tytuł „Pobór”. Kardynał Ollistra więzi przyjaciół Doktora, a jego samego umieszcza w koszarach, ze świeżo zwerbowanymi do armii młodymi Gallifreyczykami. Czy nasz heros sprosta wojskowym rygorom? ;)
Finał to „Jedno Życie”. Na otoczonej przez Daleków, umierającej planecie Doktor musi nie tylko stawić czoła puszkom ze Skaro i ocalić przyjaciół – musi też dowiedzieć się, czym jest tajemnicza broń zawzięcie poszukiwana przez Ollistrę…

Dlaczego nazwałem tę antologię „dziwem”? Hm, no cóż, żadna mi znana nie miała aż tak gargantuicznej rozbieżności pomiędzy poziomem poszczególnych segmentów. Pierwszy jest… po prostu dobry. Już na początku dostajemy scenę, w której gallifreyski wojownik nawet za cenę życia próbuje wypełnić misję dorwania renegata, który odmawia walki w Wojnie Czasu. A potem dzieje się nawet więcej – zauważyliście, co napisałem w rubryce „Towarzysze”? No właśnie – nie spoileruję, ale to, co się dzieje z tą osobą to świetny, idealnie wpleciony w koncept Wojny Czasu pomysł. No i jest też odniesienie do problemów świata współczesnego.
Kolejny segment jest strasznie nudny, operuje na ogromnie zgranym pomyśle, który pojawił się już w słuchowisku, a potem nakręcono na jego podstawie nie jeden, a dwa współczesne odcinki. A Doktor jeszcze twierdzi, że takiego czego nigdy nie widział. Widział, w szóstym wcieleniu.
Trzeci… Nie wiem, co powiedzieć o trzecim. Pomysł na zamknięcie Doktora z kadetami jest wyjątkowo idiotyczny, z której by strony nie patrzeć, brakuje mu choćby odrobiny logiki… a z drugiej osoba, która w tej historii jest odpowiedzialna za ten czyn, kardynał Ollistra to, jak już wiele razy wspominałem, Kojot Wiluś świata Doktora, tak więc plan do niej pasuje. Tak bardzo, że aż cud, że Doktor nie zrobił „Bip-pip”.
Jeśli chodzi o finał, to nie powala on oryginalnością, ale też, w przeciwieństwie do drugiego segmentu, nie nudzi. Pożegnanie z poznanymi w tej antologii przez Doktora osobami, Rupą i Quarrenem, naprawdę budzi emocje, a co wrażliwszych może nakłonić do uronienia łezki. No dooobra, broń poszukiwana przez Ollistrę jest stanowczo zbyt potężna, ale segmentu to i tak nie psuje.

Postaci… Dalekowie po prostu są, nie mają tu żadnego planu, ani jakiegoś szczególnego przywódcy. No ale nie za to ich kochamy ;) Ferajna Doktora jest sztampowa, ale fajna. Wprawdzie dopiero gdzieś tak od połowy, ale świetnie buduje się wokół nich tajemnicę: Ollistra chce ich koniecznie przesłuchać, (niby pod pozorem zbadania wojennych anomalii, w których byli) ale widać, że jej wyjaśnienia są grubymi nićmi szyte, a już bliżej końca zaczynają się ich retrospekcje, z którymi coś nie gra… Szkoda, że ceną za to jest fakt, iż o nowych doktorowych towarzyszkach per se dowiadujemy się bardzo, bardzo niewiele. Może kiedyś…
Z samym Doktorem mam natomiast pewien problem: po każdej serii, tej z Lucie Miller, po Ciemnookiej, czy starciu z Koalicją Zagłady Ósmy staje się nieco mroczniejszy. Ta antologia ma miejsce po wszystkich wyżej wymienionych, ale charakter Doktora jest bardzo bliski temu z początków wojaży z Lucie. Cały nagromadzony smutek gdzieś wyparował. Nie mówię, że to źle chciałbym się tylko dowiedzieć, gdzie. Gdyż ma to i jaśniejsze strony, mimo wszystko. Czy zdołowany Doktor wywołałby bitwę na jedzenie w koszarowej stołówce? ;)

To prowadzi nas do mocnej strony antologii, jaką jest humor. I to nie typowo wojenny i czarny, zupełnie inny. Żarty z edukacji Doktora na różnych polach, czy nawet piosenka, jaką śpiewają gallifreyscy kadeci. Nie jest może tego powalająco dużo, ale gdy już jest, to mamy wyraźnego banana na twarzy. A, właśnie, żart o bananie też jest ;)

Da się znaleźć jeszcze troszkę szczątkowych wad: drobna niezgodność misji gallifreyskiego żołnierza z pierwszego segmentu względem tego, co się mówi w ostatnim, brak wyjaśnienia, skąd szukana przez Ollistrę broń ma aż taką moc, czy trywialny fakt, iż do czołówki tej antologii użyto tematu z przygód Wojennego Doktora, zamiast nowego. Tak jednak czy inaczej jest to wyjątkowo dziwna antologia, tak dziwna, że aż zapomniałem o śpiewaniu "Don;t mention the War" podczas słuchania ;) Nie mam pojęcia, czy Wam polecić tę produkcję. Myślę, że fanom Ósmego Doktora mogę. Reszcie… mniej ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobało Ci się? Masz jakieś uwagi? Poświęć chwilkę na skomentowanie mojej radosnej twórczości :)